„Hamlet. Książę Danii” Williama Shakespeare'a w reż. Roberta Lepage’a i chor. Guillaume’a Côté, koprodukcja Ex Machina, Côté Danse i Dvoretsky Productions, na 30. Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku. Pisze Wiesław Kowalski.
Rzadko zdarza się, by po zakończeniu spektaklu trudno było wyobrazić sobie inną reakcję niż owacja na stojąco. Na tegorocznym Festiwalu Szekspirowskim właśnie tak było. Publiczność nie nagrodziła jedynie kunsztu wykonawców, lecz przede wszystkim przedstawienie, które z niezwykłą konsekwencją udowadnia, że tragedię Szekspira można opowiedzieć niemal bez jednego wypowiedzianego słowa, nie tracąc ani jej emocjonalnej intensywności, ani filozoficznej głębi.
Robert Lepage nie próbuje rywalizować z tekstem Szekspira. To najważniejsza decyzja tej inscenizacji. Reżyser świadomie rezygnuje z ilustracyjności i dosłowności, traktując dramat jako partyturę emocji, którą zapisuje światłem, ruchem, przestrzenią i obrazem. W efekcie nie oglądamy baletowej adaptacji dramatu, lecz autonomiczne dzieło teatralne, w którym język ciała przejmuje rolę literatury. Lepage nie opowiada historii od nowa – wydobywa z niej to, co najbardziej pierwotne: żałobę, rozpacz, pragnienie zemsty, samotność i nieustanne zmaganie człowieka z własnym sumieniem.
Guillaume Côté jako choreograf podąża tą samą drogą. Jego choreografia nie jest ozdobą spektaklu ani efektownym dodatkiem do fabuły. Każdy gest ma znaczenie dramaturgiczne, każdy duet buduje relacje między bohaterami, a ruch zastępuje dialog. Szczególnie imponujące jest to, że choreografia pozostaje niezwykle czytelna nawet dla widza, który na co dzień nie obcuje z tańcem współczesnym. Côté nie tworzy abstrakcyjnych układów, lecz precyzyjny język emocji.
Największą siłą przedstawienia są jednak sceny, w których reżyseria i choreografia stapiają się w jedno. Śmierć Ofelii należy do najpiękniejszych obrazów, jakie widziałem w teatrze w ostatnich latach. Zwykły fragment błękitnej tkaniny zamienia się w rwącą wodę, a ciało bohaterki zdaje się jednocześnie tonąć i unosić ponad powierzchnią. Nie ma tu dosłowności, jest czysta teatralna metafora. Lepage po raz kolejny pokazuje, że największe iluzje rodzą się z prostych środków użytych z niezwykłą wyobraźnią.
Równie przejmująco została zbudowana scena obłędu Ofelii. Choreografia nie pokazuje szaleństwa jako gwałtownej eksplozji emocji. Przeciwnie – rodzi się ono stopniowo z rozpadu wewnętrznego porządku. Rozchwiane ciało, utrata równowagi, gesty, które przestają prowadzić do celu, tworzą obraz człowieka tracącego kontakt z rzeczywistością. To scena niezwykle subtelna, pozbawiona efekciarstwa, a właśnie dlatego tak poruszająca.
W pamięci pozostanie również pierwsza sekwencja podczas ślubu Gertrudy i Klaudiusza. Pod powierzchnią dworskiej ceremonii od początku pulsuje napięcie, którego nie da się zagłuszyć. Hamlet istnieje obok zbiorowej radości, jakby już wiedział, że uczestniczy w świecie opartym na kłamstwie. Reżyser nie potrzebuje komentarza ani psychologicznych wyjaśnień. Wystarcza odpowiednie ustawienie postaci, rytm sceny i kontrast między zbiorowym świętowaniem a samotnością bohatera.
Kulminacją spektaklu staje się finałowy pojedynek Hamleta i Laertesa. Walka z wykorzystaniem długich szarf przytwierdzonych do broni należy do najmocniejszych obrazów tego przedstawienia. Szarfy nie są jedynie efektownym rekwizytem. Materializują niewidzialne więzi między przeciwnikami, zapisują w przestrzeni trajektorie przemocy i śmierci, a jednocześnie nadają całej scenie niemal rytualny charakter. To pojedynek, który bardziej przypomina taniec losu niż sportową walkę.
W całym spektaklu uderza niezwykła dyscyplina formalna. Nie ma tu ani jednej sceny służącej wyłącznie dekoracyjności. Każdy obraz rozwija opowieść, a każda zmiana przestrzeni wynika z dramaturgii. Lepage prowadzi widza z ogromną precyzją, nie pozwalając, by widowiskowość przesłoniła sens. To teatr wizualny najwyższej próby, ale podporządkowany emocjom bohaterów, a nie efektom specjalnym.
Największym osiągnięciem twórców wydaje mi się jednak odzyskanie dla „Hamleta” jego uniwersalności. Pozbawiony słów dramat nie traci nic ze swojej siły. Wręcz przeciwnie – dzięki ruchowi staje się bardziej intuicyjny i bezpośredni. Znika bariera języka, pozostaje doświadczenie ludzkich emocji, które okazuje się zaskakująco czytelne.
Owacja na stojąco, którą publiczność nagrodziła spektakl podczas Festiwalu Szekspirowskiego, nie była wyrazem kurtuazji wobec znanych twórców. Była reakcją na przedstawienie wyjątkowe – odważne, konsekwentne i głęboko poruszające. Robert Lepage i Guillaume Côté stworzyli inscenizację, która nie zastępuje Szekspira tańcem. Ona odkrywa w jego dramacie nowy język. To jedno z tych przedstawień, które przypominają, że teatr najpełniej przemawia wtedy, gdy ufa sile obrazu, rytmu i ludzkiego ciała.