Logo
Recenzje

W świetle

9.12.2025, 15:26 Wersja do druku

„Lumière”, tryptyk baletowy w Operze Wrocławskiej. Pisze Benjamin Paschalski na swoim blogu.

fot. mat. teatru

Kiedy podróżowałem do Wrocławia, by uczestniczyć w najnowszej premierze tutejszego baletu, przypomniała mi się historia sprzed dziesięciu lat dokładnie z tegoż miasta. Współtworzyłem spektakl w tutejszej największej scenie, która przeżywała liczne zawirowania organizacyjne i do reżysera podszedł twórca oświetlenia i zapytał z lekką ironią, podszytą koniecznością akceptacji: „światełka w porządku?”. Wówczas rozbawiła mnie owa sekwencja, stała się ona także przedmiotem długofalowych kpin, bo przecież to tylko światła.

Faktem jest, że w ówczesnym przedstawieniu odgrywały one niesłychanie ważną rolę, bowiem część odbywała się w mroku i półmroku, a ów obraz jest wyjątkowo trudno oddać i skonstruować. Zdałem sobie sprawę, że jeden z elementów widowiska teatralnego, lekko bagatelizowany i pomijany w opisach analitycznych, jest pełnoprawnym elementem tego, co nazywamy spójnym przedstawieniem. Bez owego precyzyjnego blasku, cienia, przymrużenia nie można osiągnąć wielu efektów, które oddają piękno i brzydotę, urok i fałsz, tajemnicę i zagadkę. Owych przymiotników można by wymieniać bez liku, ale faktem jest, że twórcy oświetlenia coraz mocniej wkraczają na deski sceniczne jako współkreatorzy spektaklu.

W specyficzny sposób, ale właśnie oddając hołd „światłu” powstał wieczór baletowy Lumiere przygotowany przez zespół baletowy Opery Wrocławskiej prowadzony przez Małgorzatę Dzierżon. Wielokrotnie komplementowałem ową formację, która w ostatnich kilku latach poczyniła wielkie postępy techniczne, organizacyjne oraz jakościowe, i w owym zapisie ostatniego spotkania będę konsekwentny. Bowiem wrocławskie spotkanie ukazało blask tego, czego poszukuję w lokalnych formacjach tanecznych – wspólnotowość i współodpowiedzialność za efekt finalny widowiska. Umiejętne współgranie między indywidualnością a zespołowością, świetne rozumienie idei choreograficznej daje bardzo dobre efekty artystyczne. A dopełnienie owego wykonania dozą ideowości daje poczucie zrozumienia czym jest sztuka tańca dla nas, współczesnych XXI wieku.

Coraz bardziej powszechne na świecie jest nazywanie wieczorów baletowych określonym podtytułem, będącym spoiwem dla prezentowanych prac. Czasem to sztuczne poszukiwanie mianownika, które ma niewiele wspólnego z przedstawianą rzeczywistością. Niekiedy to wspólnota nazwiska kompozytora czy też choreografa, a także symbolika wyróżnika ważnego w prezentowanych układach tanecznych. We Wrocławiu padło na „światło”, które wielokrotnie jest wyłącznym dekorum w baletowej prezentacji. Zachowując pustą, nieograniczoną przestrzeń ruchu, staje się ono jedynym towarzyszem dla występujących. To niczym latarnia morska oświetlająca ścieżki wykonania układu, wielokrotnie rozświetlające słońce towarzyszące eksplozji i ekstazie ruchu. Owych metafor może być wiele, ale faktem jest że nieokreśloność światła jest w naturalny sposób dopasowana do wyłamujących się z łatwego opisu  niejednoznacznych narracji tanecznych. Owe współgranie wydaje się czymś naturalnym, historycznie uwarunkowanym choćby w ludowości tańca i ognia. Paradoks polega również na tym, że wskazanie owego tytułu wieczoru baletowego narzuca określone interpretacje trzech odmiennych realizacji. Jako widz poszukiwałem nieustannie owej tajemnicy unifikującej światło i ruch. To trochę zastanawiające jak jedno słowo może całkowicie odmienić myślenie o tym, co się dopiero obejrzało i zwracać głównie uwagę na ów łącznik będący głównym elementem scenograficznym. Ten zabieg daje możliwości innej analizy, niż gdy będziemy pozbawieni quasi narzuconego widzenia przedstawienia.

Światło, promień, blask, cień, półmrok wiele określeń dla przestrzeni artystycznej buduje jedną wielką scenę tanecznej ekspresji. Wrocławski wieczór baletowy początkuje Bolero do muzyki Maurice Ravela, znana już w Polsce praca Meryl Tankard, której premiera miała miejsce w roku 2023. Choreografka, ikoniczna postać australijskiego i europejskiego tańca, przez lata związana z zespołem Piny Bausch, w obecnym czasie powraca do ikonicznej pracy swojej mentorki Kontaktchof – Echoes of ’78, gdzie na scenie można zobaczyć dziewięciu tancerzy z oryginalnej obsady, powracających do ówczesnego czasu. Należy powiedzieć, że eksperyment formalny i artystyczny wpisany jest w strategię twórczą artystki.

I takie jest właśnie jej Bolero, które uważam za jedną z najciekawszych realizacji tegoż utworu muzycznego, który posiada setki interpretacji i wykonań. Tankard tworzy spektakl taneczny bez widzialnego tańca. Widzów od artystów oddziela ekran, który pokryty jest wyświetlanymi projekcjami Regisa Lansac’a obrazującymi świat hiszpańskiej codzienności – placów, dziedzińców, targów (choć tak naprawdę to zdjęcia francuskiego Lyonu). Uniwersum południa podzielone początkowo na trzy części przybliża i oddala tancerzy kształtujących swoisty teatr cieni, narastających emocji, przesuwających się postaci, jak w perfekcyjnym papierowym teatrze lalek. Rozpacz i ból jako mianownik kobiecego losu, który staje się tłem dla narastającej muzyki francuskiego mistrza. Interakcje i samotność, troski i nadzieje, takie odczucia towarzyszą podczas owego wykonania. Precyzja jest niezwykle istotnym elementem owego układu, bowiem odpowiednie ustawienie sylwetki powoduje właściwe wyświetlenie postaci na ekranie. Owa historia, pełna abstrakcyjnych scen, posiada swoją pulsującą dramaturgię, będącą niczym epos miasta, ludzi, egzystencji, trwania. Pomysłowość ukazuje współgranie nie tylko ruchu i dźwięku, ale również obrazu, który jest istotnym elementem owego wykonania. Jego różnokolorowość spalenie słońcem i jego zachodem, zmierzchem, zwieńczeniem każdorazowo powtarzalnego dnia, jest świetnym ujęciem myśli kompozytorskiej.

Owe obrazy południa przełamuje, a może i na swój sposób kontynuuje Un Ballo ponownie do muzyki Ravela. Tym razem to Menuet z Nagrobka Couperina oraz Pawana na śmierć infantki, które brzmią niezwykle delikatnie w wykonaniu miejscowej orkiestry pod kierunkiem Rafała Karczmarczyka. Ów kilkunastominutowy układ to autorstwo jednego z największych choreografów naszych czasów, w naszym kraju faktycznie pomijanego i jakby niezauważanego – Jiriego Kylina. Ten niegdysiejszy szef Nederlands Dans Theater przygotował pracę ponad trzydzieści lat temu oddając hołd uniwersalnie widzianej śmierci. Idąc za tropem kompozytora to pamięć hiszpańskich infantek znanych z obrazów Diego Velasqueza, a także ofiar I Wojny Światowej. To, co charakteryzuje ową pracę to niewinność i aksamit ruchu. Dokładnie jak obrazy wskazanego hiszpańskiego mistrza doby baroku, tak układ pełen jest delikatności, spokoju i swoistej, bijącej nostalgii. Początkowo przestrzeń sceny rozświetlają jedynie opuszczone sztankiety z niezliczoną liczbą perfekcyjnie ułożonych świec, które unoszą się do góry. Owa sekwencja początkuje swoisty bal pożegnania, odchodzenia. Ale nie jest to znany ekspresyjny taniec śmierci, ale powolne, niczym muśnięcia delikatnego materiału, ruchy. Trzy duety, których finezja zachwyca, przechodzą w zespołowe współgranie niczym najpiękniejsza poezja miłości, a także rozstania. Choreograf świetnie buduje klimat wspólnoty, powolności, czystej radości ruchu. Śmierć tylko pobłyskuje jak świece zawieszone nad sceną, a niezwykła energia bije z owego subtelnego wykonania, które unifikuje rozpacz, ale również nadzieję wybawienia. Świat czerni jest obrazem śmierci, ale Kilian widzi w nim również swoistą, może przewrotną, radość dawnego tańca. Bowiem układ to nawiązanie do renesansowej pawany i menueta zaprezentowane niezwykle precyzyjnie przez balet Opery Wrocławskiej.

Finisz owego „świetlnego” spotkania tanecznego należał do Rafaela Bonacheli. Ten pochodzący z Hiszpanii artysta, obecnie dyrektor artystyczny Sydney Dance Company, to ponownie artysta debiutujący w naszym kraju. Zaprezentował on pracę 6 Breaths, która już od piętnastu lat znajduje się w repertuarze jego macierzystego zespołu. I należy powiedzieć, że to również niezwykle zjawiskowe spotkanie, które świetnie oddaje owe połącznie ruchu i plastyki oświetlenia. Nieodłącznym elementem pozostaje również muzyka. Kompozycja Ezio Bosso na sześć wiolonczel i fortepian jest integralnym współkreatorem tanecznej wizji. Mimo, że Bonachela odżegnuje się od programowości swojego układu, na rzecz uniwersalnej sztuki tańca, to jednak posiada on swój jasny i klarowny przekaz. „Oddech” staje się owym mianownikiem dla owej pracy. W warstwie opisowej to sześć stanów: pierwszy oddech, bez tchu, płaczący oddech, jednoczesny oddech, szept, ostatni oddech. I najważniejszym pozostaje pytanie jak ukazać owe zjawisko biologiczne w tańcu?

Początkowo głęboko wątpiłem czy to w ogóle jest możliwe, że choreograf sztucznie dopasował narrację do własnej wizji artystycznej, ale zapewniam, że efekt jest zjawiskowy i niezwykle dobrze pomyślany. Z pomocą twórcy przychodzi oczywiście technologia i projekcje multimedialne. Początkowo wyświetlany samotny mężczyzna, który zanika, ale obok niego pojawia się druga postać – partnerka, która daje życie, oddech. Staje się trwałym elementem egzystencji, współistnienia. To nie tylko naturalny odruch nabierania powietrza, ale bycie z kimś staje się jak niezbędny element trwania. Ten symboliczny gest, utwierdzający nas w wadze życia, poprzedza interpretacja taneczna owych sześciu faz oddechu. Pomysłowość Bonacheli polega na tym, że każdy z tych stanów obrazuje odmiennym światłem (Ben Cisterne), które wykreśla pole tańca dla wykonawców. Początkowo to swoisty chaos i wyłuskiwanie solistów przez światło punktowe. Kolejno to asymetryczna grupa, która poszukuje tlenu, męski duet opieki i wsparcia, symetryczna grupa, para oraz wspólnota zespołu. Owych sześć fragmentów to jak etapy egzystencji, które są przystankami oświetlane adekwatnie do stanu człowieczego bytu. Kostiumy autorstwa Josha Goota to niczym sportowe ubrania, które współgrają z zamysłem zmęczenia, trwania, bytności. Sam układ jest trudny i skomplikowany, ale mimo to bardzo dobrze, precyzyjnie wykonany. Należy podkreślić niezwykle dobre tempo, rytm, a także prezentacje duetów przez solistów. Właśnie ona zasługuje na najwyższą notę, gdyż świadomość układu, jego dokładność pomaga w klarownym odbiorze widowiska o nadziei i konieczności tlenu miłości.

Wrocławski wieczór pokazał klasę i rangę baletu Opery Wrocławskiej. To nie tylko świadomość wyboru repertuaru, nieoczywistego i nieodkrytego w naszym kraju, ale przede wszystkim walor posiadania zgranego zespołu baletowego, który bardzo dobrze czuje się w technikach współczesnych. Owe spotkanie artystyczne ma jasny przekaz i klarowną klamrę „światła”, o którym rzadko myślimy zasiadając w teatralnym fotelu. A przecież jest ono po to aby oświetlać nas, coś, innych. Warto je chłonąć i rozumieć, ale nie może ono istnieć samoistnie bowiem służy czemuś. Tak jak ma to miejsce w stolicy Dolnego Śląska. Tu zwycięża balet, ale doprawiony ze smakiem przyprawami plastyki i muzyki. Wówczas buduje się wartościowy, atrakcyjny czas artystyczny, który warto podziwiać i rozumieć. 

Lumiere (Bolero, Un Ballo, 6 Breaths), Maurice Ravel, Ezio Bosso, kierownictwo muzyczne Rafał Karczmarczyk, choreografia: Meryl Tankard, Jiri Kylian, Rafael Bonachela, balet Opery Wrocławskiej, premiera: listopad 2025

 

                                                                                                    

 

Tytuł oryginalny

W świetle

Źródło:

https://benjaminpaschalski.pl/
Link do źródła

Autor:

Benjamin Paschalski

Data publikacji oryginału:

09.12.2025

Sprawdź także