Logo
Magazyn

Nie grać więcej, niż trzeba – 105 lat temu urodził się Yves Montand

13.10.2026, 09:44 Wersja do druku

105 lat temu, 13 października 1921 r., urodził się Yves Montand – francuski aktor i piosenkarz pochodzenia włoskiego. Symbol powojennej Francji i jedna z najważniejszych postaci francuskiej kultury tego czasu. W latach 80. wspierał ruch „Solidarności”. Jego motto brzmiało: nie grać więcej, niż trzeba.

fot. Studio Harcourt/ Domena publiczna/ Wikimedia Commons

„Miał wiele kompleksów. Paraliżowała go nieśmiałość. Jako dziecko nie odważał się nawet usiąść w metrze. Paradoks polegał na tym, że wybrał najbardziej eksponujący artystę zawód świata, a jednak ten lęk był siłą napędową jego życia. Nigdy nie zaznawał spokoju. Jego otoczenie było tym wyczerpane” – powiedział w „Le Figaro” francuski historyk, scenarzysta i reżyser Patrick Rotman, autor dokumentu „Ivo Livi, dit Yves Montand” (2011).

Yves Montand zwykł mawiać, że „pożera” go od środka „jakiś potwór”. Potrafił bez przerwy analizować swoje występy, pogrążać się w rozmyślaniu. „Był człowiekiem obsesyjnym” – zaznacza Rotman. Nie przeszkodziło mu to jednak zostać jednym z najważniejszych francuskich artystów drugiej połowy XX wieku, symbolem powojennej Francji, którego oddziaływanie wyszło daleko poza jej granice.

„Chyba nikt nie zasługuje bardziej na miano wielkiej osobowości francuskiego kina. Yves Montand jest znakomitym piosenkarzem, o charakterystycznym głosie i stylu wykonawczym, a także aktorem, który przeszedł długą ewolucję od ról młodych proletariackich bohaterów do postaci charakterystycznych komizmem i autoironią” – oceniono w 1983 r. na łamach „Filmu”. „Każde spotkanie z tym aktorem, czy to na estradzie, czy na małym lub dużym ekranie, jest przeżyciem, któremu towarzyszy świadomość obcowania z wysokiej klasy profesjonalizmem” – podsumowano.

Naprawdę nazywał się Ivo Livi i pochodził z Włoch. Przyszedł na świat 13 października 1921 r. w niewielkiej toskańskiej miejscowości Monsummano Terme (obecnie działa tam teatr jego imienia). Był synem Giuseppiny Simoni i Giovanniego Liviego – zagorzałego komunisty. Niektóre starsze źródła jako miejsce urodzenia błędnie podają Wenecję. Taką wersję w pierwszych latach kariery podawał sam Montand. Z powodu poglądów i działalności ojca rodzina Livich narażona była na szykany ze strony rosnącego w siłę ruchu faszystowskiego. Sytuacja pogorszyła się, kiedy niemal równo rok po narodzinach Iva władzę we Włoszech objął Benito Mussolini.

W 1924 r. Giovanni i Giuseppina zdecydowali się wyemigrować do Francji. Zamieszkali w jednej z najbiedniejszych dzielnic Marsylii. Kilka lat później Livi otrzymali francuskie obywatelstwo. Z uwagi na trudną sytuację ekonomiczną rodziny 11-letni Ivo rzucił szkołę i postanowił znaleźć pracę. Dorabiał m.in. u producenta makaronów, jako goniec, pomocnik fryzjera i robotnik.

Jako 15-latek występował już w podmiejskich barach, gdzie naśladował głos Kaczora Donalda. Odskocznią były wówczas dla niego śpiew i kino, a konkretnie seanse hollywoodzkich produkcji. Oglądał niemal wszystko, ze szczególnym upodobaniem filmów z Humphreyem Bogartem i Fredem Astaire'em. Z czasem, zafascynowany także twórczością Charles'a Treneta, śpiewał w podrzędnych barach i kawiarniach. Wtedy też przyjął pseudonim Yves Montand. Inspirację miały stanowić słowa jego matki, która kiedy chciała, by wrócił do domu, wołała: „Ivo, monta!”, co oznaczało: „Ivo, na górę!”.

Udane występy zaowocowały kolejnymi – już w lepszych salach i nie tylko w Marsylii, ale także w innych miastach na południu Francji. Rozwój ten na pewien czas ograniczył wybuch II wojny światowej. Montand pracował wówczas jako tragarz w marsylskim porcie. Kontakt ze środowiskiem dokerów ugruntował go w lewicowych przekonaniach zaszczepionych mu wcześniej przez ojca. Z czasem ta fascynacja zacznie mu jednak ciążyć.

„Jako syn włoskich działaczy komunistycznych, którzy uciekli przed faszyzmem i wylądowali w Marsylii, Montand przez długi czas uosabiał historię wielkiej komunistycznej iluzji. Jego głęboka i sentymentalna więź z partią oraz podziw dla Stalina zniknęły po długim czasie” – czytamy w „Le Monde”.

W 1944 r. zdecydował się na wyjazd do Paryża, gdzie szybko trafił do Moulin Rouge. Tam wypatrzyła go Edith Piaf i zaproponowała mu zmianę stylu i repertuaru. Wspólne występy i wzajemna fascynacja przerodziły się w trwający niemal dwa lata romans. To właśnie u boku Piaf Montand zadebiutował w kinie. Najpierw w roli Pierre’a w wyreżyserowanym przez Marcela Blistene’a dramacie „Gwiazda bez światła (1946), potem w melodramacie Marcela Carné „Wrota nocy” (1946). Po rozstaniu z Piaf jego kariera nieco przyhamowała.

Przełom nastąpił w 1949 r. wraz z wydaniem wykonywanej już wcześniej przez Montanda w filmie „Wrota nocy” piosenki „Les Feuilles mortes”. Skomponowany przez Josepha Kosmę utwór ze słowami Jacques'a Préverta okazał się wielkim przebojem.

W tym samym roku poznał aktorkę Simone Signoret, z którą w grudniu 1951 r. wziął ślub. Montand i Signoret stworzyli jedną z najsłynniejszych par francuskiego kina. Do ich wspólnych filmów należą m.in. „Czarownice z Salem” (1957), „Przedział morderców” (1965), „Z” (1969) i „Zeznanie” (1970). Mimo zdrad Montanda byli ze sobą aż do śmierci Signoret w 1985 r.

W 1953 r. pojawiła się „Cena strachu”. Film w reżyserii Henriego-Georges’a Clouzota uważa się za największe osiągnięcie filmu noir we Francji. „Genialne w swym zamyśle połączenie akcji i pełnych udręki ludzkich reakcji działa z nieodpartą siłą, od której nie sposób uciec. To film, który pozostawia widza wstrząśniętego i wyczerpanego” – recenzowano w „Guardianie”.

W Las Piedras w Ameryce Południowej w skrajnej nędzy żyje grupa Europejczyków. Na wyjazd nie mają pieniędzy. Szansa pojawia się, kiedy w oddalonej o 400 mil górskiej kopalni ropy naftowej wybucha pożar. Do jego ugaszenia potrzebna jest nitrogliceryna. Choć szanse powodzenia akcji są niewielkie, to ochotników nie brakuje. W drogę wyruszają dwie ciężarówki. Załogą pierwszej są Francuzi: Jo – oszust i bankrut – oraz paryski cwaniak Mario. Drugą prowadzą tajemniczy Niemiec Bimba i pochodzący z Włoch Luigi. Każdy nieostrożny ruch może spowodować wstrząs i eksplozję. Montand wciela się w Maria i, jak oceniono w „New York Timesie” „wypada szorstko i bezwzględnie”, czym idealnie wpisuje się w klimat filmu. „Cena strachu” to jedyny film w historii nagrodzony jednocześnie Złotym Niedźwiedziem w Berlinie i Złotą Palmą w Cannes.

Trzy lata później wspólnie z żoną wystąpił w „Czarownicach z Salem”, wyreżyserowanym przez Raymonda Rouleau dramacie historycznym opartym na sztuce Arthura Millera o tym samym tytule. Następnie wcielił się w postać Ricuccia w neorealistycznym filmie Giuseppe De Santisa „Ludzie i wilki”.

W styczniu 1957 r. Montand przyjechał do Polski, gdzie oprócz głównego koncertu w Sali Kongresowej, podczas którego wykonał takie utwory, jak „Les grands boulevards”; „A Paris”; „C'est si bon”; „Barbara” i „Quand un soldat” – wystąpił także w Fabryce Samochodów Osobowych (FSO) na warszawskim Żeraniu. „Przez dwie godziny stoję naprzeciw 3 tys. ludzi, którzy gotowi są mnie zjeść. Większość, prawdopodobnie, chce mnie zjeść z sympatii. Ale na widowni są też ludzie nastawieni do mnie wrogo. Ci również chcą mnie zjeść. Utrzymanie tej sytuacji w jakiejś rozsądnej równowadze wymaga niesłychanego napięcia nerwowego. Po takim występie marzę o wypoczynku, kładę się i śpię” – opowiedział dziennikarzowi „Przekroju”.

Kolejnym ważnym dla niego filmem była komedia romantyczna George’a Cukora „Pokochajmy się” (1960) z Marilyn Monroe w roli Amandy Dell – pięknej śpiewającej aktorki. Montand gra multimilionera Jeana-Marca Clementa. „Monroe jest oczywiście zachwycająca w roli skrojonej idealnie pod nią – wciela się w aktorkę z off-Broadwayu, która pragnie poszerzyć swoje horyzonty intelektualne (uczęszcza na wieczorowe zajęcia z geografii) – ale partneruje jej również niezwykle utalentowany Yves Montand. Tworzy znakomitą, pełną ciepła i humoru kreację najbogatszego człowieka świata, który szuka kobiety zdolnej pokochać go dla niego samego” – recenzowano w „Variety”.

W 1968 r. przez sześć miesięcy dawał recitale w paryskiej Olympii. W 1969 r. wystąpił w nagrodzonym Oscarem za najlepszy montaż thrillerze politycznym Costy-Gavrasa „Z”. Rok później u boku Alaina Delona wcielił się w postać Jansena w filmie Jeana-Pierre’a Melville’a „W kręgu zła”, a w 1971 r. zagrał w komedii z Louisem de Funesem „Mania wielkości” nakręconej na podstawie dramatu Victora Hugo „Ruy Blas”. Dwa lata po „Manii wielkości” zagrał główną rolę w „Stanie oblężenia” w reżyserii Costy-Gavrasa. Za rolę w filmie „Cezar i Rozalia” (1972) otrzymał Nagrodę Davida di Donatello. We wrześniu 1982 r. wystąpił w Metropolitan Opera w Nowym Jorku. W czasie swojej długiej kariery Montand wielokrotnie występował także na scenach Broadwayu.

Z biegiem lat coraz bardziej odchodził od lewicowych idei. Jego mottem były słowa Scotta Fitzgeralda: „Musimy zdawać sobie sprawę z beznadziejności rzeczy i jednocześnie być zdecydowanymi je zmieniać”. Tak czynił przez całe swoje dorosłe życie.

W latach 80. był jedną z tych zagranicznych gwiazd, które aktywnie wspierały w Polsce „Solidarność”. „Nie wolno, aby rząd francuski kazał nam wierzyć, że wprowadzenie dyktatury wojskowej w Polsce to sprawa wewnętrzna, która ma ułatwić Polakom podjęcie decyzji co do własnej przyszłości. Jest to twierdzenie niemoralne i kłamliwe: Polska dopiero co się obudziła w stanie wojennym, tysiące osób jest internowanych, związki zawodowe zakazane, czołgi na ulicach i kara śmierci grozi tym, którzy nie podporządkują się reżimowi. To nie jest sytuacja, której chciało polskie społeczeństwo” – wygłosił 16 grudnia 1981 r., odczytując petycję podpisaną przez wielu francuskich artystów i intelektualistów.

W 1989 r. wziął udział obok Lecha Wałęsy w corocznej pielgrzymce mężczyzn do obrazu Matki Boskiej Piekarskiej. Zgromadzonych tam około ćwierć miliona ludzi stało się de facto największym wiecem wyborczym. Montand dodatkowo wystąpił na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego, agitując na rzecz opozycji demokratycznej.

Yves Montand zmarł 9 listopada 1991 r. w na atak serca na planie filmu „IP5”, już po nakręceniu wszystkich scen. Na ironię losu zakrawa to, iż film ten opowiada o starszym człowieku, który także umiera na serce. Pochowano go we wspólnym grobie z Simone Signoret na paryskim cmentarzu Pere-Lachaise.

Podczas swojej kariery pokonał drogę z marsylskich doków przez paryskie sceny aż do Metropolitan Opera. Jego występ na słynnej nowojorskiej scenie był wydarzeniem bez precedensu. „Program, z którym artysta przybył wczoraj do Nowego Jorku, ukazuje wykonawcę w pełni pogodzonego z samym sobą w wieku 60 lat – człowieka, który dokładnie wie, kim jest, co chce robić i jak to robić. A to, co robi, nie ma nic wspólnego z pełną przepychu oprawą Lincoln Center” – zauważył Frank Rich z „New York Timesa”.

„Trwający około półtorej godziny występ Montanda, składający się z mniej więcej trzydziestu piosenek, to kwintesencja paryskiego music-hallu. To podróż do świata, który już przeminął – świata Chevaliera, Treneta i Piaf; świata, który Montand zna chyba lepiej niż jakikolwiek inny wciąż aktywny artysta” – podsumowano w nowojorskim dzienniku.

Najbardziej znane wykonywane przez niego piosenki, to m.in. „Les Feuilles Mortes”; „C'est si bon”; „A bicyclette”; „Sous le ciel de Paris” oraz nawiązujący do wielkiej obławy na francuskich Żydów utwór „Vel' d'Hiv'”. Przyczynił się także do rozpropagowania jednej ze sztandarowych pieśni włoskiego ruchu oporu – utworu „Bella ciao”. „A jednak Montand był kimś więcej niż śpiewającym proletariuszem. Był mistrzem nastroju – aktorem, który w piosence potrafił zbudować miniaturowy dramat. Gdy śpiewał »Les feuilles mortes«, świat na chwilę milkł. Widział w piosence coś, co my – ludzie teatru – nazywamy »sceną wewnętrzną«: moment, w którym aktor nie potrzebuje dekoracji, bo całe jego ciało staje się przestrzenią gry” – ocenił Wiesław Kowalski z portalu „Teatr dla wszystkich”.

„Zawsze fascynowało mnie, że Montand pozostał wierny prostocie. W czasach, gdy show-biznes domagał się efektu, on śpiewał, stojąc nieruchomo. Czasem tylko unosił rękę – gest drobny, lecz znaczący jak pauza u dobrego aktora. W tym geście było całe jego credo: nie grać więcej, niż trzeba” – podsumował Kowalski.

Źródło:

PAP

Wątki tematyczne

Sprawdź także