Logo
Recenzje

Dziecko na tronie, dorośli na ławie oskarżonych

8.09.2026, 13:10 Wersja do druku

Król Maciuś Pierwszy” Janusza Korczaka w reż. Tadeusza Kabicza w Teatrze Telewizji. Pisze Wiesław Kowalski.

fot. mat. teatru

„Król Maciuś Pierwszy” Tadeusza Kabicza nie próbuje uwspółcześniać Korczaka za wszelką cenę. Przeciwnie — unowocześnia jego opowieść, ale nie odbiera jej tego, co od początku było w niej najbardziej niepokojące. Nie jest to przecież wyłącznie niewinna bajka dla dzieci. Dziecko zostaje wpuszczone w sam środek świata władzy i polityki, a wtedy okazuje się, że pytania zadawane bez politycznego doświadczenia potrafią być bardziej niewygodne niż najbardziej wyrafinowane diagnozy dorosłych. Maciuś chce po prostu, żeby było sprawiedliwie. I już to okazuje się postulatem niemal rewolucyjnym.

Kabicz znalazł dla Korczaka formę atrakcyjną wizualnie, ale nie efekciarską. Baśniowość miesza się tu z ironią, dziecięca zabawa z poważnym namysłem nad państwem, a kolorowy świat dworu co chwilę odsłania swoją ciemniejszą stronę. Najważniejsze jest jednak to, że te przeciwieństwa nie pozostają deklaracją. Wydarzają się na oczach widza — w rytmie scen, relacjach między postaciami i przede wszystkim w aktorstwie.

Tymon Bitkowski — żadnego „grania dziecka”

Największym odkryciem spektaklu jest Tymon Bitkowski jako Maciuś. To rola, która bardzo łatwo mogła stać się pułapką. Młody aktor mógł przecież zagrać „dziecko”: mówić z przesadną naiwnością, wykonywać charakterystyczne gesty, podkreślać niewinność bohatera. Tymczasem Bitkowski robi coś znacznie trudniejszego — nie demonstruje dziecięcości, tylko buduje konkretną postać. Jest w jego Maciusiu impulsywność, ciekawość, bezpośredniość i wiara, że świat można naprawić, jeśli tylko znajdzie się właściwe rozwiązanie. Ale jest też coraz wyraźniejsze doświadczenie odpowiedzialności. Maciuś dojrzewa na naszych oczach. Nie przez efektowne przemowy, lecz przez zmianę sposobu patrzenia.

Bitkowski ma przy tym znakomitą sceniczną obecność. Kamera go lubi, ale nie musi go za każdym razem uprzywilejowywać. Wystarczy, że jest w kadrze. Ma bardzo dobrą dykcję, poczucie rytmu, świetnie śpiewa i — co szczególnie ważne — umiejętność słuchania partnerów. Nie recytuje kwestii. Reaguje. I właśnie reakcje są jednym z największych atutów tej roli.

Maciuś często wygląda tak, jakby dopiero przed chwilą zrozumiał znaczenie tego, co powiedział lub usłyszał. Ta sekunda zawahania, zdziwienie, nagły błysk gniewu albo próba zachowania królewskiej powagi są znacznie bardziej przekonujące niż jakiekolwiek aktorskie „sztuczki”. Dzięki temu bohater nie jest papierowym symbolem niewinności. Jest chłopcem, któremu dano koronę, choć nikt nie dał mu instrukcji, jak być królem.

Najlepszy moment przychodzi wtedy, gdy dzieci dostają władzę

Najbardziej pamiętam jednak sceny dziecięcego sejmu. To właśnie tutaj spektakl znajduje swój własny, niezwykle celny język. Dziecięcy parlament jest jednocześnie zabawny i niepokojący. Można się śmiać z dziecięcej logiki, gestów i sposobu prowadzenia obrad, ale po chwili śmiech zaczyna mieć gorzki posmak. Nie dlatego, że dzieci nagle stają się „mądrzejsze od dorosłych”. Raczej dlatego, że ich sposób myślenia obnaża sztuczność wielu zachowań, które w świecie dorosłych uchodzą za oczywiste.

Kabicz bardzo dobrze wyczuwa komediowy potencjał tych scen, ale nie pozwala, żeby komizm je unieważnił. Dzieci próbują stworzyć instytucję, której reguł jeszcze nie rozumieją, a widz obserwuje proces uczenia się odpowiedzialności. Raz działa to zabawnie, innym razem boleśnie. Najciekawsze jest właśnie to przechodzenie od zabawy do konsekwencji. W tym sensie scena sejmu nie jest tylko efektownym fragmentem przedstawienia. Jest miejscem, w którym najlepiej widać, jak Kabicz prowadzi swoją opowieść: nie tłumaczy widzowi, co ma myśleć, tylko pozwala mu obserwować, jak dobre intencje zaczynają zderzać się z rzeczywistością.

To ważne również w kontekście samego Korczaka. Sylwia Niemczyk w artykule „Król, który chciał dobrze. Historia »Króla Maciusia Pierwszego«” przypomina, że powieść wyrastała z rzeczywistości, w której Korczak bardzo serio traktował kwestie dziecięcej podmiotowości, odpowiedzialności i wspólnotowego życia. W Domu Sierot funkcjonowały między innymi sąd dziecięcy i rozbudowany system zasad. Nie chodziło więc o sentymentalne przekonanie, że dzieci zawsze mają rację, ale o stworzenie sytuacji, w której uczą się odpowiedzialności za własne decyzje.

Dorośli nie są tu dekoracją

Drugim wielkim zwycięstwem przedstawienia jest obsada dorosła. Trudno zresztą wyobrazić sobie lepsze towarzystwo dla młodego Bitkowskiego: Jan Frycz, Marek Kondrat, Tomasz Kot, Borys Szyc, Danuta Stenka, Karolina Gruszka, Andrzej Konopka, Maciej Musiał, Magdalena Popławska i pozostali aktorzy tworzą zespół, w którym nazwiska nie przesłaniają postaci. To istotne, bo „Maciuś” mógł łatwo stać się przedstawieniem zbudowanym na paradzie gwiazd. Tak się jednak nie dzieje. Aktorzy nie grają ponad spektaklem. Nie traktują materiału jako okazji do demonstracji własnej pozycji. Każda postać ma własny ton, temperament i interes, a jednocześnie wszystkie należą do tego samego świata.

Szczególnie mocno zapada w pamięć Marek Kondrat jako Doktór. Jest w tej kreacji coś niezwykle ciepłego i powściągliwego. Kondrat nie buduje pomnika „mądrego opiekuna dziecka”. Jego Doktór jest człowiekiem, który wie więcej, niż mówi, i właśnie dlatego jego obecność ma taką wagę.

Wspaniały jest również Jan Frycz jako Prezes Rady Ministrów. Dziś, po śmierci aktora, trudno oczywiście całkowicie oddzielić tę rolę od świadomości, że oglądamy jego ostatnią pracę. Nie warto jednak sprowadzać tego występu do pożegnania. Frycz nie potrzebuje sentymentalnego komentarza. Wystarczy obserwować, jak precyzyjnie prowadzi postać, jak pracuje głosem, pauzą, spojrzeniem. To aktorstwo z gatunku tych, które nie domagają się uwagi, a mimo to ją przejmują.

Korczak nie jest tu pomnikiem

Najciekawsze w tym przedstawieniu jest chyba to, że Kabicz nie próbuje zamknąć Korczaka w muzealnej gablocie. „Król Maciuś Pierwszy” powstał w 1922 roku, ale problemy, które uruchamia ta opowieść, nie należą wyłącznie do historii literatury. Władza, odpowiedzialność, dobre intencje i konsekwencje decyzji pozostają tematami aktualnymi niezależnie od epoki.

Nie oznacza to jednak, że książkę należy czytać tak, jakby powstała wczoraj. Jej historyczny kontekst jest ważny. Współczesny odbiorca musi pamiętać o świecie, z którego wyrastała, również wtedy, gdy niektóre jej elementy wymagają dzisiaj krytycznego dystansu. Niemczyk przypomina między innymi o wojennym i społeczno-politycznym tle powieści oraz o tym, że jej pierwsi czytelnicy odbierali historię Maciusia z perspektywy świeżych doświadczeń wojny, biedy i chaosu. Kabicz nie próbuje tych różnic zacierać. Jego zadaniem nie jest przecież stworzenie „nowego Korczaka”, lecz sprawdzenie, czy Maciuś nadal potrafi przemówić do współczesnego widza.

Potrafi. I chyba właśnie dlatego, że spektakl nie podaje odpowiedzi na tacy. Zamiast mówić, kto ma rację, pozwala obserwować, jak łatwo idealizm przegrywa z praktyką, jak trudno zamienić dobre intencje w dobre prawo i jak szybko władza zaczyna rządzić tymi, którzy mieli dzięki niej zmienić świat.

Spektakl, który nie boi się być dla wszystkich

„Król Maciuś Pierwszy” jest spektaklem familijnym, ale nie w banalnym znaczeniu tego słowa. Nie jest „dziecięcy”, ponieważ nie upraszcza świata. I nie jest „dorosły”, ponieważ nie odbiera dzieciom własnej perspektywy. To rzadka równowaga.

Kabicz stworzył widowisko atrakcyjne plastycznie — scenografia, kostiumy, zdjęcia, muzyka i animacje budują świat, który ma w sobie coś z ilustracji do starej książki, ale jednocześnie pozostaje wyraźnie współczesny. Animacje nie są wyłącznie ozdobą; w niektórych momentach stają się pełnoprawnym sposobem opowiadania. Zwraca uwagę ich pomysłowość i wykonanie.

Ważne jest też tempo przedstawienia. Kabicz nie pozwala, aby baśniowa konwencja zamieniła się w dekoracyjną pocztówkę. Kolejne sceny mają własną energię, a przejścia między komizmem, napięciem i powagą są na tyle płynne, że widz nie ma poczucia, iż ogląda kilka różnych spektakli zszytych ze sobą. Ostatecznie najważniejszy nie jest tu ani tron, ani korona, ani nawet polityka. Najważniejsza jest próba sprawdzenia, ile można zrobić, kiedy człowiek naprawdę wierzy, że świat da się urządzić lepiej. Maciuś przegrywa. Ale jego porażka nie unieważnia pytania, od którego wszystko się zaczęło. Czy naprawdę musimy uznać świat takim, jaki jest, tylko dlatego, że dorośli zdążyli przyzwyczaić się do jego reguł?

To pytanie wybrzmiewa w spektaklu mocniej niż jakakolwiek deklaracja. I właśnie w tym miejscu adaptacja Kabicza spotyka się z najważniejszym nerwem książki Korczaka. Nie przez muzealną wierność, lecz przez próbę zachowania jej niepokoju. A jeśli przy okazji dostajemy świetną rolę Tymona Bitkowskiego, znakomity zespół aktorski i sceny dziecięcego sejmu, których długo nie sposób zapomnieć, tym lepiej.

To jeden z tych spektakli Teatru Telewizji, po których człowiek nie ma ochoty od razu włączyć następnego programu. Ma ochotę jeszcze przez chwilę zostać z Maciusiem.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także