Logo
Recenzje

Teatralna Kicia: Larwy

15.06.2026, 10:12 Wersja do druku

„Larwy” Agnieszki Szpili w reż. Pameli Leończyk w Teatrze Łaźnia Nowa w Krakowie. Pisze Kamil Pycia na blog Teatralna Kicia.

fot. Karolina Jóźwiak

Nie ukrywam, że bardzo się martwiłem o „Larwy”, bo pamiętam jak strasznie byłem rozjuszony „Heksami”, które na podstawie tekstu Szpili wyreżyserowała Monika Pęcikiewicz w Teatrze Polskim w Podziemiu. Był to spektakl tak do cna męczący i nieopisanie niemądry, że aż nie miałem słów, żeby o nim pisać i realnie uznałem, że szkoda jest mojego czasu na wysilanie się, żeby oddać jak mocno miałem dość. Do dziś czasem muszę się umyć w Cifie jak sobie przypomnę o „Heksach”. Z tego też powodu pęczniały moje obawy czy z „Larwami” nie będzie podobnie; nadzieję niosło mi jedynie to, że za sterem tego projektu stała Pamela Leończyk, którą cenię twórczo i czasem sobie wspominam jej „Nocnych pływaków” sprzed lat z Teatru Nowego Proxima.

„Larwy” są opowieścią o grupie samotnych matek, które przez sytuację życiową zmuszone są do zamieszkania w domu samotnej matki (zwanym Kokonem) prowadzonym przez zakonnice. Jednocześnie kobiety, pomimo trudnych realiów nie mają zamiaru rezygnować z uciech i przyjemności doczesności, zwłaszcza w obliczu faktu, że znalazły się na celowniku prawicowego populistycznego polityka i traktowane są jako największe zło tego świata, narzędzie i fantomowy wróg w jego kampanii politycznej. Kobiety mieszkające w Kokonie bardzo mocno miotają się między ciężarem macierzyństwa a próbami wyrwania się z sytuacji – starają się zarobić sprzedając swoje znoszone gacie lub usiłują trudnić się nierządem, a popchnięte rozwojem konserwatywnych nastrojów w społeczeństwie, posuwają się do ostateczności.

Ta opowieść staje się poniekąd pretekstem do prześwietlenia mechanizmu politycznego chwytu tworzenia dla społeczeństwa nowego, wspólnego wroga, który jest wygodny do wystawienia rozszalałemu tłumowi. Najlepiej, żeby ten wróg był bezbronny i nie mógł mówić o sobie na głos – w tej roli świetnie sprawdzają się samotne matki w tym spektaklu. Znamiennym jest też to, że zarzuca się im bycie siedliskiem zepsucia i obarcza się je w pełni winą za „samotność” – zupełnie wymazując potencjalną winę mężczyzn za ich sytuację. Tutaj jednak twórczynie odbijają w zupełnie drugą stronę, co wydaje mi się bardzo płaskie: obarczają mężczyzn winą za wszystkie niepowodzenia bohaterek. Świat nie jest tak czarno-biały jak stara się nam to podać opowieść snuta ze sceny. Niemniej czaję mechanizmy o których zespół twórczy opowiada nam w swoim projekcie. Jednocześnie jest to też historia o hipokryzji środowisk konserwatywnych , które wycierają sobie mordę hasłami o Bogu, honorze, czystości, walce z zepsuciem itd., z drugiej zaś strony bez wstydu korzystają z usług seksualnych kobiet w kryzysie i ukrywają to skrzętnie tylko po to, by potem wyciągać takie zachowania na świecznik i osądzać ludzi za dokładnie to samo. Jest to swoiste rozbrajanie atakującego, które dzieje się na naszych oczach - doskonale znane są nam przecież historie z rodzimej polityki, w których politycy po kilku rozwodach chcieliby, aby rozwodów zakazać i walczyć o dobro polskiej rodziny (tylko której mordo, tej, którą tworzysz ze swoją pierwszą żoną czy z tą nową? Halo, Michał Wiśniewski, nie dzwoń teraz do mnie, bo piszę o „Larwach”).

Co śmieszne i straszne: kobiety w spektaklu poniekąd same sobie kręcą ten bicz głosując na prawicowego polityka dlatego, że czują do niego niezdrowy pociąg seksualny – w tym momencie zastanawiam się kto tu jest głupszy – one, on, czy ja, bo to oglądam. Pomimo całego ciężaru tej historii, jej dosadnej i brutalnej momentami formy reżyserka wraz z Darią Sobik odpowiedzialną za adaptację wyciąga na scenę sporo humoru, co pozwala spuścić trochę powietrza z całej dusznawej atmosfery. Mam jednak jak zawsze porcję narzekań za pazuchą, bo postacie, z którymi się spotykamy na scenie - jak i wiele sytuacji - są niesamowicie czarno-białe i przeciągnięte do granicy karykaturalności, co dla mnie było mocno męczące. Szpila i Sobik ukazują zasady panujące w domu samotnej matki jako opresję kierowaną przeciwko kobietom i ucisk – niesamowite, że różne miejsca mają swoje regulaminy. Czekam na odkrycie przez autorki zasad ruchu drogowego i zrobienia spektaklu o tym.

Ciekawym kontrapunktem dla głównych bohaterek jest zakonnica grana przez Matyldę Sielską (która również wspaniale wyśpiewuje na żywo operowe arie), bo jest dość nieoczywista. Jednocześnie jako zakonnica prowadząca Kokon stanowi element narzędzia opresji, ale też w momencie sytuacji kryzysowej, gdy Larwy zostają niemalże podstawione pod ścianą, zrzuca część swojego habitu i staje po ich stronie, stając się dowodem na to, że tylko krowa nie zmienia zdania. Co istotne, nawet zakonnica jest kobietą (tak, nawet Whoopie Goldberg w „Zakonnicy w przebraniu”) i tutaj ukazuje się właśnie moment, w którym kobieca solidarność staje się celem nadrzędnym.

Moją uwagę zwrócił też Łukasz Wójcicki, który zaanektował dla siebie wszystkie role męskie (było ich kilka) i sugestywnie zagrał prawicowego polityka, ale też szefa MOPSu jak i zwykłego luja, który zakochał się w jednej z samotnych matek. Energia, którą wygenerował na scenie mocno rezonowała ze mną w niepokojący sposób; był jednocześnie odrzucający, ale też pociągający. Staje się swego rodzaju chochołem zbierającym wszystkie negatywne cechy mężczyzn, które kobiety nazbierały przez lata swoich doświadczeń.

Bardzo podobała mi się w zestawianiu z muzyką Magdaleny Sowul i śpiewem Sielskiej choreografia Daniela Leżonia, momentami dzika, ale też przerażająca; mega robiła robotę w sekwencji wyprawy do lasu, ale przede wszystkim w hipnotyzującym finale, który pomimo swojej absurdalności był bardzo malarski i chyba wzbudził we mnie największe emocje. Z jednej strony, bardzo podobał mi się też motyw przedstawiania dzieci jako ciężkich worów z piaskiem, sugestywnie obrazujący jakim brzemieniem może być macierzyństwo w sytuacji tak granicznej i trudnej. Z drugiej strony, mam nieodparte poczucie, że może być to odrobinę krzywdzące i stygmatyzujące ze strony samych twórców, gdzie dziecko automatycznie zostaje uznane za balast – not cool.

„Larwy” są spektaklem wygranym na wielu skrajnościach, co udaje się Leończyk dość zgrabnie spiąć w całość. Pomimo to, trafia kilkoma pustakami i to dość boleśnie, na przykład w sekwencji interakcji z publicznością, gdy Larwy zachęcają do kupna noszonych majciorów – totalnie vibe z najgorszych momentów starych spektakli Wiktora Rubina. Jednocześnie samo ostrzeżenie wyświetlane przed spektaklem o tym, jak wiele triggerów nas czeka - finalnie okazało się stężeniem gołych dupsk, cycorów i ekscesów na takim samym poziomie jak w większości współczesnych spektakli, więc było to trochę na wyrost. „Larwy” momentami drażnią swoim jednowymiarowym podejściem do świata, zrzucaniem odpowiedzialności za całe zło na mężczyzn – i w sumie czemu w tekstach Szpili ciągle trzeba mordować facetów, boję się. Sugestywny, ale też chwilami chaotyczny obraz zakłamania i porzucenia na marginesie tych, którzy potrzebują pomocy. Po tym wszystkim byłem ciutkę przebodźcowany, ale też zainspirowany do otwarcia swojego własnego biznesu na majtkomat.pl, żeby już nigdy nie chodzić do pracy. 

Źródło:

Teatralna Kicia

Link do źródła

Autor:

Kamil Pycia

Data publikacji oryginału:

13.06.2026

Sprawdź także