Logo
Recenzje

Całkiem bolesna terapia

16.04.2026, 15:19 Wersja do druku

„Każdy twój telefon” Jarosława Sokoła w reż. Michała Staszczaka w Teatrze Kwadrat w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.

fot. Marta Ankiersztejn

Teatr Kwadrat po zeszłorocznych obchodach 50-lecia nie spoczął na laurach i nadal odważnie sięga po całkiem nowe sztuki. Wciąż komediowe, w końcu taki jest profil teatru, ale coraz częściej prowadzące do głębszych refleksji i całkiem już poważnych przemyśleń. Światową prapremierę miała tu właśnie czarna komedia „Każdy twój telefon” napisana specjalnie dla Kwadratu przez Jarosława Sokoła i – w dużym uproszczeniu – opowiadająca o chorobliwym uzależnieniu współczesnego człowieka od ekranu smartfona. Reżyserii tekstu podjął się Michał Staszczak, dla którego jest to trzecie przedstawienie realizowane przy Marszałkowskiej po wzruszającej kameralnej „Lekcji tańca” i nieco szalonej komedii Norma Fostera „Moja kochana Judith”. Scenarzysta, który przyzwyczaił nas raczej do pisania o polskim, historycznym czy obyczajowym podwórku, przeniósł tym razem akcję do Kanady, a mówiąc ściśle, na jej peryferyjne zadupie. Z jednej strony jest więc bardziej światowo, z drugiej uniwersalnie – z szansą na eksport tekstu za granicę, z trzeciej – poza drobnymi niuansami językowymi, nie ma to absolutnie żadnego znaczenia.

Na terapii odwykowej w nowoczesnym ośrodku detoksykacyjnym, przypominającym dom Wielkiego Brata, spotyka się pięcioro przedstawicieli różnych grup wiekowych i klas społecznych. Tak, owszem, mamy tu do czynienia z kalkami i stereotypowym zderzeniem różnorodnych światów, ale sprzyja to budowaniu komicznych sytuacji, a pod koniec, oczywiste wydawałoby się motywacje bohaterów, jeszcze nas zaskoczą. Wśród fonoholików znajdziemy strojącą miny, zakochaną i niezbyt rozgarniętą trendsetterko-influencerkę Alishę (Aleksandra Radwan), spędzającego przed ekranem 19 godzin na dobę zadufanego korporacyjnego bubka Craiga żyjącego pracą (Karol Kossakowski), uzależnioną od robienia memów z kotkami babcię dwóch grubasów Geenę (Ewa Ziętek), byłego więźnia Douglasa, po którym widać, że swoje odsiedział (Artur Kujawa) oraz młodego Marka, weterana wszelakich odwyków, który choć wkroczył już w dorosłość, to nadal nie może się pozbyć szczeniackich manier (Patryk Pietrzak). Każdy z nich, choć na pozór czytelny jak rozwarta księga, skrywa w sobie tajemnicę. Tę, która doprowadziła do uzależnienia i tę, która zgromadziła wszystkich w jednym miejscu. W scyfryzowanym ośrodku towarzyszy im cybernetyczny i nie stroniący od stosowania dość radykalnych środków terapeutycznych funkcjonariusz zakładu Sebastian (Marcin Piętowski), który w drugiej odsłonie przybierze pozornie bardziej ludzką postać wszechmogącego właściciela kliniki doktora Schneidera. Siódmą, choć nieobecną na scenie osobą, jest narzeczony Alishy – Bruce, wokół którego akcja krążyć będzie nader często stając się punktem zapalnym wielu wydarzeń.

Wydarzeń dziejących się niezmiennie w sterylnej przestrzeni ośrodka uzależnień przyszłości autorstwa Wojciecha Stefaniaka, pełnego świetlistych smug, błyszczących bielą tafli i refleksów lustrzanych odbić, w której punktem centralnym jest spoglądające na pacjentów olbrzymie cyfrowe oko Wielkiego Brata… znaczy się Wielkiego Terapeuty. Scenografię współtworzą znakomite światła Macieja Iwańczyka, futurystyczne wizualizacje Hektora Weriosa i sześć połyskujących bielą, równie kosmicznych krzeseł tworzących krąg zaufania. Gdzieś z boku dodano jeszcze bezalkoholowy barek i violà. Kostiumy Zuzanny Markiewicz wpisują się w charaktery postaci, a zabawę widać w detalach – tatuażach Douglasa, zielonej grzywce Marka czy lekko przerażających chłodem oczach Sebastiana. Wizualnie jest więc lepiej niż dobrze.

Aktorzy także stają na wysokości zadania budując zabawne charakterologiczne sprzężenia celnymi ripostami, zróżnicowaniem języka i rysowanym grubą kreską światopoglądem postaci. Choć z czasem zaczną przejawiać skłonności uczestników eksperymentu więziennego Zimbardo, gdy spektakl skręci w stronę seminarium szkoleniowego Amwaya z niemal kryminalną zagadką w tle, to w większości wzbudzają sympatię widza, który w tym zbiorowisku na odwyku, chcąc nie chcąc, znajdzie odbicia niepokojąco bliskiej rzeczywistości. Żart, choć sypie się gęsto, nie jest z tych wzbudzających gromki śmiech, bo nuty komediowe, zwłaszcza w drugiej części, przykryte są już znacznie poważniejszymi refleksjami. Niektóre fragmenty, jak początkowa sekwencja zapoznania czy challenge powiadomień potrafią się nieco dłużyć, głównie z racji przewidywalności wydarzeń, ale z pomocą przychodzi tu humor. Nieodmiennie bawi Ewa Ziętek, której uwagi o „spapraniu profilu”, konieczności „sejwowania” osiągnięć i nieodmawianiu darmowym okazjom stoją w komicznej korelacji z wizerunkiem dystyngowanej starszej pani. Artur Kujawa już niemal etatowo wpisuje się w rolę gangstera o wielkim sercu i niewyparzonym języku, brutalnie sprowadzając na ziemię uniesienia innych. Pomysłowością adoratora imponuje Karol Kossakowski udzielając wykładu o międzypokoleniowych związkach, choć sam prowadzi smutne kawalerskie życie. W dość krępującą oczywistościami kliszę wpisano postać Aleksandry Radwan, która podążyła za rolą z trzepotem rzęs, ekstatycznie uniesionym głosikiem, intelektualną pustką i emocjonalnym roztrzęsieniem. Najwięcej nieoczywistości wykreował buntowniczy Patryk Pietrzak, ale z jego bohaterem mam też największy problem. Przez większość sztuki sceniczny Marek wydaje się niepokornym i nie dającym rady bez „Gogla” nastolatkiem, poza terapiami zaangażowanym głównie w „farmienie na mejnie” czy „OP spociki”, którego jedynym życiowym problemem jest strach przed „dropnięciem expa i straceniem itemów”. I to wychodzi Pietrzakowi genialnie, zarówno w sferze językowej, jak i scenicznych zachowaniach młodocianego anarchisty. A potem przychodzi finał. I Marek dorośleje w okamgnieniu. I przyznam, pozostając w estetyce protagonisty, że nie kumam.

Wiem, piszę nieco naokoło nie wchodząc w szczegóły, ale to sztuka pełna niespodzianek i nie zawsze radosnych zwrotów akcji, których zdradzenie odebrałoby przyjemność jej oglądania. „Każdy twój telefon” to komedia nieoczywista wzbogacona odsłanianym krok po kroku przesłaniem. Z jednej strony pokazująca z humorem opanowującą nas epidemię cyfrowego uzależnienia, a z drugiej przejmujący obraz samotności współczesnego człowieka. Zapełniającego pustkę międzyludzkich kontaktów manipulującą algorytmami intelektualną pustką ekranu. Ale pustką dającą też poczucie bliskości, rozweselającą, będącą pocieszycielem, a niekiedy powiernikiem. Czasem zaś narzędziem rozpaczliwego poszukiwania miłości i sensu życia. Michał Staszczak wraz z Jarosławem Sokołem pokazują, że nic nie jest czarno-białe. Że sprawy oczywiste na pierwszy rzut oka, mogą mieć drugie dno. I że ten demonizowany telefon może służyć dobrym celom. Byleby każde jego użycie miało znaczenie. 

Terapia, której twórcy poddają bohaterów, potrafi zaboleć. Ale jest też wyzwalająca. Nawet dosyć dosłownie. W widzach wyzwala zaś uśmiech, a pod koniec wzruszenie. Teatr Kwadrat zaproponował kolejną solidną pozycję, dzięki której nie pękniecie może ze śmiechu, ale możliwe są całkiem uwalniające pęknięcia w myśleniu. Choć zbudowana na tych pęknięciach "mormońska" Sieć Przebudzonych pozostanie raczej w sferze marzeń. Zaszliśmy już za daleko.

Tytuł oryginalny

Całkiem bolesna terapia - "Każdy twój telefon" w Teatrze Kwadrat, recenzja

Źródło:

NaszTeatr

Link do źródła

Autor:

Marek Zajdler

Sprawdź także