Logo
Recenzje

Sen o jesieni

18.05.2026, 11:59 Wersja do druku

„Sen o jesieni” Jona Fossego w reż. Tomasza Fryzeła w Teatrze Nowym im. Kazimierza Dejmka w Łodzi. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.

fot. mat. teatru

Nie będę udawał super oczytanej osoby i pozował na inteligenta, który znał twórczość Fossego przed wybraniem się na spektakl w Teatrze Nowym im. Dejmka w Łodzi – fosa? Tak, to takie dookoła zamku. Dzwoni, ale nie wiadomo w którym kościele. Skoro mamy już za sobą to wyznanie, możemy powoli przechodzić do sedna, czyli do tego, jaki był spektakl Tomasza Fryzeła, do którego podchodziłem wyjątkowo bez bagażu znajomości materiału wyjściowego, więc nie miałem zielonego pojęcia czego się spodziewać. Jedynym i to ogromnym obciążeniem jest fakt, że cenię tego twórcę i jego estetykę oraz sposób budowania przedstawień, więc finalnie nie jestem pewien, czy „Sen o jesieni” nie miał bardziej pod górkę niż powinien, bo jestem jak ta jedna szalona polonistka, która jest bardziej wymagająca dla uczniów których lubi, BO WIE, ŻE ZAWSZE STAĆ ICH NA WIĘCEJ.

Historia, którą opowiada nam spektakl, wydaje się dość prosta i pretekstowa: dwoje ludzi, kobieta i mężczyzna, spotykają się na cmentarzu i wywiązuje się między nimi rozmowa z której wynika, że coś ich kiedyś łączyło, ale nie do końca jesteśmy w stanie ustalić co. Z biegiem opowieści pojawia się coraz więcej detali dodających kolejne części do układanki, ale jednak niektóre elementy wydają się być z innego pudełka, z innym obrazkiem. Im głębiej wpadamy w tę króliczą norę, tym dosadniej okazuje się, że oba obrazki pasują do siebie idealnie; pokazują to samo miejsce, ale o różnych porach dnia lub – może bardziej pasująco do tytułu spektaklu – porach roku (w sensie metaforycznym oczywiście). Poza kobietą, mężczyzna spotyka też rodziców, swoją byłą żonę i odkrywa, że przyjechał na pogrzeb swojej babci. Brzmi to wszystko dosyć enigmatycznie, jednak w interpretacji Fryzeła cały ten kalejdoskop wydarzeń tworzy polifoniczną opowieść o przemijaniu i śmierci.

Fascynująca wydaje się być w tym kontekście postać młodej kobiety granej przez Karolinę Bednarek – zdaje się, że jest wyjęta zupełnie poza nawias tych wydarzeń, stoi niemalże z boku, poza czasem i zna w zasadzie na pamięć wszystko to, co się stanie i to, co się stało; pozostałe postacie na scenie powtarzają po niej gesty i słowa. W moim rozczytaniu mamy tutaj bliskie spotkanie ze śmiercią, która każde życie odbiera jako tak samo powtarzalne i identyczne, że najzwyczajniej zna puste słowa i gesty, więc przywołuje je każdemu w momencie swojej wizyty. Bardzo ciekawa rola zagrana przez Bednarek bardzo delikatnie i enigmatycznie.

Wydarzenia i głosy nakładają się na siebie i postępują w sposób nielinearny, dodatkowo, w czasie tej opowieści obsadzenie aktorów w rolach zupełnie nieprzystających do ich wieku wybornie podbija uczucie niepewności i zagubienia. Matka jest młodsza od syna, najmłodsze dziecko mężczyzny najpierw jest opisywane jako niemowlę, aby kilka scen dalej być już nastolatkiem, na przemian opisywanym jako zmarły i żyjący. Była żona mężczyzny jest młodsza od niego samego o 40 lat, aby w czasie trwania „Snu o jesieni” okazało się, że tak naprawdę między nimi była niewielka różnica wieku, bo ceremonia ich ślubu odbyła się, gdy oboje byli nastolatkami. Te zabiegi w moim odczuciu wyciągają na pierwszy plan realnego bohatera tego spektaklu, którym nie jest mężczyzna i jego relacje z ludźmi, a tak naprawdę jest nim czas bezlitośnie pędzący do przodu. Miałem momentami wrażenie, że tak naprawdę oglądamy zapis ostatnich sekund przed śmiercią, w których przewija się przed oczami całe nasze życie, które wbrew oczekiwaniom nie składa się w piękny pożegnalny film, a jedynie w serię achronologicznych migawek, komponujących przed nami niemożliwy do realnego wydarzenia się scenariusz.

Poza tym głównym, dusznym rdzeniem, w tym przedstawieniu dostrzegam też pewne wytrychy, które stają się niejako dodatkowymi małymi okazjami znaczeniowymi – ciągła powtarzalność rozmów i ich tematów przy kolejnych ich falach w trakcie przebiegu spektaklu dobitnie dopełniała obrazu życia jako zbioru właśnie takich nic nie znaczących sytuacji, spotkań rodzinnych pełnych pustych gestów i powtarzanych w kółko tych samych opowieści. Finalnie, na samym końcu, więcej będzie takiego barachła niż realnie cennych wspomnień; chociaż może życie właśnie jest także umiejętnością celebracji zwykłości i niewyjątkowości? Drugim elementem, który przemykał mi w tle była tak naprawdę finałowa walidacja życia, próba podsumowania go i zdecydowania czy przeżyło się je dobrze; czy decyzje które ukształtowały to wszystko były tymi odpowiednimi i czy miłość, którą wybraliśmy, była tak naprawdę tą odpowiednią. Fryzeł z ekipą dają tutaj przestrzeń na przemyślenie tego czy coś, co nas ukształtowało i popchnęło w jakimś kierunku, musi być rozpatrywane w kategorii bycia dobrym lub złym i czy było zasadnym czy stratą czasu.

Całość została też ubrana w niesamowitą formę delirycznego snu; kwestie nakładają się na siebie, dublują, słychać gdzieniegdzie szepty, pokrzykiwania. Niezobowiązujące spotkanie przeradza się momentami w duszny, oniryczny koszmar, który w połączeniu z wcześniej wypunktowaną warstwą znaczeniową siadł mi na piersi niemalże jak demon paraliżu sennego. Spektakl dopełnia niepokojąca muzyka Nikodema Dybińskiego. Jest to kolejny raz, kiedy jego robota zwraca moją uwagę w teatrze, więc dopisuje go na moją długą listę ulubionych Janko muzykantów polskiej sceny. W scenografii Anny Oramus czarne, wzburzone fale zatrzymane w ruchu, poprzecinane są stałymi dwoma pasami białej drogi; niemalże jak świetlistej ścieżki światła księżyca, po której w „Mistrzu i Małgorzacie” odchodzi Poncjusz Piłat – przywiodły mi one na myśl dwie solidne i pewne rzeczy, które są niezmienne na wzburzonej tafli życia, które kotłują się pod skórą tego przedstawienia – miłość i śmierć.

„Sen o jesieni” jest spektaklem mega ciekawym formalnie i przyciągnął mnie tym od pierwszej chwili, ale poza tym jest wybornie zagrany (wcześniej wspomniana Bednarek, ale do tego dokładam jeszcze przepiękną w swojej posągowości Mirosławę Olbińską); jest w swojej formie bardzo intensywny, może być dla odbiorcy przytłaczający i wyczerpujący emocjonalnie, ale ja tego oczekuję od teatru jako widz. Cieszę się, że tutaj w finale jest emocjonalna gratyfikacja i przeszywające uczucie niepokoju. Nie będę mówił na wyrost, ale chyba ten spektakl wpada do mojego top 3 przedstawień tego twórcy i gdybym mieszkał ciutkę bliżej Łodzi niż pół Polski za daleko to na pewno chciałbym sobie powtórzyć to przedstawienie. Lubię, kiedy spektakl wkręca mi się w serce jak kleszcz i truje mnie jeszcze niepokojem po zakończeniu, a to jest właśnie ten przypadek, bo od śmierci przecież nie uciekniemy. Chociaż chciałbym tak pięknie umierać jak bohaterowie „Snu o jesieni” w wyobraźni Fryzeła, to raczej nie będzie mi to dane.

Źródło:

teatralna-kicia.tumblr.com
Link do źródła

Autor:

Kamil Pycia

Data publikacji oryginału:

16.05.2026

Sprawdź także