Logo
Recenzje

Sztukmistrz, czyli poezja wolności

8.09.2026, 12:45 Wersja do druku

„Sztukmistrz” wg scen. i w reż. Zdzisława Górskiego i Przemysława Grządzieli Teatru Snów w Gdańsku na Festiwalu Teatrów Ulicznych OFF ART w Radzyminie. Pisze Wiesław Kowalski.

fot. Jerzy Wyrębski

Są przedstawienia, które próbują opowiedzieć widzowi bardzo wiele. Budują skomplikowane światy, mnożą znaczenia, prowadzą kilka narracji jednocześnie i wymagają od odbiorcy teatralnej wiedzy albo cierpliwego rozszyfrowywania znaków. „Sztukmistrz” Teatru Snów idzie w przeciwnym kierunku. Opowiada historię prostą, niemal baśniową, ale robi to językiem teatru, w którym prostota nie oznacza ubóstwa. Przeciwnie — pozwala wybrzmieć obrazom, gestom, muzyce i emocjom.

Obejrzany na Festiwalu Teatrów Ulicznych w Radzyminie spektakl od pierwszych chwil jasno określa własne reguły. Nie potrzebuje rozbudowanych dialogów ani objaśnień. Widz zostaje zaproszony do świata wędrownego sztukmistrza — człowieka trochę kuglarza, trochę marzyciela, trochę wiecznego chłopca, który przemierza świat wraz ze swoją asystentką. Potrafi otwierać zamki, żonglować, chodzić po linie, wykonywać cyrkowe sztuczki. Ale jego największym pragnieniem nie jest chyba sam popis. Jest nim przekroczenie granicy tego, co możliwe. Dlatego tak ważnym motywem staje się latanie.

Sztukmistrz chce wznieść się ponad ziemię. Konstruuje swoją maszynę, przygotowuje się do próby, marzy o chwili, w której człowiek przestanie podlegać prawom własnego ciężaru. Ten pomysł jest jednocześnie konkretnym elementem fabuły i bardzo czytelną metaforą. Bohater nie chce jedynie latać. Chce być wolny.

I właśnie w tym miejscu spektakl zyskuje wymiar znacznie większy niż historia ekscentrycznego wędrowca. Jego sztuczki, podróże, kobiety, próby przełamywania własnych ograniczeń i nieustanna potrzeba ruchu układają się w opowieść o człowieku, który nie potrafi zatrzymać się w jednym miejscu. Wolność jest dla niego wartością najważniejszą, ale zarazem czymś, czego nie można osiągnąć bez ceny. Teatr Snów nie mówi o tym wprost. I bardzo dobrze.

Zamiast psychologicznych objaśnień proponuje obrazy. Zamiast realistycznej scenografii — przedmioty, które nabierają symbolicznego znaczenia. Zamiast klasycznie prowadzonego dialogu — ruch, muzykę i działania aktorów. To charakterystyczny dla teatru ulicznego sposób opowiadania, ale w „Sztukmistrzu” sprawdza się szczególnie dobrze, ponieważ historia sama w sobie ma wymiar niemal legendarny.

Co istotne, przedstawienie pozostaje czytelne również dla widza, który nie zna powieści Isaaca Bashevisa Singera. Nie trzeba znać literackiego pierwowzoru, żeby zrozumieć, kim jest Jasza, czego pragnie i przed jakim wyborem staje. Spektakl nie zakłada znajomości książki i nie próbuje jej streszczać. Wybiera z niej własny teatralny świat i buduje go od podstaw za pomocą środków dostępnych scenie plenerowej. To jedna z największych zalet przedstawienia.

„Sztukmistrz” jest klarowny, ale nie banalny. Historia prowadzona jest konsekwentnie, a kolejne działania bohatera wynikają z tego, kim jest. Jego fascynacja kobietami nie została potraktowana jako problem wymagający moralnego komentarza. To po prostu część jego charakteru i kolejny element opowieści o człowieku, który nie potrafi dokonać wyboru, ponieważ nie chce zrezygnować z żadnej możliwości. Można oczywiście oceniać jego postępowanie, ale sam spektakl nie zmusza nas do wydawania wyroku. Pozwala obserwować bohatera takim, jaki jest. Dzięki temu jego los staje się bardziej uniwersalny.

Każdy człowiek ma przecież swoje „zamki”, które chciałby otworzyć, swoją linę, po której próbuje przejść, i swoje marzenie o locie. Możemy nie być sztukmistrzami, ale podobnie jak on chcemy przekraczać granice, dokonywać wyborów i jednocześnie zachować wszystkie możliwości. W tym sensie „Sztukmistrz” mówi o czymś bardzo zwyczajnym, używając niezwyczajnego języka.

Ogromną rolę odgrywa w przedstawieniu przestrzeń. Teatr uliczny nie ma komfortu zamkniętej sceny. Nie może dokładnie wyznaczyć granicy między aktorem a widzem. Musi zdobyć uwagę przechodnia, wykorzystać architekturę miejsca, światło, otwartą przestrzeń. Teatr Snów potrafi tę sytuację wykorzystać. W Radzyminie spektakl nie sprawiał wrażenia przedstawienia przeniesionego z sali teatralnej na parking. Przeciwnie — plener wydawał się jego naturalnym środowiskiem. Dzięki temu wydarzenia nabierały pewnej lekkości i swobody, a widz miał poczucie uczestniczenia w czymś, co dzieje się tu i teraz.

Ważna jest także warstwa wizualna. „Sztukmistrz” nie próbuje olśniewać dekoracyjnością dla samej dekoracyjności. Obraz służy opowieści. Cyrkowa sprawność wykonawców nie jest dodatkiem mającym jedynie wywołać aplauz. Jest częścią charakterystyki bohatera i sposobu, w jaki przedstawienie mówi o jego świecie. Podobnie muzyka — buduje atmosferę, ale przede wszystkim pomaga prowadzić widza przez kolejne etapy historii. Właśnie ta jedność środków robi największe wrażenie. Ruch, przedmioty, kostium, muzyka, przestrzeń i aktorstwo nie konkurują ze sobą. Pracują na jedną opowieść.

Można powiedzieć, że „Sztukmistrz” jest przedstawieniem o marzeniu. Ale byłoby to zbyt mało. Jest również przedstawieniem o cenie marzeń, o niemożności pogodzenia wolności z koniecznością wyboru i o człowieku, który całe życie próbuje zrobić coś, czego inni nie potrafią sobie nawet wyobrazić.

Najbardziej przekonujące jest jednak to, że Teatr Snów nie komplikuje tej historii na siłę. Nie dopisuje do niej komentarza, którego nie potrzebuje. Nie prowadzi widza za rękę, ale też nie zostawia go w labiryncie niejasnych symboli. To teatr metafory, która pozostaje komunikatywna. I może właśnie dlatego „Sztukmistrz” działa tak dobrze.

Po zakończeniu spektaklu nie pozostaje w pamięci jako wykład o Singerze ani jako próba wiernej adaptacji jego powieści. Pozostaje obraz człowieka, który chce otworzyć wszystkie zamki, przejść po linie, wzbić się w powietrze i żyć po swojemu. Człowieka, który bardzo wiele potrafi, ale wobec własnych pragnień okazuje się bezradny.

Teatr Snów stworzył przedstawienie poetyckie, ale nie hermetyczne; efektowne, ale nie puste; proste, lecz posiadające drugie dno. „Sztukmistrz” nie potrzebuje znajomości literackiego pierwowzoru, aby zostać zrozumianym. Wystarczy patrzeć. A potem być może przez chwilę zastanowić się, dokąd sami chcielibyśmy polecieć, gdybyśmy mieli odwagę zbudować własną maszynę.

To bardzo udane przedstawienie teatru ulicznego — świadome swojej formy, komunikatywne i konsekwentne. I przede wszystkim takie, które zamiast tłumaczyć, pozwala widzowi zobaczyć.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także