EN

9.11.2021, 19:51 Wersja do druku

Szczecin. Premiera "My Fair Lady" w Operze na Zamku - 13 listopada

fot. Bodek Macal / mat. teatru

Już w sobotę 13 listopada w Operze na Zamku w Szczecinie odbędzie się długo wyczekiwana premiera musicalowego hitu: „My Fair Lady” A.J. Lernera i F. Loewe’a. Dziś odbyła się konferencja prasowa.

Anna Bańkowska – członkini Zarządu Województwa Zachodniopomorskiego:
Jestem niezwykle szczęśliwa, że po 20 latach na deski Opery na Zamku wraca „My Fair Lady”, historyczne dzieło, musical, który miał swoją premierę w 1956 roku z Rexem Harrisonem i Julie Andrews, a po którym pojawiła się filmowa wersja z 1964 roku ze wspaniałą rolą Audrey Hepburn. Z wielką ekscytacją czekamy więc na tę cudowną premierę, tym bardziej, że i dyrektor i pracownicy Opery na Zamku przyzwyczaili nas do wielkich wydarzeń. To choćby pamiętna „Traviata” w wersji haute couture czy przedstawienia baletowe, które wyznaczają nowe kierunki, i o których później szeroko mówi się w Polsce, a krytycy są tymi przedstawieniami zachwyceni. Czeka nas wielka dawka wspaniałych wrażeń.

Jacek Jekiel – dyrektor Opery na Zamku w Szczecinie:
Fajnie byłoby, gdyby nasza główna bohaterka „My Fair Lady” zjawiła się tu w wersji „original” [w sali stoją manekiny w kostiumach – dop. MJK]. Gdyby rzuciła tym swoim cocknay’em (śmiech), to zobaczylibyśmy, jaki ogromny krok zrobiliśmy do przodu w sensie językowym, jak bardzo ludzka mowa kiedyś była inna, jak język przez pandemiczny czas trochę się zmienił, bo więcej w nim już emotikonów niż treści. Ale to jest dowód na to, jak za wszelką cenę chcemy się komunikować ze sobą, przełamywać bariery, które są między nami. Odnoszę wrażenie, że o tym jest spektakl: ludzie muszą się poznać, a kiedy się dobrze poznają, potrafią się polubić, a może i więcej… Ta historia, niezwykła i niejednoznaczna na końcu, jest właśnie o tych marzeniach. Żeby zrozumieć, trzeba wiedzieć, a żeby wiedzieć, trzeba obserwować, widzieć innych wokół siebie. Myślę, że gdyby tak było, to świat byłby odrobinę fajniejszy. A temu niezwykłemu zjawisku służy sztuka, bo ona mówi swoim językiem, odrębnym. Te światy, które kreujemy na scenie są właśnie odrębne. Londyn, który zobaczą Państwo na scenie, jest niby wiktoriański, ale i niewiktoriański, jest dzisiejszy i niedzisiejszy. Gdy zagubicie się gdzieś w tym mieście w okolicach świątyni Temple czy przy Notting Hill, to zobaczycie, jak przemyka obok was ktoś podobnie ubrany… W Londynie nie wzbudza to u nikogo żadnego zdziwienia. Zatem jest to historia bardzo współczesna, choć osadzona w realiach historycznego libretta George’a Bernarda Shawa, historia fantastyczna na ten czas. Myślę, że wszyscy potrzebujemy rozrywki, ale nie takiej, która „zarechocze” nas na śmierć, i wzbudzi jeszcze większy smutek po upływie doby, tylko uczyni nas trochę lepszymi, da nam poczucie „normalnienia” w tym oszalałym świecie, który obserwujemy dookoła. Będziemy się świetnie bawić w smacznym otoczeniu, rewelacyjnej muzyki i fantastycznych artystów, których rój przetoczy się przez scenę po wielokroć.

Jerzy Wołosiuk – kierownik muzyczny „My Fair Lady”, dyr. ds. artystycznych Opery na Zamku w Szczecinie:
O „My Fair Lady” mówi się czasami jako o ostatniej operetce, a pierwszym musicalu, co oczywiście nie jest prawdą, ale jest to pewien pomost pomiędzy światem musicalu i operetki. My idziemy w kierunku musicalu, ale takiego ze szlachetnym kolorem, szlachetnym wybrzmieniem poprzednich lat. Nie jest łatwo uzupełniać to wszystko, co dzieje się na scenie. W „My Fair Lady” „odcinki” są często bardzo krótkie, czasami duża scena dramatyczna budowana jest przez piętnaście minut po to, żeby nastąpił w niej dwuminutowy fragment muzyczny. I ten dwuminutowy fragment musi oddać całą gamę różnych kolorów, emocji, często podnieść temperaturę tego, co się dzieje w scenach dramatycznych, albo ją skomentować, albo wręcz rozładować napięcie, które w niej powstaje. W tym dziele bardzo lubię ten fantastyczny dialog pomiędzy muzyką a scenami dramatycznymi, które często są żywcem wyjęte z teatru dramatycznego. I tak postaramy się to wykonać, po prostu żeby chwycić za serce. (śmiech)

Jakub Szydłowski – reżyser „My Fair Lady”:
W wielu warstwach, nie tylko reżyserskiej, ale i scenograficznej czy choreograficznej najważniejsze było dla nas to, że spektakl, który dzieje się na początku poprzedniego wieku, już zupełnie inaczej trzeba czytać. Zależności społeczne się zmieniły, już inaczej patrzymy na granice, które możemy przekraczać w kontaktach między mężczyzną a kobietą, tym bardziej, gdy jedno jest mentorem drugiej osoby. Zastanawialiśmy się, jak to dziś pokazać. Dzięki temu udało się zupełnie na nowo dostrzec relacje pomiędzy bohaterami. Ale tu najwięcej sam spektakl powie. (śmiech). Mogliśmy zacytować pierwowzór, ale wydawało mi się to mniej atrakcyjne. Każdy, kto zna oryginał, te różnice wyczuje. Ale oczywiście jesteśmy w historii „Pigmaliona” i nie przekręcamy jej na siłę na drugą stronę. Końca nie zdradzę (śmiech), ale najważniejsze dla mnie jest to, że odświeżamy tę historię. Cieszymy się bardzo z zaproszenia do Szczecina i z tego, że mamy tak wspaniały zespół, wybitnych polskich aktorów musicalowych, z samej czołówki, i zespół prowadzony na co dzień przez Jerzego Wołosiuka. To do tego jedyny dyrygent, z jakim pracowałem, a który zna dosłownie każdą nutę „My Fair Lady”, wszystkie teksty i trochę wyręcza mnie w pracy. (śmiech) A więc aktorzy mają „przechlapane”.

Grzegorz Policiński – scenograf:
Jeśli chodzi o scenografię, to mamy tu naprawdę potężną produkcję. Oczywiście takie uwielbiam i dziękuję dyrekcji (śmiech), bo jest bardzo dużo zmian światła, ogromna dekoracja – mam nadzieję, że efektowna i publiczność będzie zadowolona. Ta dekoracja jest multimedialna, czyli taka, którą widzowie lubią – projekcje i zmiana świata, w którym się jest. Sama scenografia jest uniwersalna i pozwala nam ten świat czarować. Przy każdej zmianie dekoracji, przy każdym ruchu sceny obrotowej zmienia nam się historia. Mamy tu też połączenie teatru musicalowego, operowego, operetkowego, ale i wchodzimy w teatr dramatyczny.

Jarosław Staniek – choreograf:
Zależało nam na tym, żeby będąc wiernym partyturze, znaleźć się we współczesnej energii odczytywania muzyki i choreografii. Określę to bardzo technicznie, ale w czasie prapremiery „My Fair Lady” przejście przez scenę trwało cztery frazy, ale teraz – w dobie „You Can Dance” – jeden takt. Zatem technicznie nie ma tu choreografii będącej osobnym elementem, ale na przykład scenografię, która wypełnia prawie całą scenę i tworzy choreografię wraz z akcją. Powstaje to, co ja najbardziej lubię w musicalu, że granice się zacierają, scena taneczna miękko przechodzi w sytuację paramuzyczną i kończy się sceną dramatyczną. Zależało nam także, żeby rytm Londynu, rytm scen tańca był współczesny, dzisiejszy, ale niekoniecznie odzwierciedlający modne ruchy.

Katarzyna Zielonka – choreografka:
Mieliśmy też takie założenie, żeby choreografia nie zdominowała warstwy dramaturgicznej. Bardzo łatwo w tańcu „położyć łapę” na całości i być na pierwszym planie. Ale chcieliśmy, by było to uzupełnienie, a nie osobna linia narracyjna. Musieliśmy poskromić nasze ego, bo ta muzyka, dźwięki napisane choćby dla Elizy są tak wysokie, że musieliśmy „zdjąć czapkę” i powiedzieć, że jednak śpiewanie jest ważniejsze (śmiech), a nie to, żeby zatańczyła osiem piruetów. Tak więc to muzyka podpowiadała rozwiązania techniczne.

Źródło:

Materiał nadesłany