„Choinka u Iwanowów” na podst. Aleksandra Wwiedenskiego w reż. Jędrzeja Piaskowskiego w Teatrze Polskim w Szczecinie. Pisze Jakub Wichowski.
„Cechami radzieckiego społeczeństwa są: nieokreśloność, płynność, zmienność, wieloznaczność we wszystkim. Składa się ono z galaretowatych jednostek i samo przypomina galaretę. Jest to społeczeństwo kameleonów, będące w całości gigantycznym kameleonem” – Aleksander Zinowjew.
Od kilku tygodni, za sprawą mojego ojca władającego pilotem, jesteśmy wraz z mamą skazani na oglądanie dość dużej liczby materiałów poświęconych Rosji. Żaden z nich nie ukazywał tego kraju w pozytywny sposób. Domyślam się, że nie wszystko, co zostało mi pokazane na ekranie telewizora, było prawdą, ale przyczyniło się do umocnienia we mnie pewnego wizerunku Rosji i jej społeczeństwa. Kraj mentalnie zniewolony, absurdalny oraz taki, gdzie co drugi człowiek to pijak. Obraz niezbyt przyjemny, może nawet mocno stereotypowy, ale w taki właśnie sposób najczęściej się go nam przedstawia i bardzo możliwe, że nie odbiega on daleko od rzeczywistości.
Jędrzej Piaskowski i Hubert Sulima zapraszają nas do swojej wizji rosyjskiego świata i jego społeczeństwa w czteroaktowym spektaklu „Choinki u Iwanowów”. Oryginalny tekst Aleksandra Wwiedeńskiego porusza tę samą tematykę homo sovieticusa – człowieka ogłupionego przez system, biernego, wypaczonego, agresywnego w zachowaniu do słabszych. Sulima i Piaskowski pod względem ukazania mentalności Rosjan nie musieli się zbytnio napracować przy zmienianiu zawartości tekstu. Jedną ze specyfik tego zamkniętego świata jest to, że się nie zmienia i zmienić nie potrafi, co sprawia, że sztuka ta będzie aktualna w każdym momencie historii.
Pierwszą styczność z homo sovieticusem podczas przedstawienia mamy, poznając dzieci należące do przykładnej, skorumpowanej przez system rodzinki Puzyriewów z mamusią i tatusiem na czele. Na tym tle wyróżnia się postać niani (Natalie Brodzińska). Opiekunka jako postać nie radzi sobie zbyt dobrze z emocjami. Każda obelga skierowana w jej stronę wzbudza w niej niepohamowaną żądzę mordu. Grozi swoim podopiecznym, że jeśli nie przestaną źle się zachowywać, to po prostu zostaną zabici siekierą, co zresztą dzieje się chwilę potem względem jednej z osób. Przez swój agresywny temperament wybija się ona ponad resztę postaci jako ta, która jest swego rodzaju skazą na „pięknym” systemie rosyjskim. Niania, choć nie da się jej na początku lubić, jest osobą, która początkowo pozostaje poza wpływem państwa rosyjskiego, pomimo tego, że w nim egzystuje.
Trudno opowiedzieć fabułę w momencie, kiedy ona występuje jako tło. Spektakl Piaskowskiego to przeplatające się krótkie historie z rosyjskiego życia, ukazane w groteskowy sposób, a łączącym je i najważniejszym elementem jest Niania.
Bohaterów można podzielić na trzy rodzaje: obywateli wolnych, czyli chcących zostać sobą, nieukształtowanych przez system; homo sovieticus – osoby pokonane przez państwo rosyjskie, które wybiera ludziom rolę do odgrywania w społeczeństwie tak, by spełniała wymogi użytecznej jednostki; samo państwo rosyjskie, występujące jako główny antagonista przedstawienia, ukazujące się nie fizycznie, ale metaforycznie, w szeregu instytucji i miejsc zmieniających ludzi, obywateli niezniszczonych przez Rosję, w lalki wyprute z emocji.
Reżyser, używając konwencji teatru absurdu, nieraz bawi się z widzem. „Dzieci” pojawiające się na początku nie są faktycznie tym, o czym może oglądający pomyśleć. Są to dorośli ludzie ubrani w pieluchy, mający zainteresowania oraz wypowiadający się w sposób nieprzypominający kogoś młodego. Reżyser próbuje używać na widzach tych samych technik, jakich używa samo państwo rosyjskie na swoich obywatelach – każdy widzi prawdę, ale jest zaprogramowany tak, by odbierać ją w kompletnie inny sposób. Państwo rosyjskie wbiło ich w pewien schemat i z poważnych osób zrobiło tytułowe lalki, czyli nieposiadające emocji kawałki plastiku, które można ubierać i nadawać odpowiednie role względem swoich widzimisię. A jeśli się zepsuje, to po prostu takiej zabawki można się pozbyć. Homo sovieticus w tym spektaklu przybiera właśnie formę zabawki.
Po dwóch pierwszych aktach ciągłego chaosu i świata wariatów Piaskowski daje nam odpoczynek w postaci aktu trzeciego. Nie wiedzieć czemu, reżyser po połowie spektaklu przestaje wierzyć w umiejętności interpretacyjne widza. Liczne metafory, które można było zauważyć w poprzednich aktach, zostają nam wytłumaczone jak dziecku oraz tam nie występują. U Wwiedeńskiego moment ten opowiada kompletnie o czymś innym, co sprawia, że próba wykonania aktu trzeciego wydaje się sztuczna i niepasująca do reszty spektaklu. Zabieg ten miał najpewniej spełniać również funkcję dokumentalną podczas tego przedstawienia, ale przez łopatologiczność została ona bardzo spłycona.
Na szczęście po nieumiejętnie wykonanej przerwie w akcie czwartym powraca na scenę postać niani.
Drogi Czytelniku, pewnie zastanawiasz się, dlaczego tak często przywołuję postać niani. Ponieważ funkcja, jaką pełni w spektaklu, jest również tym, co najważniejsze – początkowa antagonistka staje się protagonistką, której zaczynamy współczuć. Demiurg pokazuje nam, jak państwo rosyjskie tworzy jednostki mu potrzebne, czyli homo sovieticusów. Opiekunka, będąca postacią dynamiczną, odbywa podróż po rosyjskich instytucjach przypominających to, w jaki sposób Bareja próbował pokazać absurdy polskiej rzeczywistości. Nic tam się nie trzyma kupy, człowiek jest traktowany gorzej niż zwierzę, a prawo bywa tak absurdalne, że trudno nie zostać oskarżonym o popełnienie przestępstwa. Te wszystkie rzeczy składają się na proces dehumanizacji człowieka, jaki możemy zobaczyć w postaci niani, zbijając ją do prostej rosyjskiej lalki bez uczuć, dobitnie ukazanej chwilę przed końcem spektaklu jako pokaz pole dance, symbolizujący porażkę, przegraną nie tyle głównej bohaterki, tylko idei wolnego człowieka żyjącego w rosyjskim świecie.
Taniec na rurze to ostatni przystanek, który niania odbywa na swojej ścieżce do zostania homo sovieticusem. Scena ta pokazuje nam zwycięstwo państwa rosyjskiego nad człowiekiem niezależnym i wbicie go w pewien schemat. Dlatego nikt z postaci na scenie nie zwraca później uwagi na powrót morderczyni dziecka, ponieważ powróciła jako inna osoba: wykreowane przez system użyteczne narzędzie, wyprute z emocji i robiące użytek z już nieużytecznych członków przykładnej rodziny. A jeśli dane narzędzie przestaje być użyteczne lub jest zepsute, wtedy można lub wręcz należy się go pozbyć, tak jak się dzieje w finale z rodziną Puzyriewów.
Kilka dni temu, będąc już po „Choince u Iwanowów”, rozmawiałem z moim znajomym Aleksandrem, który mieszka w Rostowie nad Donem – mieście położonym od granicy z Ukrainą o kilkadziesiąt kilometrów w linii prostej. Ma 17 lat i niedługo najpewniej zostanie przymuszony do pójścia do wojska. Nie lubi Putina i planuje wyjazd do Turcji, by uciec od tego, jak sam to nazywa, „chorego kraju”. Kiedy opowiedziałem mu, na jakiej sztuce byłem i co zobaczyłem, powiedział do mnie: „To, co widziałeś, to rzeczywistość, a nie sztuka teatralna”. Jego słowa mam w głowie do dziś.