Logo
Magazyn

Haja to prawda

28.09.2026, 14:06 Wersja do druku

Laudacja Łukasza Maciejewskiego na cześć MAŁGORZATY HAJEWSKIEJ-KRZYSZTOFIK wygłoszona podczas uroczystego wręczenia Nagrody im. Ireny Solskiej w dniu 27 września w Domu Dziennikarza w Warszawie

fot. Magda Hueckel/ Nowy Teatr

Inna, inność, inaczej. Nie chciałbym wcale, żeby była tak etykietowana. Potrafi się uśmiechać najpiękniej, jest dowcipna, w kinie gra także realistycznie, w teatrze od lat marzę o komedii z jej udziałem. Mimo to, ma w sobie coś niepokojącego. Niektórzy się jej obawiają; większość szanuje. Trudno nie szanować, ale bać się nie potrzeba.

Skupienie. To chyba najwłaściwsze słowo-klucz pomagające w zdefiniowaniu nieuchwytnego aktorstwa Hajewskiej-Krzysztofik. Od pierwszych scen „(A)pollonii” Warlikowskiego mamy absolutną pewność, że kreacja aktorska została przemyślana w najdrobniejszym szczególe, dopracowana i przeżyta – i nic nie będzie w stanie zakłócić skupienia artystki. Nawet szmery na widowni, nawet trzęsienie ziemi.

Krytycy lubią zestawiać reżyserów w grupy, podgrupy i sektory. Kto jest pod czyim wpływem, kto „pro”, a kto „kontra”. O Kleczewskiej pisano, że jest zafascynowana Warlikowskim. O Warlikowskim, że był (do niedawna jeszcze) najzdolniejszym dzieckiem Lupy.

Lupa, Kleczewska, Jarzyna, Warlikowski: tygiel wzajemnych inspiracji, teatralny dream team. Hajewska-Krzysztofik pracowała ze wszystkimi.

Oryginalny aktorski fenomen. Nie pojawia się w telewizji, jej nazwiska nie znają amatorzy prasowych kronik towarzyskich i internetowych portali. A jednak kiedy w Teatrze Nowym pojawia się zapowiedź nowego przedstawienia, odruchowo sprawdzam, czy w obsadzie będzie ona. Nie ja jeden.

Mistrzyni aktorskiego dysonansu. Ta drobna, krucha kobieta, z charakterystycznym nieśmiałym uśmiechem, jest najczęściej obsadzana w skomplikowanych psychologicznie rolach, gra bohaterki destrukcyjne. Nawet jeżeli materiał literacki jest błahy lub oczywisty, Hajewska-Krzysztofik wzbogaca rolę elementami, które zaprzeczają powierzchownym interpretacjom.

Jako Dupa w „Krumie” w reżyserii Warlikowskiego, inaczej niż w dramacie Levina, była nie tyle wulgarna, co wzruszająca; z kolei w roli skrzywdzonej przez ludzi i los Niobe Queck w Brechtowskiej „Piekarni” w reżyserii Wojtka Klemma odważnie zrezygnowała z szantażu litości dla postaci. W „Mewie” Pawła Miśkiewicza w Teatrze Starym zagrała Ninę. Pomysł, żeby rolę egzaltowanej, wrażliwej dziewczyny powierzyć artystce z tak ogromnym doświadczeniem, wydawał się ryzykowny. Rozumiem jednak intencje Miśkiewicza – aktorstwo jest profesją bez wieku. Nina, aktorka marząca o wielkich rolach i wspaniałych romansach, przeżywa wszystko w przyspieszeniu. To, co ważne, wydarza się jednocześnie: wielkie dramaty i erotyczne spełnienie, młodość i dojrzałość. Nina-Hajewska, ubrana w śnieżnobiały kostium Ofelii po przejściach, a następnie wzmocniona o atrybuty Gertrudy (trampki zastępują czerwone szpilki), spokojnym, budzącym bezpieczeństwo głosem, opowiada o rozmiarach klęski bohaterki. Lepiej wszystko się zapowiadało. Świat miał być piękniejszy. Przyszłość łaskawsza. Żaden wielki projekt jednak się nie spełnił. W efekcie zostaje tylko pamięć kilku przedmiotów. Długi, miłosny list; różowy kostium baletnicy; i rozpaczliwie samotna mewa, leżąca na środku sceny. Ptak jest jednak martwy. Krzyk Niny bezgłośny. To szept rozpaczy.

Jest ulubioną aktorką Krystiana Lupy i Krzysztofa Warlikowskiego; występowała w spektaklach Wajdy, Miśkiewicza, Jarzyny. U Jarockiego grała Helenkę i Dziewkę Bosą w „Grzebaniu”; u Grzegorzewskiego – panią Rollison w „Dziadach – 12 improwizacjach”; u Bradeckiego – Rosalindę w „Jak wam się podoba” Szekspira; u Zioły – Sonię w „Wujaszku Wani”.

Wspaniała kariera, imponujący zestaw nazwisk, a przecież nic tego nie zapowiadało. Debiutowała wprawdzie brawurową rolą Małgorzaty w „Iwonie, księżniczce Burgunda” w Teatrze Ludowym w reżyserii Jerzego Stuhra, ale przez kilka lat w Teatrze Starym w Krakowie grywała głównie epizody. Wspomina to z uśmiechem:

„W „Starym” debiutowałam w spektaklu „Słuchaj, Izraelu!” Sity w reżyserii Jerzego Jarockiego. To było nagłe zastępstwo, koleżanka się wycofała. W czterogodzinnym spektaklu miałam do powiedzenia jedno zdanie: „Kara Boża na niego”. Zawsze było źle, za każdym razem. W pewnym momencie uznałam, że popadam w jakiś obłęd, bo zaczęłam kryć się, uciekać, kiedy widziałam, że nadchodzi Jarocki. Myślę, że właśnie wtedy perfekcyjnie poznałam budynek „Starego”, wiedziałam którędy należy uciekać, żeby przypadkiem nie spotkać się z Jarockim. Codziennie szłam do teatru z bijącym sercem, tak bardzo bałam się reżysera. A potem nieoczekiwanie Jerzy Jarocki zaproponował mi w tym samym spektaklu zastępstwo za Teresę Budzisz Krzyżanowską. Nie mogłam uwierzyć, że człowiek, który doprowadził mnie na skraj depresji za jedno źle podane zdanie, teraz powierza mi piękną i ważną rolę. Nie rozumiałam tego wtedy, dzisiaj wiem, że Jarocki testował po prostu moją wytrzymałość. Wytrzymałam”.

Jej kariera zaczęła się na dobre w momencie spotkania z Krystianem Lupą. W teatrze Lupy Hajewska zagrała wiele ważnych ról. Od Fieni w „Braciach Karamazow” Dostojewskiego, poprzez Matkę w „Maltem” Rilkego, Ritter w „Rodzeństwie” Bernhardta, Elżbietę w „Zaratustrze” Nietzschego/Schleefa, po Vivę w „Factory 2”.

W teatrze Krystiana Lupy bohaterki Hajewskiej są najczęściej niespokojne, celebrują fizyczne ułomności – zgarbioną sylwetkę, albo matowy, chropowaty głos. Połamane i smutne, pełne miłości do mężczyzn i świata, niemogące liczyć na zwrot uczucia, stają się nie tyle postaciami z dramatu literackiego przełożonego na język teatru przez uzdolnionego adaptatora, co swego rodzaju ikonami pewnej postawy. Sublimacją depresji, uwzniośleniem bólu.

Pierwszą rolą Hajewskiej w teatrze Krystiana Lupy była Fienia w „Braciach Karamazow” w 1990 roku, rok później zagrała w „Malte” według Rilkego. Dla aktorki, która podczas studiów słyszała często, że czeka ją trudny los charakterystycznych statystek albo udział w rodzajowych komediach, spotkanie z Lupą było przełomem. Reżyser trafnie wyczuł, że oryginalność tej artystki wynika z paradoksalnej dysproporcji pomiędzy fizycznością a wnętrzem. W „Maltem” Hajewska po raz pierwszy w karierze była bytem jak gdyby pozamaterialnym.

„Malte to fascynująca podróż – wspominała. – Jeżeli próbuję komuś opowiedzieć, jaki był ten spektakl, to sama już nie wiem, co jest prawdą, a co zmyśleniem. Zagraliśmy przedstawienie raptem kilka razy. Prawie nikt tego nie widział. Została legenda”.

W dosyć powszechnej opinii życiową kreacją Hajewskiej w teatrze Lupy była Konradowa w „Kalkwerku” Bernharda.

„Dziwny spektakl. Słyszałam o nim różne rzeczy, że było to pierwsze ważne przedstawienie w czyimś życiu albo że dzięki „Kalkwerkowi” ktoś zdawał na wydział reżyserski, teatrologiczny, aktorski. W Poznaniu, w jakimś nietypowym lokalu, gdzieś między piątą, a szóstą rano, podszedł do mnie młody człowiek o niebezpiecznym wyglądzie. Trochę się przestraszyłam i różne rzeczy przyszły mi do głowy, a on przypatrzył mi się uważnie, raz, drugi, trzeci i powiedział: „Konradowa OK.”. Nie wierzyłam własnym uszom”.

Kiedy w 2003 roku, po sześciu latach przerwy, „Kalkwerk” wrócił na afisz Starego Teatru, aktorka była zaskoczona:

„Pomyślałam, że ktoś chyba oszalał. Próby zaczęliśmy dosłownie kilka dni przed „premierą po latach” i okazało się, że jeśli chodzi o „Kalkwerk”, pamiętałam wszystko, cały spektakl był we mnie. Nic nie trzeba było wyjaśniać. Próby polegały raczej na stopniowym przypominaniu sobie emocji, zależności pomiędzy bohaterami. Przez wszystkie te lata, kiedy nie graliśmy „Kalkwerku” zapomniałam już, ile wysiłku kosztuje mnie wstawanie z łóżka, albo scena „zapudrowania”. Po spektaklu moja dusza lewitowała, ale ciało krzyczało z bólu”.

Poza „Kalkwerkiem” największym sukcesem duetu Małgorzata Hajewska i Krystian Lupa jest utrzymujące się ciągle na afiszu „Rodzeństwo” Bernharda. Premiera tego spektaklu odbyła się w październiku 1996 roku, siedem lat później przedstawienie zostało wznowione. Po raz pierwszy oglądałem „Rodzeństwo” wiele lat temu, jeszcze na studiach. Zupełnie inaczej odebrałem i zapamiętałem ten spektakl. „Rodzeństwo” należało do nieco mniej cenionych prac Krystiana Lupy; było zdecydowanie w cieniu „Lunatyków”, „Kalkwerku” czy wznowionych „Braci Karamazow”. Obejrzane dzisiaj, wydaje się przede wszystkim świadectwem dojrzałej artystycznej wizji reżysera i jego zachwycających aktorów.

„Wybitna aktorka. Pełna dramatycznego wyrazu, tajemnicza. W Europie są jednak wspaniali aktorzy” – zachwycał się niegdyś rolą Hajewskiej w „Rodzeństwie” sam Georgio Strehler.

Oglądamy świat, który zastał się w sobie. Tapety są niezmieniane od dziesięcioleci. W centrum sceny długi stół, dalej kredens, wersalki, stare malowidła. Oraz dwie kobiety, które zawsze były stare, od najwcześniejszych lat. Siostry, niespełnione aktorki, łączy miłość do brata, filozofa-fantasty (postać była wzorowana na Ludwiku Wittgensteinie), tworzącego kolejne niezrozumiałe „traktaty”. Miłość sióstr jest perwersyjna; przypomina zapleśniałe miejsce, w którym tkwią – ma odcień kazirodczego udręczenia. Siostry niecierpliwie czekają z kolacją na Ludwika, przygotowują posiłek, starannie układają sztućce, kiedy wędrują do kuchni, słyszymy odgłosy ich sprzeczek. Małgorzata Hajewska w roli Ritter pozornie jest najbardziej wyemancypowana i samodzielna, ale stopniowo zrywa kolejne maski. Pali papierosa za papierosem, trochę się przekomarza, udaje cynizm, ale jest tak samo bezradna i przestraszona jak pozostali mieszkańcy domu-widma. Bohaterka „Rodzeństwa” źle żyje, nieładnie myśli. Ale przecież w końcu zawsze, po zbyt długim i nazbyt smutnym dniu, przychodzi wyrozumiały wieczór. Odpoczynek. Ritter mówi w finale: „Słyszycie? Pada deszcz. W taką pogodę najlepiej położyć się do łóżka, ale wcześniej kawa”. Filiżanki stoją na stole. Każdy usiadł na miejscu. Czujemy błogi aromat. Spokój, uśmiech, wyciszenie.

Obok Krystiana Lupy najważniejszym artystycznym mentorem Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik jest Krzysztof Warlikowski.

W teatrze Warlikowskiego aktorka zagrała m.in. Agawe w „Bachantkach” Eurypidesa, Grace w „Oczyszczonych” Kane, Mirandę w „Burzy” Szekspira, Dupę w „Krumie” Levina, Klitemnestrę w „(A)pollonii” wg tekstów Eurypidesa i Hanny Krall; zagrała w „Opowieściach afrykańskich według Szekspira”, w „Kabarecie warszawskim”, Sydonię Verdurin we „Francuzach” Prousta, Biancę w „Wyjeżdżamy” Levina, wystąpiła w „Odysei. Historii dla Hollywoodu”, w „Elizabeth Costello” według Johna Maxwella Coetzeego, w „Europie” Wajdiego Mouawada.

Spotkali się przypadkowo:

„Kiedyś, nagrywając Teatr Telewizji w Warszawie, miałam jeden wolny wieczór i wykorzystałam go teatralnie: wybrałam się do „Rozmaitości”, żeby zobaczyć „Hamleta” Warlikowskiego. Przemknęłam wtedy Krzyśkowi przed oczami. Po dwóch czy trzech miesiącach Warlikowski zadzwonił do mnie i zaczął bardzo gwałtownie opowiadać o przygotowywanym spektaklu „Bachantki”. Nie zrozumiałam zbyt wiele z tego, o czym mi opowiadał: górze Kitajron, bachantkach, bachanaliach. Wszystko zlewało się w jedną wielką magmę. Zaproponował mi rolę Agawe, ale do Warszawy jechałam bez wielkich nadziei, sądząc, że nie jestem dostatecznie wykształcona jak na tak zawiłą rolę, ale już w trakcie spotkania z Krzysztofem zrozumiałam, że był zwyczajnie zdenerwowany i bardzo chciał, żebym zgodziła się z nim pracować. Myślę, że gdyby nie to, co potem wytworzyło się między nami: przedziwna więź i wiara z jego strony, że potrafię sprostać wyzwaniom aż tak karkołomnym, przypuszczalnie nigdy bym się na taką aktorską odwagę nie zdobyła. Przy „Oczyszczonych” i „Burzy” chyba po raz pierwszy w życiu stałam się do tego stopnia odważna, pewna swoich racji. Byłam partnerem w rozmowie, nie tylko naczyniem”.

W „Bachantkach” Agawe pojawia się dopiero w ostatnich minutach przedstawienia. Wbiega na scenę z łupem. Zamiast tyrsu dźwiga pniak drzewa. Główną zdobycz, głowę syna zawiniętą w płótno, trzyma przywiązaną na wysokości łona. Mówi, że to głowa lwa. Jeszcze niczego nie podejrzewa; jest wyzywająca – zmierzwione, skołtunione włosy, niedbale zaplecione w miriady warkoczyków, pokrwawiona, zdarta suknia. Agawe obwieszcza w dionizyjskim szale: „Pokonałam lwa”. Półleżąc, wyciągnięta na stole, okalając nogami pień sosny, dostrzega Kadmosa, ubranego w czerwoną kurtkę Penteusza i Dionizosa. Za chwilę wszystko zrozumie. To nie lwa zabiła, zamordowała własne dziecko. Wyje – tym razem już nie z ekstazy, lecz z rozpaczy. Kadmos przyniósł ze sobą dwa wiadra. Kobieta wylewa ich zawartość. To wnętrzności. Mięso: lwa, czyli człowieka. Zabija po raz kolejny.

W „Krumie” Levina bohaterka Hajewskiej-Krzysztofik – Dupa, wywiedziona trochę z kina Pedro Almodóvara (a na pewno ubrana jak jedna z almodóvarowskich ikon, Rossy de Palma), trochę z fotografii Davida Lachapelle’a, była najbardziej wartościową „pupą” całej Levinowskiej menażerii. Mówiąc: „jestem wprawdzie brzydka, ale za to wesoła”, swoim szorstkim sercem rozbrajała serca widowni. W „Burzy” Szekspira była nietypową Mirandą, zasłaniającą twarz czerwonymi włosami. A kiedy zaś zagrała u Warlikowskiego wyzbywającą się kobiecości, doszywającą sobie genitalia brata, transseksualną Grace w kultowych „Oczyszczonych” według Sarah Kane, wszyscy czuliśmy się oczyszczeni.

W nielicznych wywiadach Hajewska powtarza, że drażni ją głupota, nieprzygotowanie reżysera, banał spostrzeżeń. Dlatego jeżeli w ogóle można mówić o słabszych rolach aktorki, będą to zawsze teatralne propozycje, w których reżyserskie ego zdominowało aktorską cierpliwość. Dobrym przykładem jest Hakate w „2007: Macbeth’cie” Szekspira. W spektaklu Jarzyny, Hekate (zamiast czarownic) pojawiała się najpierw jako Arabka, potem dziecko Banka, w końcu wiedźmowaty doktor z zapudrowaną twarzą. Hajewska była trochę z taniego horroru, trochę z gazety, stosunkowo w najmniejszym stopniu z Szekspira. To nie mogło się udać.

Zawrzało również podczas spotkania Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik z Mają Kleczewską przygotowującą w Krakowie „Sen nocy letniej”. Grała Hipolitę.

„W „Śnie nocy letniej” długo męczyłam się z pierwszą sceną – wspomina. – Powiedziałam: „Jeżeli tego nie zrozumiem, na pewno nie pójdę ani kroku dalej”. Na próbach bywałam tyranem i potworem, ale robiłam to wszystko tylko po to, żeby potem uczciwie wychodzić na scenę z pełną świadomością, kogo gram. Nasze spięcia okazały się twórcze, ale myślę, że co najmniej kilka razy doprowadziłam Majkę do szału. Że przeszła ze mną przez piekło. I nawzajem”.

Scena, o której wspomina aktorka, była najważniejszym momentem przedstawienia. Helena opuszkami palców dotyka szklanej ściany, za którą dostrzega Demetriusza, na designerskiej kanapie nieruchomo siedzi Hipolita (Hajewska). Twarz aktorki jest niema. Żadnego grymasu, żadnej emocji, wyłącznie powłoka – kosmetyki. Hipolita nie patrzy na Tezeusza, który rozparty w fotelu sączy alkohol, nie widzi całujących się Lizandra i Hermii, nie zauważa również Filostratesa głaszczącego wielką, dmuchaną lalkę z sex-shopu.

Hipolita mitologizuje trwanie: czaruje sceniczny moment, przetrzymuje chwilę – prawie do nieskończoności. Stupor jednak się kończy. Tezeusz podchodzi do Hipolity, delikatnie kąsa ją w szyję. Pocałunek jest perwersją. Elegancko ubrana kobieta wciąż jednak milczy, nie reaguje na pieszczotę. Wygląda jak manekin, jak ożywiona lala Filostratesa, której nakazano odgrywać rolę damy. Tezeusz – z rozpaczy, ze złości – zrywa wtedy sznur pereł z szyi niemego bóstwa. Koraliki toczą się po scenie. Filostrates zostawia sztuczną lalkę i skamle o perłę miłości sztucznego człowieka. Hipolita patrzy bezradnie. Nie dostrzegając nikogo, doskonale wie, że zwierzęce umizgi Filostratesa to tylko chuć, nie uczucie. Perły są sztuczne, a sztuczna miłość i szczęście są towarem, który można kupić w sex shopie. Lepiej zatem milczeć.

***

Bohaterki Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik balansują pomiędzy skrajnościami. Wyjątkowość talentu aktorki polega jednak na tym, że owe skrajne stany emocjonalne potrafi ukazywać bezwiednie. Niezależnie, czy jak w „(A)pollonii”, płacze łzami antycznych ikon filtrowanych przez brutalny komiks wywiedziony z kultury masowej, czy – jak w „Zaratustrze” Lupy – mokrą gąbką w skupieniu obmywa ciało swojego wielkiego, chorego brata, Fryderyka Nietzschego, aktorka nie udaje depresji, nie gra obsesji: po prostu jest. Wierzymy w każdy gest, który wykonuje, w każde słowo. Haja to prawda.

Nagroda imienia Ireny Solskiej nie mogła trafić w lepsze ręce.

Tytuł oryginalny

HAJA TO PRAWDA

Źródło:

www.aict.art.pl
Link do źródła

Autor:

Łukasz Maciejewski

Data publikacji oryginału:

28.09.2026

Realizacje repertuarowe

Sprawdź także