„Wichrowe Wzgórza. Love To Die” Klaudii Hartung-Wójciak w reż. autorki w Teatrze Polskim im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy. Pisze Karolina Matuszewska, członkini Komisji Artystycznej 32. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
„TEN SPEKTAKL TO WYZNANIE MIŁOŚCI. TO OPOWIEŚĆ O NIESPEŁNIENIU” – deklaruje Klaudia Hartung-Wójciak na początku Wichrowych Wzgórz. Love To Die. Jasne jest więc, że jej najnowsze przedstawienie z Teatru Polskiego im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy będzie dotyczyło nieszczęśliwej miłości, co implikuje również nawiązanie w tytule do powieści Emily Brontë. Ale jest w nim coś więcej, o czym reżyserka mówi chwilę później: „TO SPEKTAKL O BYCIU NAWIEDZANYM PRZEZ TO, CO UTRACILIŚMY”.
Punktem wyjścia dla snucia tej opowieści jest śmierć babci reżyserki, Ireny Wójciak i decyzja o przekazaniu jej serca potrzebującemu dawcy. Klaudia chciałaby, aby trafiło ono do jej chłopaka Michała (Michał Surówka), „żeby miała ich na zawsze razem”. Jej wizja kwestionuje utrwalony i obowiązujący w medycynie klasyczny podział na żywych i umarłych. „Sposób istnienia zmarłych dawców czyni status martwego ciała problematycznym, ponieważ dawca kontynuuje swoje materialne trwanie jako źródło życia biorcy organu, a jednocześnie funkcjonuje jako nie-żywy – jako widmowa obecność” – mówi w pewnym momencie jeden z bohaterów spektaklu.
Ową widmową obecność na scenie symbolizuje mechatroniczne serce – kilkukrotnie powiększona replika ludzkiego organu, która dzięki wbudowanemu mechanizmowi nieustannie pulsuje, nadając rytm całemu spektaklowi: zwalnia w chwilach spokoju i zatrzymania, by przyspieszyć i energicznie pompować w momentach wzburzenia lub namiętności. To serce należy do babci reżyserki, która miała umrzeć w pierwszym dniu prób do spektaklu. Dowiadujemy się tego z napisów wyświetlanych w tle sceny, za pomocą których reżyserka komunikuje się z publicznością. Informuje nas m.in. o tym, że w asyście personelu medycznego i swojego chłopaka przewozi jego autem bijące wciąż serce babci do szpitala w Bydgoszczy. W trakcie tej podróży nachodzą ją wspomnienia i sny, inspirowane lekturą Wichrowych Wzgórz Emily Brontë. Była to ukochana książka Ireny (o czym również informuje nas wyświetlany monolog). W należącym do babci egzemplarzu reżyserka znalazła kiedyś niewysłany list miłosny. To on stał się inspiracją dla całej scenicznej historii, łączącej kilka różnych opowieści i teatralnych światów. Spróbujmy je uporządkować.
Jest więc przede wszystkim historia o sercu Ireny – żywym organie mającym trafić do nowego biorcy podczas przeszczepu. To opowieść najbardziej ulotna i metaforyczna, która jednocześnie stanowi narracyjną ramę całego spektaklu. Rozgrywa się jedynie w słowach, a raczej w wyrazach wyświetlanych w tyle sceny. Ten niemy głos autorki i narratorki prowadzi widzów, uruchamiając kolejne wątki, zapowiadając sceniczne monologi i tłumacząc ich znaczenie. Drugi krąg to odegrane w żywym planie przez sześcioro aktorów (Anja Bieżyńska, Karol Franek Nowiński, Emilia Piech, Michalina Rodak, Michał Surówka, Małgorzata Trofimiuk) sceny z Wichrowych Wzgórz dotyczące burzliwej relacji Katy Earnshaw i Heathcliffa („Imię to służyło odtąd znajdzie również za nazwisko.”) z rodzeństwem Edgara i Izabeli Lintonów. Jest jeszcze trzeci plan, pozostający niejako na styku dwóch pierwszych: to monologi aktorów oparte na ich osobistych (tak przynajmniej sugeruje Hartung-Wójciak, wykorzystując personalia aktorów) doświadczeniach w związkach i miłości. Wszystkie te światy przenikają się wzajemnie, połączone tematem utraty i niespełnionych nadziei.
W Wichrowych Wzgórzach Emily Brontë miłość jest potężną, ale niszczycielską siłą. Hartung-Wójciak zastanawia się nad potencjałem uczucia, które nigdy nie mogło zaistnieć w pełni. W sposobie, w jaki pisze o swoim chłopaku, czuć fascynację i idealizację właściwe ślepemu zauroczeniu – wedle jej słów Michał jest umięśniony, silny i utalentowany, w dodatku zna wszystkie napisane przez nią teksty na pamięć i może je teraz swobodnie cytować ze sceny. A jednak związek z tym chodzącym ideałem kryje w sobie jakiś brak. Dlatego Hartung-Wójciak postanawia na oczach widzów zerwać z partnerem. Podczas monologu, który wygłasza on na pogrzebie Ireny, za jego plecami wyświetla się napis: „CHCĘ ZNÓW ZAPŁONĄĆ Z PRAGNIENIA”. Reżyserce nie chodzi o to (a przynajmniej nie tylko o to), że decyzja o byciu w związku z jedną osobą jest jednoznaczna z odrzuceniem wszystkich innych możliwości. To raczej niewiara w możliwość spełnienia; ciągły głód odradzający się chwilę po jego zaspokojeniu.
O takim stanie mówi też inna bohaterka spektaklu Michalina (Michalina Rodak). W jednej z pierwszych scen wylicza swoje związki i kolejnych partnerów – jednych sama rzuciła, inni zostawili ją – robi się z tego dość długa lista romansów i rozczarowań. Aktorka mówi: „czuję, że te uczucia są czasami tak intensywne, że naprawdę się zakochujesz w danym momencie i to znika po kilku godzinach. I wszystkie złamane serduszka wynikają też z tego, że większość z nich, że doprowadzałam do momentu, w którym było bardzo miło, bo ja chciałam tego uczucia”. Ta nieustanna pogoń za miłością, która spala od środka i sprawia, że wszystko inne traci znaczenie, jest w Wichrowych Wzgórzach. Love To Die jedyną siłą ratującą przed śmiercią.
Reżyserka zdaje się szczerze wierzyć w tę moc, co podkreśla całą teatralną maszynerią. Oszczędna, ale znacząca scenografia Wiktorii Walendzik z kępą wysokich traw symbolizujących Wichrowe Wzgórza i stolikiem pokrytym długim włosami zamiast obrusem (kudłaty piesek Izabeli Linton), pulsujące mechatroniczne serce i dymiąca urna jako znaki niemej obecności Ireny, filmowe zbliżenia na detale i pejzażowe projekcje wideo (Wera Englot), jak też kostiumy nawiązujące do epoki wiktoriańskiej (Hanka Podraza), podniosła muzyka Bartłomieja Chmary z motywem przewodnim zaczerpniętym z Pasji według św. Mateusza Bacha i precyzyjne światło Jędrzeja Jęcikowskiego – wszystko to emanuje teatralnością, zacierając granice między tym, co w tej historii jest prawdziwe, a co zmyślone. Jednocześnie poddaje pod wątpliwość wiarygodność prezentowanych relacji i uczuć.
Teatr kolejny raz staje się przestrzenią nie tylko dla wolności i wyobraźni, lecz także dla alternatywnych żyć, scenariuszy i biografii. To dlatego kochliwa Michalina może zagrać niezdecydowaną w swych uczuciach Katy Earnshaw, a pragnąca zemsty za miłosne rozczarowania Emilia (Emilia Piech) – mszczącego się za odrzucenie Heathcliffa (w teatrze może on nawet stać się kobietą). Tę drugą rolę chcieli zagrać zarówno wspomniany chłopak reżyserki Michał, jak i Franek (Karol Franek Nowiński), który żyje nie-swoim życiem (do szkoły teatralnej, która była marzeniem jego nieszczęśliwej miłości, poszedł z chęci odwetu). Hartung-Wójciak postanowiła jednak, rozbudzając poczucie niespełnienia, powierzyć im odpowiednio role okrutnego brata Katy Hindleya oraz jej męża Edgara Lintona. Jest jeszcze nieszczęśliwie zakochana w Heathcliffie Izabela, w którą wciela się Anja Bieżyńska. Aktorka opowiada o tym, jak po latach spotkała się ze swoją dawną miłością i ten moment, tak przez nią wyczekiwany, okazał się wielkim rozczarowaniem. O losach powieściowych bohaterów opowiada Małgorzata Trofimiuk jako gospodyni z Wichrowych Wzgórz, Ellen Dean. Bohaterowie powieści okazują się dla aktorów lustrzanymi odbiciami ich własnych pragnień i rozczarowań.
Bydgoski spektakl krąży wokół marzeń o niespełnionej miłości, innej roli czy innym życiu, zawieszając bohaterów w nieustannym poczuciu, że „mogło się wydarzyć wszystko, a nie wydarzyło się nic”. Jako widzka czuję się podobnie – coś mi w tym wszystkim umyka, jakaś prawda przeżycia i emocji, jakby reżyserka sprawdzała, czy dam się wciągnąć w jej teatralną grę. I może by jej się to nie udało, gdyby nie to bijące serce Ireny. Niezbity dowód życia unieważniającego śmierć.
***
Klaudia Hartung-Wójciak WICHROWE WZGÓRZA. LOVE TO DIE. Reżyseria: Klaudia Hartung-Wójciak, scenografia: Wiktoria Walendzik, kostiumy: Hanka Podraza, światła: Jędrzej Jęcikowski, wideo: Wera Englot, opracowanie muzyczne: Bartłomiej Chmara. Premiera w Teatrze Polskim im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy 13 marca 2026.