Logo
Recenzje

Halka

18.05.2026, 13:04 Wersja do druku

„Halka” Stanisława Moniuszki w reż. Michała Znanieckiego w Operze i Filharmonii Podlaskiej. Pisze Tadeusz Deszkiewicz.

fot. Michał Heller / mat. OiFP

Widziałem dziesiątki wersji „Halki” Stanisława Moniuszki, ale tę którą zobaczyłem w sobotni wieczór w Operze i Filharmonii Podlaskiej uważam za jedną z najciekawszych.

Autor realizacji Michał Znaniecki nie tylko wyreżyserował spektakl, ale także był twórcą scenografii i kostiumów. Powstało dzieło które Znaniecki zuniwersalizował, ale nie uwspółcześnił. Sprawił, że tę realizację można z powodzeniem wystawić w dowolnym teatrze na świecie, bez obawy o zarzut hermetycznej polskości. Znaniecki pokazał, że „Halka” jest arcydziełem nie tylko polskim, ale europejskim. Jednocześnie jednak nie zrezygnował z polskości dzieła zachowując jego narodowy nastrój, stylizując kostiumy i piękne tradycyjne tańce.

Temat „Halki” jest uniwersalny: szaleńcza, beznadziejna miłość nie mająca szans ze względu na pochodzenie społeczne kochanków. To opowieść o społeczeństwie i klasach które od wieków były ważnym tematem w literaturze i muzyce. Herbowa szlachta i biedna dziewczyna z gminu, zwaśnione rody to kanwa na której powstawały największe miłosne arcydzieła począwszy od szekspirowskiego „Romea i Julii”.

Już pierwsza scena pokazana podczas uwertury wprowadza poetycki, romantyczny nastrój. Tajemniczy balet eterycznych białych postaci tańczących pod tatrzańskimi smrekami wprowadza niepokój i zwiastuje nadchodzący dramat.

Scenografia jest prosta i symboliczna. Wspomniane wcześniej smreki i intrygująco oświetlone pałacowe wnętrze to dwa skontrastowane światy, których nie da się pogodzić. Niespełniona miłość doprowadza zakochaną góralkę do desperacji. Finał jest mistrzowską sceną szaleństwa przywodzącą na myśl dramat Łucji „Donizettiego”.

Tytułowa Halka, w którą wcieliła się niezawodna Marcelina Roman, sugestywnie pokazuje jak kiełkuje w niej dramat odrzuconej miłości. Tragiczną arię „Ha, dzieciątko nam umiera” można odczytywać dwojako, jako próbę wzbudzenia w Januszu wyrzutów sumienia lub urojenie Halki która przytulając zawiniątko wyobraża sobie nieistniejące niemowlę jako symbol umierającej miłości.

Sukces białostockiej „Halki” jest niewątpliwą zasługą reżysera, ale przede wszystkich ogromnej maestrii protagonistów z Marceliną Roman na czele. Ta wybitna artystka zachwyciła nie tylko kunsztem wokalnym, ale także warsztatem aktorskim konsekwentnie budując poruszającą emocjonalnie postać, od skrajnej rozpaczy do zbrodni i samobójstwa.

W pełni sprawdzili się wykonawcy pozostałych głównych ról: doskonały wokalnie Paweł Skałuba jako zrozpaczony, odrzucony Jontek, Stanisław Kuflyuk – przekonujący cynizmem pan młody Janusz, czy dysponujący pięknym głosem Stolnik Wojtek Gierlach.

Słowa pochwały należą się baletowi, który w spektaklu miał podwójną rolę metafizycznie, tanecznie dublując główne postaci dramatu.

Polską premierę poprzedziła w piątek sceniczna prapremiera włoskiej wersji arcydzieła Moniuszki, którą w wersji koncertowej słyszałem osiem lat temu w Warszawie. Wszystkie wersje skrupulatnie przygotował muzycznie włoski dyrygent Fabio Biondi, nieoceniony propagator dzieł Moniuszki.

Premiera „Halki” w Operze i Filharmonii Podlaskiej była wydarzeniem, które z pewnością zostanie w pamięci wszystkich wielbicieli twórczości twórcy polskiej opery narodowej, choć realizatorzy białostockiej premiery pokazali, że Moniuszko był twórcą oper, które bez wątpliwości wpisują się w nurt europejskich arcydzieł XIX wieku.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także