Dziś kultura może być bezpiecznikiem społecznym i przestrzenią, gdzie możemy sensownie rozmawiać. Mówi Michał Kotański w rozmowie z Tomaszem Miłkowskim w „Przeglądzie”.
Tomasz Miłkowski: W ostatnich dwóch latach, za pańskiej dyrekcji, Teatr Telewizji stanął na nogi. Wyciągnął pan asy z rękawa. Czy osiągnąwszy tak wiele, ma pan jeszcze coś do ujawnienia przed nowym sezonem?
Michał Kotański: Program będziemy ogłaszali na początku września. Wtedy opowiem więcej o planowanych na kolejny sezon premierach, teraz dopinamy szczegóły i nie chcę jeszcze za dużo o nich mówić.
Żeby mieć o czym mówić we wrześniu?
Dzisiaj mogę powiedzieć, że w przyszłym sezonie uda nam się najpewniej utrzymać zarówno liczbę produkcji, jak i ich poziom. Jeszcze trzy lata temu spektakle w TVP były robione szybko i za nierealne budżety. Wynikało to z niewiary decydentów w sens misji publicznej. Decyzja obecnego prezesa telewizji o zwiększeniu finansowania ambitnych projektów, rozmowy wewnątrz telewizji o tym, jak można odświeżyć formułę Teatru TV, większe zaangażowanie i współpraca innych agencji TVP – to zmienia podejście do teatru wewnątrz tej dużej korporacji, jaką jest Telewizja Polska.
I co, naprawdę się zmieniło?
Zmieniło się. Zarówno jeżeli chodzi o jakość, ale też poruszane tematy. Kiedy w pierwszym roku uruchamialiśmy niektóre produkcje, usłyszałem, że będę ekskomunikowany. Ze smutkiem konstatuję, że nadal nie jestem. Publiczność oczekuje oprócz rozrywki również poważnej rozmowy. I budowania przestrzeni, która wychodzi poza polaryzację, ogarniającą już chyba wszystkie sfery życia publicznego.
O jakich spektaklach pan mówi?
O takich jak „Prałat" czy „Jak nie zabiłem swojego ojca". Rozmowy po ich emisji, nawet jeżeli były dla niektórych mocne czy wchodziły w rejony mogące budzić kontrowersje, były potrzebne i w stu procentach spełniały definicję misji publicznej. Obecnie politycy i media w zdecydowanej większości odpuścili sobie rozmowę. Liczy się cyrk. Przy okazji warto wspomnieć, że Jacek Kurski miał przecież ambicje, żeby Teatr Telewizji był wartościowy i był mocną jednostką produkcyjną wewnątrz TVP. No ale zapału, pieniędzy i mocy politycznej starczyło na zaledwie dwa czy dwa i pół sezonu. Potem wszystko się rozsypało.
Wie pan dlaczego?
Widzę, czego politycy oczekują od telewizji i z czego telewizja jest rozliczana. Niezależnie od tego, że jesteśmy medium publicznym, siłą rzeczy wchodzimy w konkurencję z mediami komercyjnymi. A właściwie jesteśmy w nią wpychani przez polityków i brak ustawy medialnej. Trudno się przebić z merytoryczną rozmową o tym, czym mają być media publiczne. Oglądalność i przyglądanie się temu, co się dzieje na rynku, też są istotne, ale pozostaje pytanie, czym mamy się różnić od mediów komercyjnych. Tak więc myślę, że głównym naszym asem jest to, że próbujemy na nowo definiować sens misji publicznej w mocno skomercjalizowanej rzeczywistości, a co za tym idzie, utrzymać obecny poziom produkcji.
Czyli moda na Teatr Telewizji nie minie?
Mam nadzieję, że to nie jest dwu-, trzysezonowy skok, po którym politycy stwierdzą: dobra, już za dużo tej misji publicznej, teraz musimy wrócić do disco polo lub czegokolwiek, co łatwo i tanio podbije oglądalność oraz da poczucie skuteczności chłopcom bawiącym się mediami. Wierzę, że uda nam się zachować jakąś równowagę. Na przyszły sezon mamy zaplanowanych kilka ciekawych produkcji. Jestem zadowolony, że zaczynamy pracować w zdrowym rytmie i większość produkcji na pół roku do przodu jest już gotowych, co powoduje, że...
…nie ma zadyszki?
To nie zawsze się udaje, bo oczekiwania artystów i przyzwyczajenia takiej korporacji jak telewizja czasami się rozjeżdżają. Momentami jednak udaje nam się stworzyć takie warunki, jakich oczekują artyści, i zadyszka jest mniejsza. Dzięki temu jest więcej przestrzeni do twórczej pracy, a struktura korporacyjna ugina się i pozwala na artystyczne szaleństwa.
Jednym z hamulców produkcji w latach poprzedzających zmiany był konflikt ze środowiskiem artystycznym. Udało się go panu rozproszyć. Ten kierunek będzie zachowany?
W tym momencie jest raczej problem z nadmiarem ciekawych propozycji. Przed chwilą skończyliśmy w redakcji dwuipółgodzinne spotkanie dotyczące repertuaru oraz propozycji i planowania sezonu 2027/2028. Naprawdę jest sporo ciekawych projektów, które odrzucam, bo jest ich za dużo i musimy robić ostrą selekcję.
Jeśli walczą ze sobą projekty naprawdę znaczące, można liczyć, że wygrają najlepsze.
Czytałem w „Rzeczpospolitej", że „ojejku, telewizja produkuje tak dużo, a mnie nie wszystko się podoba”. Jeszcze trzy lata temu w sezonie było dziewięć premier, z których połowa była zamówieniem politycznym lub pseudopatriotycznym półproduktem. Teraz premier jest 31. Statystycznie jest większa szansa na to, że więcej niż dziewięć premier będzie czymś ciekawszym niż kolejna laurka o Piłsudskim lub Wyszyńskim. Wolę, kiedy propozycji jest nadmiar i możemy wybierać, próbując ułożyć repertuar, który będzie odzwierciedlał to, co się dzieje w polskim teatrze. Który będzie zawierał zarówno rzeczy bardziej konserwatywne czy takie, do których jest przyzwyczajony widz Teatru TV, ale też takie, które będą na nowo badały język, jakim może operować ten teatr. Kiedyś istniało Studio Teatralne Dwójki jako pole eksperymentu i awangardy.
Tę lukę próbuje pan zastąpić, wpuszczając artystów myślących inaczej. Może warto zapowiadać, że to są poszukiwania.
Zrobiliśmy kilka czołówek Teatru Telewizji. Jest czołówka poświęcona klasyce, nowej dramaturgii, Teatrowi Młodego Widza.
Jakoś nie zwróciłem na to uwagi.
Swoją rolę odgrywa też „Postscriptum”, stanowiące próbę rozmowy z widzami. Wprowadzenie studia eksperymentalnego Dwójki czy powrót do niego w tym momencie nie jest możliwe. Uruchomienie nowego pasma, zaopiekowanie się nim i wypromowanie go to setki tysięcy, jeżeli nie miliony złotych.
Ale może to pieśń przyszłości, nie wiadomo.
Może jeżeli będzie nowa ustawa, zabezpieczone finansowanie mediów, a politycy odpowiedzą szczerze, do czego są im potrzebne media. Wtedy może znajdzie się przestrzeń na nowe pasmo. Teraz robimy maksimum. Publiczność oprócz rozrywki oczekuje również poważnej rozmowy.
Na szczęście nikt nie żąda od pana, żeby artysta był odpowiedzialny – cytuję Zbigniewa Liberę, który wypowiadał się jasno: artysta musi być nieodpowiedzialny.
Zgadzam się z Liberą, choć trzeba zaznaczyć niewygodę, jakiej doświadcza pewnie każdy dyrektor instytucji kultury. Z jednej strony jestem osobą, która na tę nieodpowiedzialność artystów pozwala, bo gdzieś musi istnieć społeczna przestrzeń na przyglądanie się nam samym, naszym demonom, temu, kim jesteśmy. Z drugiej – jestem odpowiedzialny za publiczne pieniądze i stąd są te nasze spotkania redakcyjne, czasami wielogodzinne, żeby podjąć właściwe decyzje. Natomiast bez takich instytucji, bez teatru, bez kontrolowanego szaleństwa bylibyśmy ubożsi jako społeczeństwo.
To łagodna kontrola, jak rozumiem.
Niektórzy artyści rozumieją tę dwoistość i to, że wchodzą do instytucji, która ma swoje zasady. Nawet jeżeli czasami zbliżamy się do granic tych zasad, jednak one są i trzeba ich się trzymać. Ale są też artyści, którzy nie chcą rozumieć niczego poza ich tzw. egotripami i wtedy współpraca bywa trudna.
Wspomniał pan o dwóch tytułach, które zrobiły wrażenie ze względu na treści. O spektaklu Mateusza Pakuły i „Prałacie". To było dotknięcie ran społecznych. Ciekawy był też przekład spektaklu Pakuły na język telewizji.
W tym sezonie mieliśmy też przykład udanego przeniesienia „Kruka z Tower" z warszawskiego Teatru Dramatycznego, gdzie wspólna praca operatora i reżyserki pozwoliła przenieść tę historię ze sceny na ekran.
Ale był też monodram Ireny Jun „Stara kobieta wysiaduje” według Różewicza, któremu Natalia Korczakowska nadała zupełnie inny kształt w formie telewizyjnej.
To też kwestia koordynacji i współpracy reżyserów, twórców i wszystkich pionów zaangażowanych w produkcję, włącznie z redaktorami Teatru TV, którzy wspólnie z producentami nadzorują cały proces. A z drugiej strony to po prostu wolność, jaką staramy się dawać artystom. W tej chwili żyjemy w przestrzeni bardzo lękowej, gdzie mamy dwa walczące plemiona. Jedno mówi: jak dojdę do władzy, będziecie wszyscy siedzieć. A drugie, siłą rzeczy zaczyna używać podobnego języka, bo tego wymaga paradygmat polityczny. Przez to państwo gnije, ludzie się boją i nie mają poczucia stabilności w działaniu instytucji, również artystycznych. Urzędnicy boją się podejmować decyzje, w związku z czym państwo jest w jakiejś mierze sparaliżowane.
To też się przekłada na to, co się dzieje artystycznie, bo jednak decydenci wolą, żeby teatry były przede wszystkim grzeczne, rozrywkowe, pseudoklasyczne i...
…takie eksperymentalne, że już nikt nie wie, o co chodzi.
To zupełnie inna sprawa. Problem komunikacji części naszego środowiska z rzeczywistością i pytanie, do kogo mówimy. Praca w telewizji to dla mnie lekcja pokory – jeden spektakl może mieć taką oglądalność, jaką w teatrze repertuarowym osiągnie się, grając 10 lat codziennie przy pełnej widowni. Dostajemy wyniki oglądalności i wiemy mniej więcej, kto to ogląda. To zmusza do zadawania sobie pytań: dla kogo te spektakle robimy. Z kim rozmawiamy i w jaki sposób.
Macie orientację, jak wygląda widownia Teatru TV? Przybywa młodych widzów? Bo starzy lubią teatr i z przyzwyczajenia mogą go oglądać.
Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czym jest telewizja publiczna i jaką ma widownię w odróżnieniu od TVN, Polsatu, Netfliksa, Apple TV itd. Widownia TVP jest trochę starsza. To telewizja, która trafia - i to jest też atut polityczny, a na pewno był dla Kurskiego - do polskiej prowincji w o wiele większej mierze niż np. TVN. Mam świadomość pewnych przyzwyczajeń naszej widowni i staram się często wychodzić jej naprzeciw. Nie chcę wystraszyć widowni, ale też nie chcę poddawać się pohukiwaniom krytyków, którym się wydaje, że tylko oni wiedzą, jak powinien wyglądać idealny Teatr TV. Przyszły sezon będzie bardzo zróżnicowany. Po spektaklach, które będą prawdopodobnie hitami, wyemitujemy produkcje starające się, mówiąc w skrócie, szukać nowego języka. Jednocześnie tym drugim produkcjom przyglądamy się ze szczególną uwagą, analizując dane dotyczące oglądalności.
Spektakl „Jak nie zabiłem swojego ojca” oglądała w większym niż zazwyczaj stopniu kadra menedżerska i kierownicza. Ciekawe.
Obserwujemy te przepływy i wyciągamy wnioski. Omawiamy z działem marketingu, jak ma wyglądać promocja, gdzie powinniśmy się promować, czy w czasopismach lifestyle'owych, czy w krzyżówkach lub innych mediach i kalibrujemy te działania w zależności od spektaklu.
Czuje się tę promocję, można zauważyć nawet pewne przeinwestowanie.
Wolę, żeby to było przeinwestowanie niż niedoinwestowanie.
Zwłaszcza dziś kultura może być jakimś bezpiecznikiem społecznym i przestrzenią, gdzie możemy jeszcze w miarę sensownie rozmawiać ze sobą czy przyglądać się sobie. Jednak na pewnych produkcjach szczególnie zależy Teatrowi TV i panu osobiście.
To prawda. Tak jest w przypadku Teatru Młodego Widza, dość mocno promowanego. Kiedyś spektakle dla młodego widza były szalenie popularne. Ale nigdy nie ma powrotu do tego, co było.
Tak też jest z oglądalnością.
Nie ma co marzyć o tym, co się działo 20 czy 40 lat temu przy okazji niektórych premier. Cały kontekst medialny i społeczny zmienił się drastycznie. Kiedyś były dostępne tylko dwa kanały i Teatr Telewizji mogło obejrzeć 3-4 mln osób. Słyszę od starszych kolegów czy koleżanek, że w czasie emisji „Kobry" ulice się wyludniały.
To prawda.
Natomiast w tej chwili mamy Netflix i inne platformy streamingowe, TVN, Polsat i kablówki. Mniej więcej ta sama liczba osób ogląda telewizję, ale widownia się rozdrobniła. Do tego dochodzi doświadczenie pandemii, które jeszcze bardziej zmieniło przyzwyczajenia ludzi. Więcej z nich przeniosło się do aplikacji i oglądania obrazków w telefonie czy w internecie. Kiedy tu przyszedłem, usłyszałem, że jak spektakl Teatru TV osiągał średnią 200 tys., to już było święto. W tej chwili przekraczamy prawie zawsze te 200 tys. Kilkanaście spektakli osiągnęło średnią powyżej 400 tys., czyli oglądało nas po pół miliona, 600 tys. albo i więcej ludzi.
Nielichy wzrost.
Oczywiście w niektórych wypadkach oglądalność może się wahać, ale ogólnie średnia jest wyższa. Czyli da się. Być może jest jeszcze jakiś zapas. Rozmawiałem z reżyserem, którego film wszedł do kin, i zapytałem go o oglądalność. Powiedział, że szacuje liczbę ludzi, którzy chodzą na kino artystyczne, od 300 tys. do pół miliona. Pomyślałem, że to jest też nasza widownia, bo to liczby, wokół których oscylujemy, i trudno je będzie przebić. To liczby znaczące, zwłaszcza w porównaniu z widownią teatru repertuarowego.
Za każdym razem podkreślacie w „Postscriptum", że to największy teatr.
Wygląda na to, że Teatr Telewizji rzeczywiście jest największą sceną świata. To zobowiązuje.
Czuje pan ten ciężar?
Czasami czuję, ale staram się skupiać na tym, co mam do zrobienia. Dziś kultura może być bezpiecznikiem społecznym i przestrzenią, gdzie możemy sensownie rozmawiać.