EN
05.04.2022, 08:20 Wersja do druku

Teatr na wietrze

To nie jest film o karierze aktorskiej Andrzeja Golejewskiego. To rzecz o upadku człowieka,  od którego w pewnym momencie odwrócił się los - pisze   Piotr Kotowski o filmie z życia artysty, który zrealizowała Hanka Brulińska, aktorka z Teatru Osterwy w Lublinie.

fot. mat. Teatru Osterwy w Lublinie

Film otwierają sceny z monodramu „Świętokradztwo” (2003) według książki Oskara Jana Tauschinskiego. To opowieść o szesnastowiecznym artyście, który przekroczył granice wolności tworzenia. Rzeźbiąc krucyfiks do bazyliki tak dał się ponieść euforii, że ukrzyżował swojego modela. A potem sam wymierzył sobie karę.

Andrzej Golejewski, wykonawca monodramu, potraktował sceniczny materiał jako rodzaj ostrzeżenia dla każdego artysty, kiedy sztuka otwiera przed nim furtkę do natchnionego szaleństwa. Sprawia, że staje się ona dlań pretekstem do oderwania od rzeczywistości, w pogoni za nieuchwytnymi ideami moralności, wolności i piękna.

Jako aktor Andrzej Golejewski wyrobił sobie niekwestionowaną pozycję. Na scenach Teatru na Woli w Warszawie oraz Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie zapisał się w annałach pamiętnymi rolami m.in.: Walusia w „Do piachu” (reż. Tadeusz Łomnicki, 1979), Raskolnikowa w „Zbrodni i karze” (reż. Waldemar Matuszewski, 1985), księdza Piotra w „Dziadach” (reż. Krzysztof Babicki, 2001), Kiryłowa w „Biesach” (reż. Krzysztof Babicki, 2002). Kinomani zapamiętali go z filmów: Romana Załuskiego „Wyjście awaryjne” (Bronek, 1982), Andrzeja Jakimowskiego „Zmruż oczy” (stolarz, 2003) i „Sztuczki” (kloszard, 2007) oraz z seriali telewizyjnych „Przyjaciele” (Piotr – reż. Andrzej Kostenko, 1979-81) czy „Dom” (Gienek Popiołek – reż. Jan Łomnicki,
1982-97).

Ale to nie jest film o karierze aktorskiej Golejewskiego. To rzecz o upadku człowieka,  od którego w pewnym momencie odwrócił się los. Kiedy wydawało się, że osiągnął już zawodowy szczyt, nagle  jego droga zaczęła opadać w dół. Obserwowała to z bliska koleżanka z teatru Hanka Brulińska. Nie mogła patrzeć na to obojętnie. Wzięła do ręki kamerę i rejestrowała zmagania aktora z samym sobą, na nowym etapie jego życia, przez dziesięć lat. Sama tłumaczy to tak: „Chciałam zrozumieć jego samotność, pustkę, która go otacza, jego >geniusz w chorobie<, po prostu poruszył mnie jego los. Dziś już wiem, że nie mogłam nie zrobić tego filmu. Utwierdza mnie w tym przeczucie, że ten człowiek i jego historia zasługują na to, aby się nad nimi pochylić.”

Autorka filmu nie ukrywa, co spowodowało wejście w ten życiowy wiraż, chociaż robi to dyskretnie. Uwagi widza nie ujdą więc problemy aktora z toksycznym małżeństwem i alkoholem. Ale najważniejszym powodem była choroba, która brutalnie uniemożliwiła mu dalsze funkcjonowanie w teatrze. Z dnia na dzień musiał pożegnać się ze sceną, która była dla niego całym światem. Nigdy nie pogodził się z tym, ani nie zamierzał rozstać się z aktorstwem. Owładnęła nim idée fixe stworzenia własnego teatru – w lesie. Zawsze odczuwał bliskość z naturą. Z niej brał ukojenie i siłę. Podobnie czerpał z duchowości wywiedzionej z wiary. Teraz jeszcze bardziej musiał oprzeć się na tych dwóch filarach.

Ale przedtem odbył podróż do korzeni, do miejsca z którego wyszedł, by  spróbować jeszcze raz zacząć wszystko od nowa. Tym punktem na mapie jest Bojanowo w Wielkopolsce. Tyle że łatwiej przyszło mu kiedyś wyrwać się stamtąd w świat, niż po latach tam wrócić. Owszem, spotyka się z życzliwością. Dla tubylców jest przecież człowiekiem stąd, „naszym Andrzejkiem”, który odniósł sukces. Deklarują mu pomoc chociażby w sprawie wyjścia z bezdomności. A dla niego najważniejsza jest idea powołania do życia Teatru Leśnego, na tej głuchej prowincji. W końcu na wejście na inną, profesjonalną scenę już nie liczy. Życzliwi ludzie jednak tego nie rozumieją, że ten teatr jest mu niezbędny do życia – nic innego go przy nim nie trzyma.

Golejewski nie poddaje się i koniec końców doprowadza swój pomysł do finału. Mieszkańcy przyglądają się tym zabiegom z dystansem, ale ciekawość ściąga ich na leśną premierę. Oczywiście aktor zaproponuje im „Świętokradztwo”, sztukę, która odcisnęła na nim swoje piętno. To prawda, że niewiele albo zgoła nic z niej nie zrozumieją. Ważne, że mógł im pokazać iż istnieje inny świat, do którego mógłby ich wprowadzić, gdyby tylko tego chcieli. Trudno więc tę pierwszą próbę uznać za całkowitą porażkę. Chociaż Teatr Leśny okazał się Teatrem Wołającego na Puszczy.

Przez cały czas, od pokazanego na początku spektaklu, poprzez dziesięcioletnią tułaczkę, aż do występu w plenerze, towarzyszy mu jeden przedmiot – walizka. To coś więcej niż sceniczny rekwizyt. Może to jego fetysz, jedyna pamiątka po dawnym, teatralnym życiu? A może podręczny skarbczyk, w którym przechowuje pamięć o najważniejszych dla siebie chwilach? Jeśli ją w końcu otworzy, znajdzie materiał na scenariusz do następnego spektaklu. Choćby miał go wystawić tylko dla jednego widza na leśnej polanie.

Źródło:

Materiał nadesłany