Logo
Magazyn

Ważenie i… pragnienie – pożegnanie Jana Frycza

11.09.2026, 13:00 Wersja do druku

Na szczęście wiele z tego, co zrobił, zostało nagrane. Frycz pozostanie więc z nami w filmach, serialach i spektaklach Teatru Telewizji, do których będzie można wracać. Teatr jest pod tym względem bardziej okrutny: znika wraz z ostatnim przedstawieniem, a to, co po nim zostaje, zależy już od naszej pamięci. Pisze Tomasz Domagała na swojej stronie.

fot. Marta Ankiersztejn/ Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego

Wczoraj, na praskiej wystawie Williama Kentridge’a, oglądałem jego film animowany „Weighing… and Wanting”. Soho Eckstein, bohater tej krótkiej animacji, usiłuje zmierzyć się z rozpadem związku, jakby próbował zważyć to, co po nim pozostało, i zrozumieć, czego wciąż pragnie. Kentridge prowadzi nas przez jego pamięć, nieustannie wymazując i przekształcając rysunki. Twarze, ciała i krajobrazy wyłaniają się jedne z drugich, jakby żaden obraz nie mógł ostatecznie zastąpić poprzedniego. To, co utracone, nie znika tu bez śladu, a to, czego bohater pragnie, nie daje się już odzyskać. W pewnym momencie rozpadają się wizerunki Soho i jego żony, ukryte we wnętrzu skały. Rozbija się również filiżanka, wcześniej obecna w mieszkaniu bohatera.

Patrząc na tę scenę i będąc jednocześnie myślami na pogrzebie Jana Frycza w Warszawie, pomyślałem, że podobnie rozpadł się właśnie mój wieloletni związek widza z ukochanym aktorem. Frycz był właściwie moją pierwszą teatralną miłością. Zanim zobaczyłem go na żywo, znałem go ze spektakli Teatru Telewizji i filmów. „Być jak Frycz” — myślałem wtedy jako młody chłopak, który chciał zostać aktorem. Niewymuszony luz, organiczność każdej tworzonej na telewizyjnej scenie czy w filmie postaci, wreszcie niedająca się w żaden sposób zlekceważyć bezczelność — to były cechy, które mi się w nim wtedy podobały. No i był też pięknym mężczyzną tuż po czterdziestce, któremu udało się wyjść z aktorskiej pułapki „ładnego chłopca”. Na żywo zobaczyłem Frycza dopiero kilka lat później, już na studiach, jako Iwana w „Braciach Karamazow” Krystiana Lupy. Właściwie potwierdziło się wtedy wszystko, co sobie o nim wcześniej myślałem, jakkolwiek ten obraz był skrajnie naiwny. Od tamtej pory jego obecność w moim życiu stała się czymś oczywistym. Teraz, gdy śmierć rozbiła tę kruchą filiżankę jego życia, spróbuję przyjrzeć się jej okruchom — ulotnym jak teatr fragmentom pamięci i wrażeń, które pozostały po naszej wieloletniej artystycznej relacji.

Osobiście poznaliśmy się podczas kilku prób „Lunatyków cz. II” Lupy w Starym, w których jako student teatrologii miałem okazję uczestniczyć. „Poznaliśmy się” nie jest jednak chyba dobrym słowem. Wprawdzie podał mi rękę i się przedstawił, ale nasza „relacja” sprowadzała się do tego, że podglądałem po prostu wielkiego aktora przy pracy jako niezbyt dobrze zapowiadający się wtedy młody student. Frycz wydawał mi się wtedy pewny siebie, świadomy tego, czym dysponuje i czego się od niego wymaga, dowcipny, szarmancki, nieco ironiczny i zdystansowany przede wszystkim wobec siebie. Na pewno szorstki w obyciu. Gdy zaczął pracować, okazał się niespożyty, dociekliwy, ciągle wątpiący i pytający. Próbował za wszelką cenę dotrzeć do istoty rzeczy, ale dziś, z perspektywy, myślę, że nie po to, żeby dobrze zagrać (to umiał na pstryk), lecz po to, żeby ta podróż, w którą udawał się z autorem i reżyserem, była też wartościowa dla niego samego. Dopiero wtedy zobaczyłem, jak wieloma własnymi cechami obdarzył swojego Iwana Karamazowa — człowieka złamanego tym, że ciągłe doskonalenie się w człowieczeństwie na różnych poziomach niczego w życiu nie gwarantuje i od żadnej odpowiedzialności nie zwalnia. Co gorsza, staje się klątwą tego, który musi wybrać potem między prostym, czy wręcz prostackim „tak, tak” a „nie, nie”.

Więcej się już prywatnie nie spotkaliśmy, poza jednym wieczorem gdzieś około 2015 roku, kiedy podczas zawodowej rozmowy usłyszałem od niego, że nie może już pracować w teatrze, bo wielogodzinne i wielotygodniowe próby po prostu go męczą. Nic dziwnego. Frycz był bowiem aktorem absolutnie intuicyjnym. Pierwszy impuls był najlepszy i właściwie potem chodziło już tylko o szukanie go i powracanie do niego — oczywiście z całym sztafażem aktorskich praktyk i rytuałów. Pięknie opowiadała mi o nim przy okazji któregoś wywiadu Krystyna Janda. Mówiła: „Z Jankiem najgorzej jest, jak zaczyna za dużo myśleć, dlatego, gdy gramy razem, mówię mu: przestań wymyślać, umiesz tekst, super, to patrz mi w oczy i graj”. Nie było mowy, żeby Jan Frycz wtedy po aktorsku chybił.

W międzyczasie ktoś podrzucił mi do obejrzenia spektakl Teatru Telewizji „Elżbieta, królowa Anglii” w reżyserii Laco Adamika, w którym Frycz jako młody i porywczy hrabia Essex partneruje Teresie Budzisz-Krzyżanowskiej w tytułowej roli. Jej kreacja jest wspaniała, ale ileż wspaniałego aktorstwa jest również w grze Frycza! Jakby jego dojrzała i wiecznie gdzieś w głąb pędząca dusza musiała się uporać z trzydziestoletnim ciałem i jego kinetycznym napędem. Świetnie to pasowało do postaci Essexa, którego przerosła skomplikowana osobowość starzejącej się, samotnej kobiety, władczyni, która od niego jednego na świecie nie chciała hołdów poddanego, lecz zrozumienia, opieki i adoracji zakochanego w niej mężczyzny. Jego Essex przegrał i warto ten spektakl zobaczyć przede wszystkim dlatego, żeby móc spojrzeć w oczy Frycza w obliczu egzekucji. Traci wtedy swoją męską zbroję, pewność spojrzenia, władczość głosu i natychmiast przeistacza się w małego, bezbronnego, przerażonego rzeczywistością chłopaka, którego los właśnie się dopełnia, a on nie bardzo rozumie dlaczego. Pomyślałem wtedy, że być może właśnie w takich momentach odsłania się coś istotnego w aktorstwie Frycza: jego władczość, oschłość czy ironia, którymi w mistrzowski sposób operował, to nic innego jak tarcza ochronna dobrego, wrażliwego człowieka wobec świata, w którym wszystko to, czym dysponuje w swoim sercu, uważane jest za słabość czy wręcz ułomność.

Podobnie zapamiętałem Wierszynina z „Trzech sióstr” w reżyserii Jana Englerta w Teatrze Narodowym. Frycz, wykorzystując pełnię swego wielkiego talentu i doświadczenia, wypełniał tę postać naiwnym i skrywanym niespełnieniem, jakąś skrzętnie chowaną w ciele sześćdziesięciolatka duszą Piotrusia Pana. W sytuacjach zawstydzenia ratował się zgranymi opowieściami swojego bohatera, które w jego ustach przeistaczały się w puste zestawy słów. Sposób, w jaki to robił, był mistrzostwem świata. Frycz pozwalał jednak dostrzec, że za tymi frazesami kryje się autentyczna potrzeba bliskości. Nic dziwnego, że Masza, widząc, kim ten mężczyzna, jakby nie było dowódca baterii, jest w środku, zakochiwała się w nim bez pamięci. Tym większe było jej rozczarowanie, gdy na końcu okazywało się, że Wierszynin nie potrafi przekuć swoich uczuć w działanie. Jego słowa, choć wyrastały z prawdziwego niespełnienia, pozostawały tylko słowami, a poza zakochanego majora — ucieczką od nieszczęśliwego życia.

Po „Trzech siostrach” i wielu innych spektaklach inaczej odczytałem scenę z „Mistrza i Małgorzaty” Lupy, w którym Frycz grał Poncjusza Piłata. Od dawna nie mogłem o niej zapomnieć, ale dopiero po latach zrozumiałem, co tak bardzo mnie w niej poruszało. Piłat długo szlocha na piersi Jeszui, granego przez Andrzeja Hudziaka. Władczy prokurator, mężczyzna z krwi i kości, okazuje się bezbronny wobec człowieka, którego ma skazać na śmierć. Jakby w Jeszui rozpoznał samego siebie — tego, kim jest w głębi duszy, ale kim wciąż nie ma odwagi być naprawdę. Jeszua nie musi niczego udawać, Piłat zaś próbuje ukryć wszystko. W tym szlochu było coś więcej niż rozpacz nad losem skazańca: Piłat opłakiwał również tę część siebie, której nigdy nie pozwolił dojść do głosu. Myślę, że Frycz płakał w tej scenie również nad sobą. Różniło go od Piłata tylko to — i aż to — że miał aktorstwo. Ono dawało przestrzeń na realizację niemożliwego.

Osławioną rolę w serialu „Ślepnąc od świateł” odczytuję jako fantastyczną grę samego Frycza ze „zbroją”, którą konstruował przez całe życie. Dario jest przecież jej karykaturalnym wcieleniem: władczy, brutalny, ostentacyjnie męski, nieustannie demonstrujący swoją siłę. Frycz bierze cechy, które tak dobrze eksploatował w życiu i w swoim aktorskim repertuarze, i doprowadza je do groteskowej skrajności. Jego bezczelność staje się bezwzględnością, ironia — pogardą, a pewność siebie — przekonaniem o własnej wszechmocy. Paradoks tej roli polega na tym, że Frycz, zamiast zdejmować zbroję, zakłada ją jeszcze szczelniej. To, co przez lata mogło służyć mu do ukrywania własnej wrażliwości, teraz wystawia się na pokaz w monstrualnym powiększeniu i bezlitośnie kompromituje. Jakby dopiero w tej karykaturze mógł pozwolić sobie na pełną swobodę wobec własnej maski.

Może dlatego tak bardzo rozczuliła mnie jedna malutka scena z „Króla Leara” Grzegorza Wiśniewskiego w Teatrze Narodowym w Warszawie. Ukrywający się w lesie, upokorzony Lear (Jan Englert) spotyka wiernego mu, ślepo go wciąż miłującego hrabiego Gloucestera (Jan Frycz). Ileż tam jest radości z tego, wydawałoby się, niemożliwego już spotkania, ileż męskiej, przyjacielskiej czułości, podszytej goryczą, ale jakże pięknej! Jak znakomicie obaj nasi mistrzowie aktorstwa prowadzą tę scenę, nawlekając na jej szkielet koraliki spojrzeń, uśmiechów, drobnych gestów! Gdy po kilku minutach Gloucester zwraca się do Leara, mianując go królem, ten uświadamia sobie, że jeśli na świecie choć jedna osoba uważa go za króla, to on wciąż jest królem. Englert diametralnie zmienia więc aktorskie środki: czułość właściwa intymnemu spotkaniu przyjaciół ustępuje miejsca audiencji, jakiej dobrotliwy król udziela swojemu ulubionemu wprawdzie, ale zawsze tylko poddanemu. Frycz nie próbuje tej przemiany tłumaczyć. Pozwala Gloucesterowi przez chwilę nie rozumieć, co się właściwie stało. Jeszcze przed momentem był przyjacielem, teraz znów jest poddanym. W tym nagłym zagubieniu Gloucestera, ale przede wszystkim w czułości, z jaką wcześniej witał Leara, zobaczyłem rewers Daria. Tam Frycz doprowadzał do skrajności własną maskę; tutaj, bez ostentacji, pokazywał — chcę w to dziś wierzyć — co jest mu naprawdę bliskie: przyjaźń, wrażliwość, czułość, której nie trzeba się wstydzić.

Na szczęście wiele z tego, co zrobił, zostało nagrane. Frycz pozostanie więc z nami w filmach, serialach i spektaklach Teatru Telewizji, do których będzie można wracać. Teatr jest pod tym względem bardziej okrutny: znika wraz z ostatnim przedstawieniem, a to, co po nim zostaje, zależy już od naszej pamięci. W mojej zachowają się Iwan, Piłat, Essex, Wierszynin, Gloucester — i wiele, wiele innych ról, których nie sposób tu pomieścić. Nie ułożą się one w pełny portret Jana Frycza — nie taki był zresztą zamiar. Zapisane w tym tekście wspomnienia są okruchami rozbitej filiżanki, zapożyczonej od Kentridge’a. Z czasem staną się czymś na kształt fragmentów greckich waz — śladami po mitycznym bohaterze.

Tytuł oryginalny

Ważenie i… pragnienie – pożegnanie Jana Frycza

Źródło:

DOMAGAŁAsięKULTURY

Link do źródła

Autor:

Tomasz Domagała

Data publikacji oryginału:

08.09.2026

Sprawdź także