Logo
Recenzje

Kryminalny musical na kocią nutę

13.10.2026, 11:30 Wersja do druku

„Kocia Szajka i duchy w teatrze” wg Agaty Romaniuk w reż. Joanny Zdrady w Teatrze Lalek Guliwer w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.

fot. Marek Zimakiewicz

Najnowszą premierą Teatr Guliwer sięga po trosze do własnych korzeni. Do czasów, gdy kotka Zuzia dumnie przechadzała się po teatralnych zakamarkach i matronowała lalkowej instytucji. Bez kotki zrobiło się tu jakby puściej, a jeden „Kot w butach” przed ponad dziesięcioma laty, wiosny nie czyni. Tymczasem Joanna Zdrada, biorąc na warsztat opowiadanie Agaty Romaniuk „Kocia Szajka i duchy w teatrze”, wpuściła na scenę nie jednego, nie dwa, ale lekko licząc osiem kotów. Taki rozmach, to rozumiem.

„Kocia Szajka” to ponoć już niemal marka własna. Piszę „ponoć”, bo moje dzieci zaczytywały się w śledczych opowieściach „Biura Detektywistycznego Lassego i Mai” Martina Widmarka, zaś moda na koty przyszła dekadę później i w temacie nie jestem. Koci detektywi do zadań specjalnych przejęli tymczasem we władanie nie tylko rynek wydawniczy, ale także Cafe Tramwaj w Cieszynie, skąd wyruszają, by rozwiązywać lokalne sprawy kryminalne. Przed twórcami scenicznej adaptacji stanęły więc dwa bardzo poważne wyzwania.

Pierwszym było oddanie literackich bohaterów, sportretowanych w książkach przez Malwinę Hajduk, w sposób zgodny z oczekiwaniami młodej widowni. W przypadku kocich sherlocków nie ma bowiem miejsca na odstępstwa – młody widz przejrzy każde niedopatrzenie i będzie gotów głośno zaprotestować. Odpowiedzialna za kostiumy Barbara Niestrawska spisała się na medal – podzieliła koty pomiędzy miauczących ludzkich aktorów i pomiaukujące lalki pyskówki, zaś całą koncepcję wizualną, w nawiązaniu do treści, przeniosła na przełom XIX i XX wieku. Zadbała też o szczegóły: malinowe paznokcie Loli, muchę pod szyją i przepaskę na oku Morfeusza, sumiaste wąsy komisarza Psoty czy ukryte poduchy „ukociawiające” sylwetki aktorów oraz ogromne brzuszyska ludzkich i kocich łakomczuchów. Same postrzępione i połatane stroje oraz lalki przywodzą na myśl tapicerowane meble po spotkaniu z milusińskimi pazurkami. Efektowne są również imitujące porcelanę peruki ludzkich postaci oraz kocie uszy nawiązujące do produkowanych w owym czasie porcelanowych lalek. Twórcza para poszła wyraźnie w stronę kostiumów i nieco zabrakło jej w interesującym opracowaniu scenografii, którą w dużej mierze tworzą dymy i klimatycznie prowadzone światła Macieja Iwańczyka. Ruchome elementy dają przestrzeń do kocich szaleństw, ale ciasta nie powinny spadać ze sztankietów, a całość trącić myszką, zwłaszcza w przedstawieniu o kotach. Aktorzy, ze swej strony, robią wszystko, co w ich mocy, by zbliżyć się do książkowych oryginałów i własnych wyobrażeń. Imponuje wygimnastykowanym ruchem Izabela Kurażyńska jako joginka Lola, Damian Kamiński bawi się postacią Morfeusza, starając się porwać swym entuzjazmem młodą widownię, zaś wspaniale animujący lalki Krzysztof Kozak i Olga Mleczko ubarwiają scenę kocią niesfornością, cieszyńskim dialektem i lokalnymi opowieściami. Wzrok przykuwa także będąca w zaawansowanej ciąży i nieodpuszczająca śledztwa policjantka Waleria w wykonaniu Anny Przygody oraz przeganiająca z zapałem jazgoczące papugi i piszcząco rozedrgana nerwami dyrektorka Jelonek, czyli Katarzyna Brzozowska.

Drugim wyzwaniem była sceniczna realizacja detektywistycznej zagadki w sposób atrakcyjny dla młodego widza. Kryminał to przecież ciągłe sprawdzanie tropów, analiza faktów i sporo gadulstwa. Czytanie książki to jedno. Sprawienie, aby akcja ożyła, a liczne dyskusje i spekulacje dochodzenia nie zamieniły się w statyczną, czczą gadaninę, to już sztuka. Lekiem na całe zło okazały się piosenka i muzyka. Iwona Skwarek sięgnęła do własnego dzieciństwa i wspominanej z rozrzewnieniem bajki muzycznej „Piotruś Pan”, która stała się jedną z inspiracji kompozytorki. Brzmienia orkiestrowe z elementami wręcz operowych arii mieszają się tu ze współczesnym rapem, musicalowym luzem i muzyką elektroniczną, ale największe brawa należą się autorce za wpadający w ucho główny miauczący motyw przywodzący na myśl filmy akcji w stylu „Mission Impossible”. Za muzyką nie zawsze nadążały teksty piosenek Joanny Zdrady, które w niektórych fragmentach sprawiały aktorom trudności. Ale wszystko byłoby dobrze, gdyby muzyczne akcenty reżyserka rozłożyła równomiernie i zadbała o stałe dramaturgiczne bodźce utrzymujące uwagę dziecięcego widza. A to, mam wrażenie, się nie udało. Spektakl zaczyna się bowiem od wysokiego C, mnogością muzycznych wystąpień wspieranych przez wymagające układy choreograficzne Wiolety Fiuk, by nagle przystopować i utonąć w niekończących się śledczych dyskusjach niepopartych akcją. Dyskusjach, w które za rzadko włączane są i angażowane dzieci – ich uwaga odpływa z czasem w siną dal. W tak krytycznym momencie dziwi też nagromadzenie mrugnięć okiem do dorosłych. Rozmowa Walerii z diwą czeskiego divadla Heleną Czerny filuternie wspomina Kunderę, cytaty z czeskopodobnego Szekspira, a nawet „Ostře sledované vlaky”, ale co mają z tym począć dzieciaki? Podobnie rzecz ma się z przemycaną mimochodem edukacją wychowawczo-zdrowotną. O ile mówienie najmłodszym klasom podstawówki o szkodliwości słodyczy, o potrzebie empatii, współpracy czy niewykluczaniu ma uzasadnienie, to nie znajduję go w historii Tadka o popalaniu papierosów czy graniu w „koci, koci łapci” na pieniądze. Widać żyję z wyidealizowanej rzeczywistości. Tak czy inaczej, powyższe uwagi winienem bardziej skierować do autorki tekstu niż do samego spektaklu, będącego przecież jego adaptacją. Grunt, że afera podsłuchowa w cieszyńskim teatrze znajduje ostatecznie radosny, wspólnie wytańczony i wymiauczony finał.

„Spodziewałem się awanturniczej historii z wątkiem kryminalnym i pościgiem za myszami” mówi kot Morfeusz na samym początku spektaklu, zdziwiony obecnością na scenie Guliwera operetkowej piosenki „Fale morza i miłości”. Ja także tego właśnie się spodziewałem. Wątek kryminalny dostałem, awanturę także, i to nie jedną, ale pościgu było tyle, co kot napłakał. „Kocia Szajka i duchy w teatrze”, czyli lalkowy musical szpiegowski, ma w teorii wszystko, czego trzeba. Popularnych książkowych bohaterów, znacznie lepszą niż kocią muzykę, dopracowane aktorskie role, wycyzelowane w szczegółach kostiumy, a jednak pozostawia pewien niedosyt. Jakby dyrygentowi tej sztuki, Joannie Zdradzie, przy sprawnym łączeniu klaunady z gangsterką i musicalem oraz budowaniu formalnych temporytmów pomieszały się nagle kartki z partyturą. I spektakl, niczym kot, powędrował przez chwilę własnymi drogami bez oglądania się na młodego widza. Szczęśliwie w porę się otrząsnął i spadł szczęśliwie na cztery łapy, przy wtórze prychnięć i miauknięć kocich bohaterów oraz braw młodej publiczności.

Moje słowa traktujcie więc z dystansem. Jestem psiarzem, w dodatku uczulonym na kocią sierść.

Tytuł oryginalny

Kryminalny musical na kocią nutę - „Kocia Szajka i duchy w teatrze” w Teatrze Guliwer, recenzja

Źródło:

NaszTeatr

Link do źródła

Autor:

Marek Zajdler

Sprawdź także