„Fekete hattyú (Czarny łabędź)” Piotra Czajkowskiego w reż. Tamasa Juronicsa z Szegedi Kortars Balett w Margit Szigeti Szinhaz w Budapeszcie. Pisze Benjamin Paschalski na swojej stronie.
„Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki. Oba zuchy, oba żwawi. Niech im Pan Bóg błogosławi” – mawia stare porzekadło, które chętnie przywołujemy ukazując nasze relacje z owym państwem, a może raczej społeczeństwem. Ostatnie lata mocno nadwyrężyły oraz odmieniły nasze wzajemne spojrzenia na siebie. I jak zwykle wszystko dokonało się za sprawą polityki. Rządy Viktora Orbana w Budapeszcie, specyficzny sojusz z naszą, krajową partią Prawo i Sprawiedliwość, swoiste internowanie dwóch polityków owej partii właśnie pod skrzydłami byłego premiera Madziarów wpływało zasadniczo na wzajemne postrzeganie. Owe zjawiska wpływają również na indywidualne decyzje turystyki kulturalnej w rejony Dunaju i Balatonu, które w moim przypadku drastycznie się ograniczyły. A przecież – bardziej w sferze teatralnej, niż baletowej – Węgry przez lata były liderem artystycznego wyrazu i myślenia o formie, jakości i pomysłowości scenicznej prezentacji.
Niegdyś zachwycałem się spektaklami Arpada Schillinga i nie chodzi o przygotowane w naszym kraju przedstawienia, ale te zrealizowane we własnej formacji Kretakor Szinhaz. Niezapomniany, skrajnie brutalny, ociekający brudem i upodleniem: W – munkáscirkusz (W – Cyrk Robotników) na podstawie Woyzecka Georga Büchnera; niezwykły kabaret, który przeradzał się w gorzką i przepełnioną goryczą refleksję o naszych czasach – FEKETEország (CZARNYświat) czy kameralna, pełna skupienia opowieść, oparta na słowie Mewa Antona Czechowa. Ter wszystkie spektakle gościły w Polsce podczas festiwali teatralnych w Krakowie, Wrocławiu i Toruniu. Ale katalog węgierskich twórców zapraszanych na nasze, międzynarodowe przeglądy był szerszy. To między innymi: Kornel Mundruczo, Viktor Bodo, Zoltan Balazs czy Bela Pinter. Dziś owa scena jest zaledwie swoim cieniem nie tak dawnej świetnej przeszłości. Interesującym pozostaje pytanie czy zmiana polityczna, która dokonała się za sprawą zwycięstwa w wyborach parlamentarnych, z wiosny bieżącego roku, Partii Szacunku i Wolności (TISZA) pod wodzą obecnego premiera Petera Magyara, wpłynie na rozwój, zmianę, reorganizację życia teatralnego, a szerzej całej kultury na Węgrzech? Na to pytanie trudno dziś odpowiedzieć, ale warto obserwować poczynania, gdyż nowe tchnienie przemian może żywo obudzić ducha artystycznej siły kraju nad Dunajem.
Trochę nieco w tle teatralnej potęgi funkcjonował i nadal działa scena tańca. I znów ciekawostka, że także można było ją śledzić, z różnym natężeniem w naszym kraju. To zasługa, nieistniejącego już niestety, Teatru Małego w Warszawie. Za sprawą Pawła Konica i Mieczysława Marszyckiego można było zobaczyć, jak przystało na scenę impresaryjną z prawdziwego zdarzenia, również ciekawe, niezależne prace choreograficzne z Węgier. Miejsca nie ma, tym bardziej nikt nie zwraca uwagi na to co dzieje się w sferze ruchu w tym kraju. Ciężko wnioskować czy rzeczywiście ma miejsce analogiczna stagnacja jak w przypadku teatru, ale faktem jest, że jak na ledwo ponad dziewięć i pół miliona mieszkańców, wygląda owa scena dość okazale. To nie tylko zespół baletowy Magyar Allami Operahaz (Węgierska Opera Narodowa) kierowany przez Tomasa Solymosi, ale także lokalne formacje – Szegedi Kortars Balett (Zespół Baletu Współczesnego w Szeged) prowadzony przez Tamasa Juronicsa, Györi Balett pod wodzą Laszlo Velekei, Pecsi Balett z dyrektorem artystycznym Balazsem Vincze czy Inversedance – Zoltan Fodor Company. Coroczny budapeszteński festiwal tańca (Budapest Dance Festival) ukazuje nie tylko zagraniczne produkcje, ale również szeroką platformę rodzimej sztuki. W ostatnich latach to między innymi projekty: FrenAk Company, Eva Duda Dance Company czy Yvette Bozsik Company. Gdy do tego dołączy się funkcjonowanie w stolicy Narodowego Teatru Tańca (Nemzeti Táncszínház) będącego miejscem prezentacji dokonań artystycznych rodzimych i zagranicznych twórców, rysuje się niezwykle ciekawy świat sztuki bez słów. Strona internetowa tejże instytucji wskazuje aż trzydzieści pięć macierzystych inicjatyw (w tym solowych, zespołów ludowych i szkolnych) w sferze tańca! To naprawdę niezwykle okazały wynik. Zapewne przyjdzie jeszcze czas aby poznać bliżej ową specyfikę, ale w owym katalogu szczególne miejsce zajmuje wspomniany zespół w Szeged.
Powodów jest kilka. To niewątpliwie jeden z najważniejszych zespołów tańca współczesnego Węgier, którego tradycja sięga roku 1987. Wówczas Zoltan Imre, który powrócił do ojczyzny po doświadczeniu współpracy choćby z brytyjskim Rambert i utworzył wspomnianą kompanię. Od 1993 roku, niezmiennie, za jej artystyczne oblicze odpowiada Tamas Juronics. Charakteryzuje się ono połączeniem tańca akrobatycznego, oryginalnego języka ruchu, a także dążenia do logicznej i spójnej opowieści co zbliża scenę do teatru tańca. Właśnie owa dramaturgiczna strona zasługuje na wyróżnienie, gdyż nie są to banalne narracje, ale pomysłowe, oryginalne i przemyślane wypowiedzi tańcem. Owa wysoka pozycja wśród zespołów węgierskich wynika również z międzynarodowej rozpoznawalności. Formacja występowała także w Polsce podczas Łódzkich Spotkań Baletowych w roku 2005. Wówczas prezentowała widowisko do muzyki Carla Orffa Carmina Burana. Zamysł i choreografia Juronicsa daleka była od bezpośredniej interpretacji kantaty, zbioru pieśni świeckich, a ukazywała przesycony obrzędowością świat pewnej pierwotnej wspólnoty. Owe przedstawienie wywoływało wstrząs i na swój sposób stało się objawieniem nieoczywistości realizacyjnej. W 2018 roku owa inscenizacja weszła na stałe do repertuaru łódzkiej sceny. Zatem zarówno zespół z Szeged, jak i jego szef artystyczny, to współcześni ambasadorzy tanecznej sceny własnej ojczyzny w naszym kraju.
Lato posiada swoje prawa prezentacji przedstawień. Nie będę ukrywał, że jestem wielkim orędownikiem pokazów pod gołym niebem. Owa ciepła aura sprzyja dedykowanym prezentacjom „pod chmurką”, oczywiście gorzej gdy pogoda płata figle z zimnem i deszczem. Bywa oczywiście różnie. Tego typu wydarzenia stały się znakiem rozpoznawczym Austrii i Włoch. Sztandarowymi przykładami są: festiwal w Bregencji, gdzie na specjalnie skonstruowanej scenie, umieszczonej na tafli Jeziora Bodeńskiego, można podziwiać operowe arcydzieła, a także arena w Weronie, której starożytne mury goszczą gwiazdy wokalistyki. Również w naszym kraju wielkie widowiska muzyki poważnej goszczą od kilku lat w Operze Leśnej w Sopocie za sprawą Baltic Opera Festival. I właśnie z owym nadmorskim miejscem kojarzy się budapeszteńska scena pod gołym niebem – Margit Szigeti Szinhaz. Powstały w 1938 roku amfiteatr, zlokalizowany na Wyspie Małgorzaty otoczonej Dunajem i pokrytej lasem, to świetne miejsce letnich prezentacji. Sezon, od maja do końca sierpnia, wypełniony jest pokazami operowymi, muzyki poważnej oraz popularnej, przedstawieniami dramatycznymi, a także widowiskami baletowymi. I właśnie w tegorocznej ofercie znalazł się spektakl Szegedi Kortars Balett. Formacja zaprezentowała swoją już ikoniczną produkcję, choć miała ona premierę dopiero dwa lata temu – w kwietniu 2024 roku. To niezwykle wciągające, sprawnie i oryginalnie opowiedziane, wizualnie dopracowane oraz świetnie wykonane, przedstawienie Fekete hattyú (Czarny łabędź) inspirowane Jeziorem łabędzim z muzyką Piotra Czajkowskiego. Wieczór, który długo się pamięta, a widz opuszczając przestrzeń teatru nie pozostaje obojętny. Zarówno historia, ale i niejednoznaczne torpy interpretacyjne, dają do myślenia. To także popis indywidualnego wyrazu artystycznego wyrażonego oryginalnym układem tańca.
Juronicks, z udziałem dramaturżki Brigitty Szokolai oraz współchoregrafa Gergely Czara wraz z zespołem, zabiera widzów w mroczny świat odizolowanego miejsca – szpitala psychiatrycznego. Podobnie jak Matthew Bourne w Romeo i Julii w owej zamkniętej przestrzeni buduje gęstą emocjonalnie historię rozdartą pomiędzy rodzące się uczucie, ale także wewnętrzny świat bohaterki. Wychodząc od klasycznej wersji do libretta Władimira Bigiczewa i Wasilija Gelcera, konstruuje własną, alternatywną wizję opowieści o dziewczynie zaklętej w łabędzia, miłości księcia, przewrotności czarnoksiężnika i zdradzie wybranka serca. Zachowując oryginalne imiona postaci nadaje im nowe znaczenia oraz konteksty. Nie przypadkowo tytuł odwołuje się do czarnego łabędzia, który zazwyczaj wykonywany jest przez tę samą tancerkę co biała postać w dualnej roli Odetty/ Odylii. Tym razem ten rozdział ma swoje logiczne uzasadnienie. Odetta (świetna Miriam Munno) będąc w szpitalnym miejscu odosobnienia jest schizofreniczką. Żyje w rozdwojonym świecie tego co rzeczywiste, namacalne, obiektywne, a tym co buduje się w jej świecie fantazji, głowie, umyśle. To co otacza jest skrajnie opresyjne, niebezpieczne, przeszyte przemocą i złowieszcze. Natomiast świat wnętrza to fantazja bycia łabędziem, jakby odwołanie się do dawnej baletowej opowieści – marzenie o swoistym wyzwoleniu, niezależności, ale i miłości. Owa kraina fantazji jest ukazana symbolicznie poprzez upadające pióra ptaków, a także w mini projekcji, w której dziewczyna jak wycinankę teatru cieni, ukazuje sznur płynących po niebie łabędzi. To także jasny podział aktów – tego co jest namacalne z obrazem sennego marzenia w części drugiej. Owe kontrasty są mocną stroną, narastającym napięciem. Wszak nie bez powodu twórcy dodają podtytuł – balet-thriller.
Należy przyznać, że świat tajemnicy, niedopowiedzenia jest w pełni zauważalny, a historię śledzi się z zapartym tchem. Całość rozegrana w niezmiennej przestrzeni sal szpitalnych, które otaczają lekarskie parawany, a także sprzęty medyczne budują atmosferę grozy. W owym świecie dominuje psychopatyczny lekarz Rothbart (Gergely Czar), który nienawidzi Odetty. Znęca się nad dziewczyną okrutnie, nie tylko zakładając kaftan bezpieczeństwa, ale także izolując i przeprowadzając zabiegi medyczne. Owe sekwencje ukazują coś więcej – dominację męską i podporządkowanie dziewczyny. Juronics mówi wprost, że to spektakl o wyzwoleniu kobiet, dążeniu do ich podmiotowości samostanowienia. Ów czarny bohater posiada córkę – czarnego łabędzia Odylię (bardzo udany występ Diletty Ranuzzi). To ona staje się przedmiotem handlu, a może tylko atrakcyjną zabawką w rękach ojca wobec partii małżeńskiej dla Zygfryda (początkowo mało wyrazisty, ale z czasem ukazujący jakość tanecznej formy Francesco Totaro). Ów przybywający ze świata zewnętrznego bohater, w towarzystwie przyjaciela Alexandra (niezwykle ciekawy Robert Kiss), początkowo zostaje oczarowany Odylią, ale jego serce wędruje ku przypadkowo napotkanej Odetty. Rodzące się uczucie, wyznanie miłości, symboliczne pojednanie dwóch serc wieńczy tragedia ingerencji wszechwładnego Rothbarta. Ów realizm przeradza się w fantazję, gdzie to co dotychczas jasne i klarowne zaczyna się zatracać. Dwie dziewczyny – na swój sposób podobnie wykorzystane i zniszczone – zwalczające się, a ostatecznie unifikujące, stają się wspólną figurą kobiety walczącej o swoje prawa. Owym złem staje się opresja mężczyzn i zniewolenie systemu, w którym funkcjonują. Choć biały łabędź umiera, to z czarnego tworzy się potęga, która swoimi skrzydłami okala całą przestrzeń niczym opoka – zwiastum nadchodzącego wybawienia. Niczym ukazanie dwóch odmiennych osobowości, które walczą o wspólne dobro. To przedstawienie, w którym dzień zastępuje noc magii, a podczas jej trwania marzenia urzeczywistniają się, urealniają. Jakby baśniowość zastępowała realizm nadając demoniczny kształt owej historii. I z punktu widzenia odbiorcy to trochę zawiła interpretacja, ale dająca kontekst do przemyśleń oraz własnych ścieżek interpretacyjnych.
Z każdym wystawieniem owego baletu do muzyki Piotra Czajkowskiego, jawi się pytanie – czy jest to opowieść o dziewczynie zaklętej w łabędzia, a może o księciu? W tym przypadku nie ma najmniejszych wątpliwości. Autorzy widowiska jasno stawiają tezę i umieszczają w centralnym punkcie dwie młode kobiety, które nie tylko walczą z otaczającą rzeczywistością, ale także rywalizują ze sobą. Miriam Munno jest zjawiskowa, niezwykle plastyczna i akrobatyczna, ale także oczarowująca swoją delikatnością oraz skromnością zniszczonej nie tylko chorobą, ale także zniewalającym miejscem pobytu. Jej konkurentka Diletta Ranuzzi – spontaniczna, żywiołowa, pewna swoich racji niezwykle precyzyjnie oddaje charakter postaci. Przewrotną ciekawostką jest fakt, że biały łabędź odtwarzany jest przez brunetkę, a czarny przez blondynkę – co jeszcze bardziej ukazuje niejednoznaczność i symboliczność postaci. Jednak ów spektakl to także zespół – osiem tancerek, pacjentek owego szpitala, które swoją żywiołowością, spontanicznością tworzą świat choroby i zamknięcia we własnym świecie tajemnicy psychicznego niezrozumienia. Ubrane jednakowo w białe koszule nocne, a czasem z założonymi kaftanami bezpieczeństwa, które przypominają skrzydła łabędzi, stają się towarzyszkami niedoli Odetty, a także tłem dla fantazji życia jak ptak – wolności i niezależności. W owych zespołowych fragmentach świetnie widać oryginalną kreskę choreograficzną Juronicsa, która daleka jest od wzorców neoklasycznych, a skupiona na indywidualnym ruchu czerpiącym z siłowego gestu współczesności. Nie brakuje w owym wykonaniu gwałtowności, ale i delikatności, skupienia, subtelności, co widać szczególnie w duecie białego łabędzia i przybyłego nieznanego mężczyzny.
Tło dla owej opowieści stanowi symboliczna dekoracja oddająca mrok szpitalnej przestrzeni – horyzont to ciężkie mury, a front liczne sprzęty i wspomniane parawany, które służą również jako ekran dla teatru cieni. Istotnym punktem oprawy plastycznej pozostają projekcje, które dodają niesamowitości, przerażenia, a także stają się świetnym wizyjnym obrazem nowego narodzenia i wyzwolenia. Muzyka Czajkowskiego za każdym razem urzeka, tym razem w nieco odmiennym układzie względem oryginalnej partytury. Jednak mankamentem pozostaje nagłośnienie, którego barwa przybliżała nagranie do wersji starej gramofonowej płyty, a nie okazałej bieżącej interpretacji.
Zatem w Szeged powstał spektakl, który czerpie z tradycji baletowej opowieści, ale staje się współczesną interpretacją owej dawnej historii. Jest mocną wypowiedzią, głosem o prawa kobiet oraz przedstawieniem walczącym ze zniewoleniem. Krzykiem o niezależność i własne samostanowienie. To przykład sprawnej opowieści (choć jak zauważono finał może wydać się lekko zagmatwany), w której wygrywa logika, sens i znaczenia. To nie rzecz o niespełnionej miłości, a raczej ukazanie losu kobiety w opresyjnym świecie podporządkowania. Własna wypowiedź, niezwykle sprawnie zrealizowana daje świadectwo wysokiego poziomu zespołu w Szeged. To także zwycięstwo Tamasa Juronicsa, który sprawną ręką prowadzi formację już trzydzieści trzy lata. Mimo upływu czasu jego propozycje repertuarowe są aktualne i żywe. Zatem warto powrócić na Węgry, a może także na nowo zapraszać twórców do naszego kraju.