EN
07.03.2022, 15:40 Wersja do druku

W poszukiwaniu pierwotnej emocji tańca

Kiedy miałem kilka lat, rodzice zabrali mnie na wesele odbywające się w mazowieckim interiorze. Nie było to pierwsze wesele, na którym byłem, ale było to wesele szczególne. Po pierwsze odbywało się na wsi, co dla dzieciaka z miejskiego blokowiska było czymś nowym, a po drugie wydarzyło się na nim coś, co do dziś pamiętam doskonale, choć resztę imprezy – jak przez mgłę - felieton Tomasza Nowaka w portalu taniec.Polska

Przed uzbrojonymi w kolumny i wzmacniacze muzykami stanął w białej, rozpiętej koszuli dobrze już wypity jakiś wujek panny młodej i zaczął głośno śpiewać, wymachując przy tym dłonią. Gdy skończył, odpowiedział mu nieco spłoszony saksofonista, do którego, nabierając z czasem werwy, kolejno dołączali pozostali muzycy. I wtedy to się stało! Śpiewak przedzierżgnął się w piorun kulisty i z podchwyconą po drodze partnerką przetoczył się błyskiem po sali, pokrzykując, przytupując, przystając, ożywając, przechylając głowę i korpus, w końcu kręcąc się jak fryga w miejscu. Poczułem się tak, jakby ten piorun trafił we mnie, a tancerz urósł w moich oczach do rozmiarów giganta. Tymczasem gigant zatrzymał się, westchnął, zasiadł za stołem i z rezygnacją powiedział ni to do siebie, ni do najbliżej stojących: „Dziady kościelne – ledwie obera odegrali i jeszcze cięli po nogach…”.

Pamiętam też inne wesele, w rodzinnych stronach mojego ojca. Z restauracji był piękny widok na góry. Naśladując rodziciela, prosiłem mamę i ciotki do wolnych „kawałków”, chcąc pokazać, jak bardzo jestem już dorosły (dziewczyny ciągle wydawały mi się wtedy postrzelone). Bliżej nieznana mi starsza pani, która na wesele przyszła sama, przyglądała się temu z uśmiechem, a gdy zabrzmiała jakaś żywa melodia, chwyciła mnie za ręce i porwała do jakiegoś dzikiego – jak mi się wtedy zdawało – tańca, który okazał się najprzyjemniejszym doznaniem tej nocy. „Stryjna Hanka to prawdziwa góralka.” – powiedział z uśmiechem tata – „Pokazała ci, jak się hula”.

Często wracałem myślami do tych dwóch doświadczeń, a gdy na jakimś weselu zagrano jeszcze oberka lub polkę, chętnie puszczałem się w tan z moimi ciotkami. Niestety tej energii już nie udało mi się powtórzyć – większość moich partnerek w młodości należała do miłośniczek Filipinek i Czerwono-Czarnych, choć i w bardziej tradycyjnych tańcach potrafiły się odnaleźć. Z czasem jednak i one przestały tańczyć, z trudem przesiadując na weselach, na których przestano grywać starodawne tańce. Wtedy uświadomiłem sobie, że oto ten cudowny świat odjechał pociągiem retro do ciemnego tunelu przeszłości. Po niewczasie zacząłem sobie zadawać pytania o to, jak mogli grać w mazowieckim interiorze „nie-dziady kościelne” i dlaczego ojciec nie chciał już hulać jak „prawdziwy góral”?

Po latach trafiłem do zespołu wykonującego tańce, które w Polsce zwykło się nazywać ludowymi, choć zapewne już wtedy nikt nie poczuwał się do bycia ludem. Stało się to trochę z przypadku, ale z drugiej strony ja ten przypadek zaakceptowałem – chyba ta nasiąknięta za młodu skorupka czymś jednak trąciła. Imponowało mi wtedy to, że tańcem ludowym mogę zająć się nie dla zabawy, ale „na poważnie”. Zespół „Warszawianka” już wtedy prezentował wysoki poziom wykonawczy i tańce stanowiące kanwę programów nie sprawiały nikomu większych problemów. Długie godziny prób poświęcano raczej na opanowanie i doskonalenie techniki tanecznej opartej głównie na tańcu klasycznym, a po części też tańcu współczesnym, rozwiązań przestrzennych i niewielkiej dawki akrobatyki. To, co prezentowaliśmy na scenie, wywoływało i u widzów i u nas duże i pozytywne emocje. Ale to nie były te same emocje, jakich doświadczyłem będąc dzieckiem. Publiczność najbardziej pobudzały spektakularne akcje ruchowe i rozwiązania choreograficzne – nas ich owacje i świadomość dobrze wykonanych założeń choreografa. To, co przynosiło artystyczne emocje, tłumiło emocje z energii prostych działań ruchowych tańca tradycyjnego, wykonywanego w jego naturalnym kontekście.

Kolejny przypadek – albo też nie – sprawił, że byłem świadkiem powstania pierwszego w Polsce domu tańca. Autorami tej wyjątkowej inicjatywy są Węgrzy, którzy ćwierć wieku wcześniej niż ja zostali porażeni unikatową energią tańca tradycyjnego. Grupa mocno zmotywowanych krajowych entuzjastów przeniosła ten pomysł do Warszawy. Pamiętam pierwsze spotkanie z wiejskimi muzykantami i śpiewaczkami z Gałek Rusinowskich, gdzie pewne tradycje przetrwały dłużej niż w większości regionów kraju. Odbywające się w studenckim Klubie Riviera Remont spotkanie rozdrobniło się na mniejsze spotkania w tańcu z „gołconkami”, które otwierały przed nami nowe taneczne światy. Dość naiwnie pragnąłem wtedy stać się idealną kopią znakomitych wiejskich tancerzy i zdecydowanie nie byłem w tym pragnieniu odosobniony. Wierzyłem, że posiądę tę moc kulistego pioruna, który poraził mnie przed laty. Ale chociaż się do tych wzorców przybliżałem, według niektórych czasem ponoć nawet bardzo udatnie, nigdy gromem się nie stałem.

Dziś na taniec patrzę z perspektywy naukowca. W moich taneczno-muzycznych podróżach po Polsce, ale też wielu innych krajach, doświadczyłem różnych przejawów tańca. Spotkałem wielu tancerzy – i tych, którzy ciągle na nowo porażają, i tych, którzy ledwie mogą sobie przypomnieć okruchy sekwencji ruchu. Spędziłem godziny na rozmowach, tańcach, śpiewach, a nawet muzykowaniu. I wiem, że nigdy nie będę ich kopią. Dorastaliśmy innych epokach i warunkach, przyjmowaliśmy inne wzorce estetyczne, inne doświadczenia ruchowe i życiowe były naszym udziałem. I nie jest to problem osadzony w ruchu, bo przecież odnajdujemy się w tańcu, reagujemy na siebie i prowadzimy ze sobą swoisty dialog taneczny. Najtrudniej odnaleźć te same emocje… A przecież to jest to, co najmocniej nas w tym tańcu porusza.

Tytuł oryginalny

W poszukiwaniu pierwotnej emocji tańca

Źródło:

taniecPOLSKA.pl
Link do źródła

Autor:

Tomasz Nowak

Wątki tematyczne