26.10.2020, 12:10 Wersja do druku

Towarzystwo

Nie wiem, Droga Madeleine, w jaki sposób tak szybko dotarła do Ciebie ta wiadomość, ale jest prawdą, że wraz z grupą innych historyków teatru zrezygnowałem z przynależności do Polskiego Towarzystwa Badań Teatralnych. Skoro zaś, Droga Przyjaciółko, dopytujesz o przyczyny tego wydarzenia, to oczywiście postaram się, aby jakoś pokrótce je tu przedstawić.

Polskie Towarzystwo Badań Teatralnych założyliśmy ponad osiem lat temu, a używam liczby mnogiej, ponieważ byłem wśród jego współtwórców. Aby uzyskać dla niego miejsce, zgodziliśmy się na rozwiązanie Polskiego Towarzystwa Historyków Teatru, którego z kolei byłem ostatnim sekretarzem. Nowe stowarzyszenie miało ze swej definicji objąć szerszy krąg badaczy teatru, performansu i widowisk, nie tylko tych, których domeną jest refleksja historyczna.

I jakkolwiek PTBT rzeczywiście zdołało zrzeszyć znacznie większą liczbę członków, to jednak w ostatecznym rachunku zawiodło moje nadzieje. Nie zdołało bowiem – tak to widzę – wypełnić nałożonej na siebie misji, aby rzeczywiście zintegrować całość środowiska, aby stać się prawdziwie pluralistyczną platformą służącą wyrażaniu zdania nie tylko głównego nurtu polskiej teatrologii, ale poglądów należących do grup o nieco alternatywnych zapatrywaniach.

Przyznam Ci się, Droga Madeleine, że dość dziwnie poczułem się, usłyszawszy, że stałem się obiektem ataków na zjeździe w Bydgoszczy w 2015 roku. Ataków spowodowanych zresztą tym, że w imię historycznej prawdy zdecydowałem się skrytykować pomysł obchodzenia wówczas dwustupięćdziesięciolecia „teatru publicznego w Polsce”. Wszak wiesz sama dobrze, że w naszym kraju scena publiczna może poszczycić się znacznie dłuższą tradycją.

Pamiętasz zresztą, Moja Droga, że jakieś półtora roku temu odbyłem publiczną dyskusję z prezesem tegoż towarzystwa, profesorem Wojciechem Dudzikiem, którą nawet Ci dokładnie zrelacjonowałem. Zwracałem wówczas uwagę, że PTBT wydaje mi się nadto skostniałe i scentralizowane. Jasno wyraziłem krytykę wobec braku w jego strukturze tematycznych sekcji, pozwalających chociażby historykom teatru rozwijać w ramach stowarzyszenia swoje autonomiczne projekty, skrytykowałem brak konsultowania z członkami poważnych decyzji podejmowanych przez zarząd, a wreszcie zwróciłem uwagę na niezdrową hierarchiczność i narzucanie przez jakieś grupy – uzyskujące błogosławieństwo zarządu – programów kolejnych konferencji. Pan prezes zechciał mi wtedy zwrócić uwagę, że właściwym miejscem na dyskusje o stowarzyszeniu jest jego walne zebranie.

Skoro więc w zeszły piątek zwołano takie zgromadzenie członków (w formie rzecz jasna z powodu zarazy – internetowej) byłem jedną z kilkudziesięciu osób, które wzięły w nim udział. Być może ta niezbyt imponująca obecność Koleżanek i Kolegów (bodaj jedna czwarta członków) w jakiś sposób potwierdza moje poczucie, że stowarzyszenie niezbyt dobrze spełnia swą misję i stąd wiele osób trwa w nim jedynie z przyzwyczajenia. Nie o tym jednak, Droga Madeleine, miałem mówić, ale o tym, że skorzystałem z okazji, aby zaproponować Koleżeństwu stworzenie sekcji historycznoteatralnej. Trudno mi teraz powiedzieć, czy zebrani zagłosowaliby inaczej, gdyby nie Koleżanki, notabene uprawiające właśnie historię teatru, które zdecydowały się ostro zaatakować moją propozycję, albo gdyby nie Koledzy wznoszący hasła mające w imię „integryzmu” napiętnować „sektyzm”. Faktem pozostaje, że wniosek powołania sekcji historycznoteatralnej został odrzucony dwiema trzecimi głosów…

Wydarzenie to przekonało sześcioro spośród (byłych już) członków tegoż stowarzyszenia, że trudno dostrzec sens dalszego w nim trwania. Jest przecież coś symbolicznego w fakcie, że w organizacji stworzonej na miejsce Polskiego Towarzystwa Historyków Teatru nie znalazło się miejsce na działalność historycznoteatralną.

Co do mnie, to przyznam Ci się, Droga Przyjaciółko, że obok powyższego zdarzenia zniechęciły mnie do trwania w PTBT i inne. Chociażby „nowy” kształt zarządu. Moi Koledzy tyleż rozprawiali o patriarchalizmie i krytykowali hierarchiczność, a jednak prezesem po raz kolejny został profesor Dudzik, który pod względem uzbieranej liczby głosów był dopiero na czwartym miejscu pośród osób wybranych do zarządu. Że Koleżeństwo nie zdecydowali się na wybór faworyta tych wyborów (najwięcej głosów uzyskał pan Stanisław Godlewski, któremu powierzono mniej eksponowaną funkcję sekretarza), to nawet rozumiem… Wbrew rozmaitym deklaracjom Koledzy przyzwyczajeni są do trwania w patriarchalizmie. Ale dlaczego tym razem nie zechciano stanowiska prezeski powierzyć profesor Małgorzacie Leyko, kolejny raz obdarzonej stanowiskiem zaledwie zastępczyni niezastąpionego profesora Dudzika? Najwyraźniej profeministyczne deklaracje naszego środowiska są również tylko pustymi hasłami…

Może zbyt wiele miejsca poświęciłem omówieniu własnych odczuć. Tymczasem zaś wypada mi wyjaśnić, że tym, co skłoniło naszą szóstkę – byłych już członków PTBT – do wystąpienia z tego stowarzyszenia, była oczywiście marginalizacja historii teatru i lekceważenie dziedzictwa najwybitniejszego z polskich historyków teatru, czyli profesora Zbigniewa Raszewskiego.

List sześciorga postanowili zaś podpisać – wymienię nasze grono w porządku alfabetycznym: Jagoda Hernik Spalińska, Patryk Kencki, Edward Krasiński, Marzena Kuraś, Antoni Winch i Agnieszka Wójtowicz. Mam więc poczucie, że opuściłem PTBT w całkiem dobrym towarzystwie.

Tytuł oryginalny

Towarzystwo

Źródło:

www.teatrologia.info

Link do źródła

Autor:

Patryk Kencki