„Mam coś w głębi nie do przedstawienia. HAMLET” Pawła Demirskiego w reż. Remigiusza Brzyka w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Pisze Maciej Stroiński.
Zacznę od przeprosin. To była popołudniówka, wczesnojesienna niedziela, początek sezonu. Wziąłem na spektakl kolegę i miało być pięknie, a ten nie tylko się nudził, lecz wręcz dawał temu wyraz gorzej niż posapywaniem: lampił się w telefon i ciągle skrolował. Kiedy doszło do ukłonów, burak najbezczelniej w świecie ani chwili nie bił brawa. Jakby tego było mało, niedowyciszył smartfona, to znaczy wyłączył dzwonki i powiadomienia, ale nie „dźwięki muzyki”, więc w pewnym momencie, dość istotnym dla spektaklu, chodzi bowiem o rozmowę Gertrudy z Hamletem, włączył mu się podkład z któregoś filmiku, który wyskoczył na feedzie. Zabić to mało. Jeśliby ktoś doń zadzwonił, można by powiedzieć, że facet zapomniał ściszyć, jednak w tym wypadku nie znajdę wymówki dla jego chujowych manier. Chciałem zapaść się pod ziemię, spalić się ze wstydu, zniknąć. Siedzieliśmy z tyłu, w najtylniejszym rzędzie, koło akustyków; chociaż tyle dobrze. A do tej pory sądziłem, że to ja jestem chamidło, co przychodzi do teatru w szortach i japonkach, zmywa się w połowie, a potem smaruje równie niewyjściowe rece, jednakże kompan mnie przebił, zupstage’ował po całości.
Wracając do przedstawienia. Do trzech razy sztuka. Jeszcze mi się nie zdarzyło napisać trzykrotnie na temat jednego dzieła. Tym razem odczuwam palącą potrzebę chwalić, jest to bowiem tytuł niedoukochany. W bazie e-teatru ma tylko cztery recenzje, z czego dwie są moje. Mam teorię na ten temat. Hamlet Demirskiego dotyczy spraw męsko-męskich, synowsko-ojcowskich, a nasza krytyka nie umie w takie tematy, bo zdążyła się oduczyć, więc przemilcza utwór nie z winy jego jakości, lecz przez własną ślepą plamkę.
Nie twierdzę, że arcydzieło, ale złe to nie jest. Co najwyżej – długie, chwilami rozmyte. Chyba bym wywalił „diagnozę społeczną”, tę samą, co zawsze (nawet jeśli słuszną). Zostawiłbym głównie wątek „wiary syna w ojca”.
Wiara syna w ojca. Pewnie nie przypadkiem to przepiękne hasło, wyjęte z dramatu Pawła Demirskiego, mocno pachnie Biblią. Bo proszę się zastanowić, o czym jest „dobra nowina”. CHYBA WŁAŚNIE O TYM, o relacji rodzicielskiej. Trójcę Świętą można uznać za obraz takiej relacji, jeśli w Duchu Świętym ujrzeć miłość przodka i potomka. Jezus miał kompleks Hamleta, nim to było modne. Chrystusowe daddy issues zmieniły bieg dziejów.
Może tak już jest w przyrodzie, że życie mężczyzny wcale nie startuje w łonie; tam startuje życie chłopca. Mężczyzną się stajesz nie wtedy, kiedy się rodzisz, lecz gdy umiera ci ojciec, a razem z nim cząstka ciebie. Żywot faceta zaczyna się zgonem. Tak było w moim wypadku. Tata mnie odumarł w moim roku chrystusowym i dopiero wtedy „lato się we mnie przełamało”. Jeszcze miałem Fejsa, zamieściłem więc na wallu wspomnienie o Tacie. I pamiętam to jak wczoraj, że Paweł Demirski napisał mi w komentarzu: „Nie musisz być dzielny”. Piękne słowa, trzeba przyznać. Klucz do nich dostałem w przedstawieniu Mam coś w głębi nie do przedstawienia, w którym wujo Klaudiusz mówi Hamletowi, że teraz musi być dzielny.
Żałoba to praca, którą należy wykonać; jasne, można ją odłożyć, ale sama się nie zrobi; spokojnie poczeka na lepsze lub gorsze czasy. Demirski się przejrzał w arcydramacie Szekspira i dojrzał zadanie, którego nie był wykonał. Wyspiański widział w Hamlecie, „co jest w Polsce do myślenia”. Demirski zobaczył, co jest u nas do przeżycia.
Odnoszę wrażenie, że społeczną rolą ojca jest być wiecznie nieobecnym. Por. Bóg Ojciec. Jeśli ktoś ma tatę, to albo nieobecnego, albo nieżywego. Tak czy inaczej trudnego. Tata czelendżuje dziecko właśnie swą niedostępnością, swą „trudną miłością”. „A father’s love has to be very, very hard, unfair even, cold to make his son grow strong in a world like this” (Angels in America).
Piszę to o trzeciej w nocy / o trzeciej nad ranem. Dobrze, że nie o godzinie za dwanaście piąta. Jakoś spać nie mogę i myślę o sensie życia, o być albo nie. Hamlet Demirskiego wolałby nie istnieć, ale mu nie wyszło, więc ciągnie to wszystko dalej niejako siłą bezwładu. Nie ma pytań pilniejszych od pytań fundamentalnych.
Hamlet Brzyka/Demirskiego to spektakl ambitny stawką. Stawia kwestię zasadniczą: czemu raczej coś niż nic? Lecz na to pytanie może odpowiedzieć tylko i wyłącznie stwórca, na przykład spłodziciel. On wie, dlaczego to zrobił albo że samo mu wyszło. Hamlet chce usynowienia, by wreszcie ktoś mu wyjaśnił, po co właściwie to wszystko.
Uwagi formalne typu omówienie. Sorry, że to powiem, lecz Michał Badeński, skądinąd ciekawy i obiecujący aktor, musi popracować nad emisją głosu i nad impostacją, w tylnym rzędzie bowiem prawie nie było go słychać. Chyba że do emerytury dojedzie na mikroportach. Co innego Gała i Zbigniew Kaleta. Ci to są aktorzy z aparatem mowy! Czyli bynajmniej nie głuchnę; ich głosy niosły się świetnie, przenosiły na widownię.
Zbigniew W. Kaleta to jedna z dwóch osób w zespole Starego, której należy się Lowe, sylwetka laurka, jeszcze bowiem nie dostała. (Drugą jest Urszula Kiebzak). Ten artysta nie aktorzy, nie gwiazdorzy, nie pozerzy, to znaczy nie jest pozerem. Gdyby grał w spektaklu Dario Fo przesłał instrukcje, mógłby szczerze wyznać tak jak papież pisarzowi: „Twoje włoskie aktorstwo klęka na kolana i robi laskę mojemu watykańskiemu aktorstwu”.
Hamlet Brzyka/Demirskiego włącza się w świeżą odsłonę odwiecznej szekspiromanii polskiego teatru. Popieram i się dołączam. Jako że dramaturg napisał dramat o sobie, recenzja z inscenizacji może być o recenzencie.