Kamil Maćkowiak ogłasza, że zamyka swój niezwykle popularny w Łodzi teatr. W rozmowie z nami mówi szczerze o przyczynach takiej decyzji, emocjach jej towarzyszących, nowych projektach i pomysłach na przyszłość.
Za chwilę rozpoczniesz kolejny sezon Teatru Kamila Maćkowiaka. Czas powiedzieć, na czym będzie polegała jego wyjątkowość?
Tak, już czas. Sezon rozpoczyna się we wrześniu, skończy w czerwcu, a wraz z końcem 2027 roku zamykamy nasz teatr. Cały następny rok będzie więc rokiem pożegnalnym Teatru Kamila Maćkowiaka.
Jak to?
Podjąłem taką decyzję i postanowiłem ogłosić ją już teraz, ponieważ wraz z nowym sezonem zaczniemy cykl pożegnań spektakli z repertuaru naszego teatru. W październiku pożegnamy się ze „Śmiercią i dziewczyną", potem z „Kurą na plecach", a następnie z kolejnymi tytułami, co zostanie rozłożone na półtora roku. Co symboliczne, zamknę teatr w momencie, w którym osiągniemy piętnastolecie działalności. To znaczące, że dobrnęliśmy do takiego wyniku, mimo skomplikowanego zadania, jakim jest prowadzenie niezależnej instytucji kulturalnej w naszym kraju. Uważam, że możemy to sobie poczytać za duży sukces. I cieszę się, że kiedy podejmuję tę decyzję, to teatr jest w szczytowym momencie swojego rozwoju, osiągnął, jak to się dzisiaj mówi, absolutny pik. Myślę, że to nie jest przesada: mamy niesamowitą frekwencję, spektakle, które są dobrze przyjmowane przez krytyków i publiczność, coraz więcej jeździmy z naszymi propozycjami po Polsce. Nawet swoistym paradoksem jest fakt, że gdy podjąłem decyzję o zamknięciu teatru, ale jej jeszcze nie ogłosiłem - bo robię to dopiero tym wywiadem - otrzymaliśmy bardzo dużo zaproszeń na festiwale. Teatralna machina naszej obecności nie tylko w Łodzi, ale w całym kraju, bardzo się rozkręca i to tym bardziej dobry moment, by potwierdzić, że trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym.
Skoro zaniknięcie teatru ogłaszasz z tak dużym wyprzędzeniem, to zapewne ta decyzja nie jest podjęta w ostatniej chwili, tylko też długo w Tobie dojrzewała. Jaki był ten proces?
To rzeczywiście był złożony proces. W prowadzeniu pewnie każdej działalności wiele osób mierzy się z różnymi kryzysami, podczas których chce wszystko rzucić, zmienić, ale potem nadchodzą lepsze chwile. O zamknięciu teatru myśleliśmy kilka razy. Pierwszy taki poważny kryzys i pierwsza poważna rozmowa o zaprzestaniu działalności pojawiły się przy okazji dziesięciolecia teatru, w 2023 roku, kiedy realizowałem spektakl „Diva 2. Lament królowej". Zrobiliśmy wtedy pierwsze przymiarki do tego procesu z moją ówczesną wiceprezes fundacji, Gosią Grodzińską. Ale wtedy zareagowałem instynktownie, według schematu, który się w moim przypadku w takich sytuacjach uruchamia. Ten teatr jest w pewnym sensie moim dzieckiem i kiedy zadziałały zewnętrzne okoliczności, które nas przygniotły, we mnie się włączył wojownik, fighter. I poczucie, że dochodzę do jakiejś granicy, że może czas powiedzieć „stop", odepchnąłem od siebie, by ruszyć do walki.
Myślę, że dotychczas z każdego kryzysu, paradoksalnie, wychodziliśmy silniejsi i tak się też stało wówczas. Natomiast ostatnie miesiące utwierdziły mnie w słuszności decyzji, którą tak naprawdę podjąłem w okolicach października zeszłego roku. To zresztą uruchomiło skomplikowany proces, bo mamy ciągłość wielu projektów, dotacji, Teatr i Fundacja Kamila Maćkowiaka zatrudniają ludzi, o których trzeba było pomyśleć i tak dalej, i tak dalej. Ja się też mierzyłem przez te miesiące z potrzebą upewnienia się, że ta decyzja jest nieodwołalna i dojrzała. Nie jest chwilowa, nie jest emocją, nie jest kaprysem, tylko racjonalną decyzją faceta, który uważa, że w obecnych warunkach i konfiguracji, w której funkcjonuje, zrobił wszystko, co mógł i po prostu doszedł do wniosku, że wystarczy.
Nie mogę nie postawić najprostszego pytania, które ciśnie się do głowy. Dlaczego?
Składa się na to wiele rzeczy, o których mogę powiedzieć i kilka, o których jeszcze nie mogę. Przede wszystkim uważam, że w takich warunkach, jakie miałem, przy takich możliwościach, jakimi dysponowaliśmy, doszliśmy do pewnej granicy. Mogę oczywiście zrobić kolejną sztukę dwuosobową czy trzyosobową, ale biznesowo jest to to samo wyzwanie i zbliżony efekt. Staliśmy się pełnoprawnym, instytucjonalnym teatrem w Łodzi, nie mając zaplecza właściwego dla takich placówek. Bardzo trudne jest dla mnie szukanie kompromisu pomiędzy mną - artystą, a mną - menadżerem, który musi słuchać Excela. Te spektakle muszą się sprzedawać i one się na szczęście sprzedają, nie możemy jednak podejmować takiego ryzyka artystycznego, jakie bym chciał.
Ta presja zaczęła mi ciążyć i zaczęła mnie frustrować jako artystę. Uważam, że i tak sobie świetnie radziłem w łączeniu postu z karnawałem, starałem się nie rezygnować zupełnie ze swoich ambicji, ale zarazem dawać widzom coś, co ich do naszego teatru przyciągnie. I mówię to dziś z lekkim wstydem, bo może nie powinno się tak powiedzieć, ale mam świadomość, że łącznikiem między owymi skrajnościami byłem ja. Przez ponad dwadzieścia lat w Łodzi, najpierw w Teatrze Jaracza, potem w swoim, wypracowałem sobie publiczność, tworzącą przy Teatrze Kamila Maćkowiaka niezwykłą społeczność, która jest bardzo lojalna, wierna i przychodzi niezależnie od tego, czy spektakl jest w jej estetyce, czy temat jest dla niej interesujący, ale łączy ją szyld mojego teatru. To jest fantastyczne i wiem, że to jest naprawdę duży sukces i moja wdzięczność.
Jednak najważniejszym powodem jest to, że po prostu potrzebuję już zmiany. Dużej zmiany w swoim życiu. Mówiłem o tym wielokrotnie i pewnie niektórzy to usłyszeli, że Teatr Kamila Maćkowiaka jest dla mnie etapem, nie jest pomysłem na całe życie i że ja jeszcze chciałbym dotknąć trochę innych scenariuszy, także prywatnych. Pragnę, by moje życie wyglądało nieco inaczej i chcę się na to odważyć. Jestem mistrzem wolty w swoim życiu. Kiedy w młodości byłem świetnym tancerzem i miałem przed sobą naprawdę dobre perspektywy, rzuciłem balet i zdecydowałem się na aktorstwo. Gdy byłem w Teatrze Jaracza i miałem tam pozycję jednego z topowych aktorów, odszedłem z etatu, założyłem swój teatr. W każdym z tych momentów przewidywano klęskę i wieszczono mi zawodowe samobójstwo. Teraz jest kolejny taki przełom i jestem jego absolutnie pewien. Nie chciałbym robić tego, co robię, bez pasji, a wyczuwam, że ta pasja właśnie się kończy. I nie chodzi o pasję do aktorstwa, bo ona jest, ale konkretnie do łączenia tylu funkcji, które łączę z graniem w teatrze. Bo moim zdaniem to nie jest tylko pożegnanie z Teatrem Kamila Maćkowiaka, ale dla mnie jest to pożegnanie z teatrem w ogóle.
Opowiedziałem w teatrze historie, które chciałem, na których mi zależało, zrobiłem to, co było dla mnie ważne i za półtora roku postawię kropkę, opuszczę metaforyczną kurtynę i sądzę, że nie chcę już do teatru wracać. To jest kluczowy argument - tu już nie mają znaczenia czynniki zewnętrzne, moja chęć walki, moja ciekawość. Jestem gotów zrobić coś może szalonego, absolutną woltę, w sposób totalnie nieprzewidywalny pokierować swoim życiem. Oczywiście, chcę pożegnać się z publicznością w najlepszym możliwym wydaniu i chcę, żeby najbliższe półtora roku było długim benefisem naszego teatru. Przygotujemy wiele niezwykłych wydarzeń, pokażemy najwyższy poziom naszych możliwości i bardzo się cieszę, że to nie będzie tak sobie po cichu umierało, tylko na pełnej pompie zgasimy światło.
Skoro tak zdecydowanie mówisz o teatrze i o rozstaniu z nim, gdy byłeś w nim tak długo, to pewnie wiele Ci dał, ale też coś zabrał?
Na pewno, ale nie zamierzam narzekać. Im lepiej, także dzięki terapii, zacząłem siebie poznawać, tym wyraźniej rozumiałem, że moja konstrukcja nie sprzyja prowadzeniu takiego biznesu, jakiego się podjąłem. Mój perfekcjonizm połączony z obsesją kontroli jest potwornie wyczerpujący, a frustracja z tym związana stała się tak ogromna, że to mi zaczęło odbierać zwyczajnie przyjemność codzienności. Moje całe życie zaczęło się koncentrować tylko wokół teatru i biznesu, stało się to moim uzależnieniem i jak w przypadku każdej używki przychodzi moment, kiedy potrzeba detoksu. Przez ostatnie lata zacząłem też tracić radość tworzenia, na poczet presji sprzedawania, nierozczarowywania publiczności, sponsorów, decydentów, od których mój teatr zależy. Staliśmy się dużą, wśród małych, instytucją - pamiętajmy, że za teatrem stoi Fundacja Kamila Maćkowiaka, która ten teatr prowadzi. Dziś wiem, że bycie szefem, to nie jest mój żywioł. Jestem zdecydowanie lepszym aktorem, reżyserem, scenarzystą nawet, niż dyrektorem. A tym dyrektorem siłą rzeczy być musiałem. Nie chcę być już złym policjantem, który musi wskazywać palcem, gonić, sprawdzać. Chcę ten gorset zdjąć.
Chcesz być znowu policjantem dobrym?
Chcę być spokojniejszy. Nie chcę już budzić się i sprawdzać nerwowo, co zmieniło się w sprzedaży biletów od minionego wieczoru. Przy moim ADHD, moich licznych pomysłach na życie i chęci spróbowania zupełnie nowych rzeczy, nastąpił przesyt. I nie ma znaczenia, że jesteśmy w szczytowym momencie, bo mamy w repertuarze 12 tytułów i ponad dwadzieścia premier na koncie, zrobiliśmy bardzo dużo różnych rzeczy - od spektaklu muzycznego przez thriller, po komedię i obyczajówki. Mam wspaniałych współpracowników, koleżanki i kolegów, wykonaliśmy kawał dobrej roboty, której towarzyszyła obsesyjna pasja, którą miałem i w którą wkręciłem ludzi. Część z nich, tych najbardziej oddanych, została ze mną do dzisiaj i z nimi symbolicznie światło w naszym teatrze zgaszę i jestem im za to totalnie wdzięczny. Ale to, co się przez te lata wydarzyło, odbyło się też ich dużym kosztem. Razem zapłaciliśmy cenę za to, że stworzyliśmy instytucję, którą normalnie powinno się prowadzić w kilkadziesiąt osób, a robiło to maksymalnie kilkunastu wariatów.
Wspomniałeś o swojej publiczności, społeczności, którą wokół teatru zbudowałeś. To są naprawdę Twoi ludzie, którzy przez te półtora roku, kiedy wcześniej po każdym spektaklu wstawali i bili z uśmiechem brawo na stojąco, będą teraz gdakać i ryczeć. Jesteś na to gotowy? Jakie emocje Tobą targają?
Ja przede wszystkim mam dla nich pewną propozycję. Przestanie istnieć teatr Kamila Maćkowiaka, ale nie przestanie istnieć Fundacja Kamila Maćkowiaka, która będzie nadal realizowała projekty artystyczne. Naszym pierwszym projektem nie teatralnym, którego premiera będzie w grudniu, jest mój monodram filmowy, według autorskiego tekstu, pod roboczym tytułem „Suka". To bardzo ważny dla mnie projekt, bo niezwykle zależało mi, by wyjść poza niszę publiczności teatralnej. Robię go przy współpracy z miastem, efekt będzie dostępny bezpłatnie w internecie, a opowiem w nim o przemocy seksualnej, o prostytucji w dzisiejszej rzeczywistości. To jest nasz pierwszy projekt quasi filmowy i chcemy realizować kolejne. Chciałbym więc mojej publiczności, która zechce przy mnie zostać, a i nowym odbiorcom, dawać tak zwany content w internecie, bo nie przestaję być aktorem.
Wychodzę tylko z teatru, czyli z medium, w którym doszedłem do granicy i mógłbym tylko odcinać kupony, czego robić nie chcę. Jestem produktem swojej epoki - radzieckiej szkoły baletowej, łódzkiej Szkoły Filmowej, gdzie wbijano mi do głowy pewne wartości i w zgodzie z tymi wartościami nie jestem w stanie jedynie monetyzować swoich umiejętności i popularności. To nie byłoby w zgodzie ze mną. Moje serce nie bije już po stronie Teatru Kamila Maćkowiaka, jestem głodny zupełnie innych wyzwań, innej pracy i innego siebie - nie chcę dojść do momentu, że poczuję, iż oszukuję publiczność, właśnie tę swoją publiczność. Moim zdaniem to uczciwe.
Jakie wiążą się z tym emocje?
Staram się nie skupiać na nich, nie wyobrażać sobie smutnego momentu pożegnania. Perspektywa półtora roku jest jeszcze długa - za rok, w sierpniu czy wrześniu, będę patrzył na to inaczej.
Pożegnasz się z teatralnymi widzami także nową premierą?
Tak. Zaplanowałem premierę pożegnalnego spektaklu w lutym przyszłego roku. Ma to być rodzaj klamry artystycznej, podsumowującej całą działalność teatru, puentującej moją artystyczną drogę. Będzie też parę innych rzeczy i nawet, gdy zamknę teatr, to wciąż będę jeszcze realizował dla mojej publiczności Festiwal Teatru Kameralnego. Dzięki współpracy z miastem będę to robił na pewno przez najbliższe dwa, może trzy lata - później zobaczymy co dalej. Będę obecny przy festiwalu, będę na spotkaniach z publicznością, więc nie znikam z Łodzi, choć... w pewnym sensie z Łodzi z pewnością zniknę.
I na Festiwalu Teatru Kameralnego nie będzie już spektaklu Teatru Kamila Maćkowiaka?
Nie będzie już w tegorocznej edycji. A jest ona rekordowa, bo po raz pierwszy sprzedaliśmy karnety w dwa tygodnie i nie ma już nawet pojedynczych biletów. Zaskakuje mnie, jak długą drogę przebyliśmy od tego, kiedy na dziko sam zawieszałem swoje plakaty do „Divy" 15 lat temu, do sytuacji, kiedy wypuszczamy komunikat o kolejnej edycji własnego festiwalu i dwieście naprawdę nie tanich karnetów sprzedajemy w dwa tygodnie. Gdy teraz dopuszczam emocje, to jest mi smutno, że może kogoś rozczaruję, że może ktoś poczuje, że traci miejsce, z którym się identyfikuje i które jest dla niego artystycznie ważne na mapie Łodzi. Cóż, muszę jednak słuchać siebie i być w zgodzie z tym, co czuję. Moja publiczność musi mi pozwolić znaleźć nowy pomysł na siebie.
Wspomniałeś, że zamknięcie Teatru Kamila Maćkowiaka nie oznacza likwidacji Fundacji Kamila Maćkowiaka...
Zgadza się.
Czy to oznacza, że zamierzasz rozszerzyć działalność fundacji na nowe przestrzenie, nie tylko artystyczne?
Ona się musi zajmować przestrzenią przede wszystkim artystyczną, tylko teraz nie teatralną. Będziemy oczywiście szukać różnych możliwości, postaramy się więcej pracować z kamerą, żeby tworzyć rzeczy, które będą dzięki temu dostępne dla większej grupy odbiorców, nie tylko w Łodzi. Marzę trochę o tym, by robić swoje teatry telewizji, na pograniczu offowego filmu artystycznego, robić swoje media. Myślimy też o działaniach edukacyjnych, ale nie mam wszystkich odpowiedzi. Zamykając teatr naprawdę nie mam gotowego, rozbudowanego nowego pomysłu na siebie. To raczej pewne powidoki, wiem, w którą stronę chciałbym pójść, ale to nie jest tak, że rezygnuję z czegoś dla czegoś. Doszedłem do mety, a za tą metą jest albo kolejny wyścig, albo w ogóle rezygnacja z biegu. Nie jestem więc w stanie dać ci precyzyjnej odpowiedzi, czym się będziemy zajmować, bo to dopiero w sobie otwieram.
Myślę, że dopiero kiedy zmierzę się z tym, że teatr się zamknął, gdy wszystko posprzątam, w mojej głowie zaczną się rodzić pomysły na to, co dalej. Myślę, że dzisiejsza rzeczywistość sprzyja temu, żebyśmy markę osobistą, którą wypracowaliśmy, pokierować w trochę inną stronę niż dotychczas.
Jak na Twoją decyzję zareagowali bliscy Tobie i Twojemu teatrowi ludzie, którzy przez lata są w niego zaangażowani, na przykład reżyser wielu spektakli Waldemar Zawodziński...
Nikt mnie szczególnie nie powstrzymywał, chociaż wszyscy się dziwią. Pytają dlaczego? Ale to pytanie towarzyszy każdej zmianie, którą podejmuję i zawsze temu towarzyszyły wątpliwości, że przecież mam już coś stabilnego, zbudowanego, po co coś nowego? Jednak trwanie bez zmiany jest wbrew mojej naturze, bo ja naprawdę jestem bardzo ciekawy tego, co jest dalej. Nawet jeżeli to dalej jest ryzykowne, nieodgadnione i może nawet dużo trudniejsze niż to, co mam teraz. Żal mi z pewnością, że zostawiam osoby w teatrze, które są ze mną od samego początku. I wiem, że dla nich to też jest bardzo duża zmiana i pewnie koniec jakiejś epoki. Odbyliśmy wiele rozmów... Ech, widzę, że to pożegnanie będzie jednak bardzo trudne...
Nie da się ukryć...
Rozumiem, że dla mnie też. Ale skoro muszę zrobić to, co chcę zrobić, to moją uczciwością jest ogłoszenie zaniknięcia teatru na kilkanaście miesięcy przed tym faktem i danie w tym czasie łódzkiej publiczności tego, co mogę dać najlepszego.
Co czujesz w tym momencie, kiedy ta decyzja już się wykrystalizowała i ogłaszasz ją publicznie? Ulgę, czy może ekscytację?
Ekscytację na pewno, na ulgę jeszcze za wcześnie. Obliczyliśmy, że przez tych najbliższych kilkanaście miesięcy zagramy przynajmniej 200 spektakli, nasz repertuar będzie mocno naładowany i czeka mnie bardzo dużo pracy. Na razie czuję się nieco przerażony tym, co sam wymyśliłem, jak chcemy pożegnać widzów i teatr, jakie wydarzenia specjalne, o których jeszcze nie mogę mówić, zamierzamy zrealizować. To będą projekty, na które się nigdy wcześniej nie zdecydowaliśmy, jednorazowe, ale wymagające dosyć dużej elastyczności aktorskiej. Cieszę się też, że jestem człowiekiem, który - i to mi uświadamiają inni, bo ja tak na siebie nigdy nie patrzyłem - nie boi się ryzyka. Bo ja tego, co robię, nie traktuję w kategoriach odwagi, tylko po prostu czuję, że nie mam już innego wyjścia. To trochę tak, jak odejść ze związku, w którym czujesz, że już powoli nie jesteś szczęśliwy i że nie da się za bardzo go uratować, albo że daliście sobie wszystko, co mogliście sobie dać i uczciwym jest nie uszczęśliwiać się dalej na siłę, nie budować czegoś wbrew sobie. Jest więc dziś ekscytacja i lekkie przerażenie tym, jak dużo pracy nas jeszcze czeka, zanim ostatecznie opuścimy kurtynę.
Przez te piętnaście lat przez Teatr Kamila Maćkowiaka przewinęło się wielu świetnych aktorów. Czy oni wszyscy pojawią się w pożegnalnych miesiącach?
Nie wiem czy wszyscy na scenie, ale mam pomysł, żebyśmy oprócz grania spektakli, robili spotkania widzów z artystami, żebyśmy mieli więcej działalności integrującej publiczność z nami, żeby było więcej okazji do rozmów, bycia ze sobą. Mamy mocny repertuar na te ostatnie miesiące, nasza oferta jest bardzo różnorodna. Będą też niespodzianki.
Czy pokażesz wszystkie swoje monodramy?
Na pewno nie wrócą „Niżyński" i „Amok". Natomiast będą „Klaus", obie „Divy" i nowy monodram, który przygotowuję na luty. W „Divie 2" zmieniła się trochę konstrukcja. Gram pierwszą część, ale druga to już tylko film. Nie mierzę się już z historią mojej mamy jako aktor opowiadający to na żywo, bo nie byłem w stanie. Zagrałem to 45 czy 47 razy i uznałem, że nie jestem w stanie wchodzić dłużej w temat choroby, odchodzenia. Po przerwie daję widzom możliwość pozostania na projekcji lub wyjścia i ku mojemu zaskoczeniu, większość zostaje. Klaus to dla mnie bardzo ważna rola i chciałbym, żeby w tym pożegnaniu mi towarzyszyła. No i ten spektakl, który przygotowuję jako klamrę, będzie naprawdę pożegnaniem z teatrem. Dużo rzeczy z mojego życia spotka się w nim ponownie, bohaterem będzie kolejna ikoniczna postać XX wieku.
Wiele dobrych produktów zbudowaliście wokół sceny, na przykład gazetę - „Kulturalnik". Czy wraz z zamknięciem teatru on też zniknie?
„Kulturalnik" w takiej formie, w jakiej był wydawany dotąd, z pewnością tak, ale myślę, że znajdziemy na niego jakiś pomysł, ponieważ chciałbym dalej propagować działalność fundacji. Może w jakiejś formie online? Na różne sposoby staram się budować dobry kontakt z publicznością i myślę, że będę potrafił to robić dalej w trochę inny sposób, ale też będzie to bardziej dostępne, nieco łatwiejsze, tańsze i mniej niszowe. Przyjdzie czas, żeby powiedzieć też o pomysłach na swoje życie osobiste, bo możliwe, że dokonam również dużej wolty w tym zakresie.
Przez te półtora roku na pewno będziesz dopytywany, czy to decyzja nieodwołalna i czy jest coś, co może ją zmienić...
Jest nieodwołalna i ostateczna. Nie jest zagraniem, szantażem, negocjacją, komunikatem, który ma coś wywołać. Jest związana tak bardzo z tym, co czuję i co jest w zgodzie ze mną, że nic jej nie zmieni. Jest przemyślana, przeanalizowana i zamknięta.
Przywołałeś swoją mamę... Myślałeś o tym, co ona by na to powiedziała?
To dobre pytanie... Nie mogę uwierzyć, że w przyszłym roku minie dziesięć lat, odkąd jej z nami nie ma. Moja mama... jest tak silną postacią w moim życiu, tak wciąż najważniejszą i punktem odniesienia... Kiedy odchodziłem z Jaracza, była przerażona i uważała, że popełniam największy błąd swojego życia. Myślę, że była bardziej lękowa niż ja i bardziej przywiązana do myślenia, że praca, która daje jakieś bezpieczeństwo, jest nadrzędną wartością i że powinienem się tego trzymać. Pewnie byłaby więc zdziwiona, ale też nie byłaby zaskoczona. Znając mnie najlepiej, wiedziałaby, że skoro chcę zrobić kolejną rewolucję i zacząć coś budować od początku, to tak się stanie... Trochę mi się zaszkliły oczy... Myślę, że moja mama przede wszystkim chciałaby, żebym był szczęśliwy. Jak każda matka kochająca swoje dziecko. I uważam, że mam szansę być szczęśliwym, jeżeli pójdę za głosem tego, o czym tu cały czas mówię. Tym, co sprawia, że jesteśmy wstanie podejmować takie decyzje, jest świadomość tego, co mi daje szczęście i siłę, pomyślenie w końcu o sobie... Mówiłem o tym już w „Divie 2", że jestem produktem swoich czasów, przywiązanym do zawodowej roli. Moja wartość jako człowieka nie była tożsama ze mną, tylko moją pracą zawodową. Od lat pracą nad sobą i terapią wychodzę z tego klinczu - że nie jestem tylko tyle wart, ile jestem wart na scenie. I dzisiaj jestem nawet bardzo ciekawy, co będzie, kiedy zdejmę te wszystkie etykietki, kiedy odrzucę swój teatr, swoje tworzenie, kiedy stanę się po prostu jakimś kolesiem, który w nowej rzeczywistości zacznie budować siebie od nowa. Właśnie temu, wracając do twojego wcześniejszego pytania, towarzyszy wielka ekscytacja i poczucie, że nie muszę już niczym się zasłaniać, udowadniać swojej wartości udowadnianiem talentu. Jestem w stanie tworzyć siebie bez takich protez, jak sukces zawodowy. On oczywiście jest fajny, jeżeli jest, ale już dawno nie jest dla mnie najważniejszy.
Możesz powiedzieć, gdzie będziesz 1 stycznia 2028 roku?
Prawdopodobnie dzień wcześniej zagram ostatni sylwestrowy spektakl w swoim teatrze i będę w swoim mieszkaniu w Łodzi pił kawę.
A później?
Zobaczymy. Świat i życie nie kończą się w Teatrze Kamila Maćkowiaka.