„Witrażowanki Stasia Wyspiańskiego” Honoraty Mierzejewskiej-Mikoszy w reż. autorki w Teatrze Groteska w Krakowie. Pisze Szymon Białobrzeski w Teatrze dla Wszystkich.
Nic nie poradzę – po latach udręki w polskiej szkole lekcje historii kojarzą mi się z datami i nazwiskami, toporną propagandą oraz umiejętnością szybkiego zapamiętywania. Zapomniałem, że można inaczej – poprzez doznania.
W taki sposób aktorzy Teatru Groteska przedstawiają najmłodszym (2,5–6 lat) twórczość Stasia Wyspiańskiego. Tak, Stasia – punktem wyjścia jest bowiem perspektywa dziecka. Widzowie mają okazję podziwiać jego oczami, jak piękno krakowskiej przyrody przeradza się w barwne witraże.
W jaki sposób oddana jest perspektywa chłopca? Łatwiej byłoby zapytać, w jaki sposób nie jest oddana. Twórcy wykorzystują teatr cieni, odbijające światło szyby, detaliczne makiety czy ruchliwe figurki symulujące ruchy owadów – a to dopiero początek.
Mimo mnogości wykorzystanych środków spektakl w żadnym momencie nie przytłacza. Doświadczenie jest zaplanowane tak, aby uwrażliwić dzieci na bodźce. Jest tu wiele momentów, w których młodocianym widzom sugeruje się wsłuchiwanie w szelesty, szumy czy świergoty wyłaniające się z natury. Aktorzy są też otwarci na pojedyncze interakcje, jak na przykład dmuchanie przez dzieci w stronę kwiatków pieczołowicie ustawianych na scenie. To najwyższy poziom zadbania o zmysłowość odbiorcy – bez niepotrzebnych manipulacji czy dróg na skróty.
Sensorycznym doznaniom pomaga kameralność uzyskana dzięki nietypowej scenie w postaci białego paska zakończonego dwoma ściankami (do czasu). Zabieg ten pozwala zachować granicę między sceną a publicznością, a jednocześnie skraca dystans między światem przedstawionym a rzeczywistym.
Są jednak pojedyncze elementy, które przeszkadzały mojemu wewnętrznemu dziecku w pełni się zaangażować (jest to jednak dziecko dość kapryśne). Czasami nużyła je zbyt duża liczba piosenek – interakcje z dziećmi wypadały dużo skuteczniej i nie zagłuszały melodyjnego świata roślin i owadów. Innym razem zdawało mu się, że niektóre kwestie lawirowały pomiędzy prostotą wypowiedzi a niepotrzebną infantylizacją.
Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym, jak Honorata Mierzejewska-Mikosza wypatruje witraży pomiędzy krakowskimi uliczkami. Oddaję hołd wszystkim osobom odpowiedzialnym za manualne środki wyrazu. Cieszę się, że w polskim teatrze pojawia się tak dojrzała propozycja dla młodego odbiorcy. Pozostaje mi tylko życzyć dorosłej widowni spektakli o podobnym wyczuleniu na pulsującą rzeczywistość.
7/10