„Trojanki” Eurypidesa w reż. Aleksandry Bielewicz w Teatrze Powszechnym im. Zygmunta Hübnera w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena recenzenta/tki: (7/10) – dobry
Antyczny dramat Eurypidesa nie przestaje inspirować współczesnych reżyserów. Powstające dziś inscenizacje „Trojanek” są zawsze także komentarzem do współczesności – do świata, który mimo doświadczeń historii nie wyrzekł się przemocy i wojny. Najnowsza premiera w Teatrze Powszechnym w Warszawie w reżyserii Aleksandry Bielewicz w naturalny sposób przywołuje w pamięci wcześniejszą realizację dramatu Eurypidesa przygotowaną przez Jana Klatę w Teatrze Wybrzeże. Oba spektakle powstały z podobnej potrzeby – odczytania antycznego tekstu przez pryzmat współczesnych doświadczeń przemocy – ale prowadzą widza w zupełnie inne rejony teatralnego myślenia o tragedii.
Ciało, wspólnota i rytuał
Spektakl Bielewicz jest przede wszystkim teatrem fizycznym. Reżyserka konsekwentnie buduje przedstawienie wokół ciała aktora i energii zbiorowości. Chór Trojanek nie jest tu tylko narracyjnym elementem tragedii – staje się żywym organizmem, który oddycha, drży, reaguje. Wspólnota kobiet, doświadczonych wojną, próbuje ocalić pamięć o świecie, który właśnie się rozpada.
Ważnym elementem tej konstrukcji jest muzyka wykonywana na żywo przez zespół The Freuders. Dźwięk nie służy jedynie ilustracji – staje się rytmem, który organizuje ruch sceniczny i emocje bohaterów. W połączeniu z choreografią Marii Bijak spektakl nabiera charakteru niemal rytualnego. Ruch, napięcie mięśni, drżenie ciał – wszystko to przywołuje skojarzenia z praktykami uwalniania traumy, o których sama reżyserka mówiła w kontekście pracy nad spektaklem.
W rezultacie przedstawienie w warszawskim teatrze przypomina raczej współczesny rytuał lamentu niż klasyczną interpretację tragedii. Antyczny tekst zostaje rozpisany na ciała aktorów, a emocje – gniew, żałoba, rozpacz – znajdują ujście w ekspresji fizycznej.
Piasek, mit i tragiczna wzniosłość
Inaczej wyglądała konstrukcja spektaklu Klaty w Gdańsku. Jego „Trojanki” rozgrywały się na scenie pokrytej grubą warstwą piasku – przestrzeni przypominającej zarówno plażę, jak i pole po bitwie. Był to świat już po katastrofie. Reżyser, pozostając bliżej dramaturgii Eurypidesa, zbudował spektakl wokół tragicznej postaci Hekabe – monumentalnej kreacji Doroty Kolak.
Chór trojańskich kobiet, związanych jednym wielkim czarnym kostiumem, przypominał w tej inscenizacji wspólne ciało żałoby. Kobiety poruszały się niczym jeden organizm, którego ekspresja raz zamierała w bezruchu, raz przyspieszała w spazmatycznym geście rozpaczy. Był to teatr oparty na obrazach o dużej sile symbolicznej – z ruinami miasta, brutalnością zwycięzców i poczuciem nieuchronności losu.
Klata nie rezygnował jednak z ironicznego dystansu. Finał spektaklu, w którym tragedia nagle przechodziła w groteskowy epilog z udziałem Katarzyny Figury jako Heleny, podważał patos wcześniejszych scen. Reżyser zdawał się sugerować, że współczesność nie potrafi już utrzymać tragicznej powagi mitu.
Dwie drogi współczesnego teatru
Największa różnica między obiema realizacjami dotyczy jednak sposobu rozumienia tragizmu. W spektaklu Bielewicz tragedia zostaje przetworzona w doświadczenie wspólnotowe. Bohaterki nie są tylko ofiarami historii – poprzez solidarność i współdzielenie bólu próbują odzyskać podmiotowość. Ich lament ma wymiar oczyszczający, niemal terapeutyczny.
U Klaty tragizm pozostaje bardziej klasyczny. Hekabe walczy o zachowanie godności wobec bezwzględnej przemocy zwycięzców. Jej bunt ma charakter heroiczny, ale jednocześnie podszyty jest świadomością, że spirala przemocy nie ma końca. Zemsta rodzi kolejną zemstę, a wojna niszczy zarówno zwycięzców, jak i pokonanych.
Teatr wobec wojny
Oba spektakle są więc w istocie refleksją nad tym samym problemem – nad niemożnością wyrwania się ludzkości z logiki przemocy. Różnią się jednak językiem teatralnym.
Klata proponuje monumentalny, pełen symboliki obraz katastrofy cywilizacji. Bielewicz idzie w stronę teatru fizycznego i emocjonalnego, gdzie ciało aktora staje się polem zapisu traumy. Jeśli gdańskie „Trojanki” były opowieścią o upadku świata, warszawskie przedstawienie jest próbą znalezienia w tym świecie przestrzeni dla nadziei – choćby ukrytej w solidarności kobiet.
Można powiedzieć, że oba spektakle prowadzą dialog nie tylko z Eurypidesem, ale również ze sobą nawzajem. Jeden przypomina o tragicznej naturze historii, drugi – o sile wspólnoty, która potrafi przetrwać nawet pośród ruin.
A przecież właśnie w tym napięciu między katastrofą a nadzieją antyczna tragedia pozostaje nadal żywa. I dlatego „Trojanki” wciąż wracają na scenę – jak echo historii, której ludzkość nie potrafi zakończyć.