25.11.2020, 13:09 Wersja do druku

Sceny z życia

Rozmowa z Maciejem Dużyńskim, aktorem, dramatopisarzem, edukatorem, absolwentem PWST na wydziale lalkarskim w Białymstoku, współtwórcą Unii Teatr Niemożliwy, Teatru Domowego Chmielna oraz nowego miejsca na teatralnej mapie Warszawy – Teatru Scena 96. 

fot. Agnieszka Skrzypczak

To może od początku. Jak to się wszystko zaczęło? Mam na myśli przygodę z aktorstwem. 

Jak to się zaczęło? Ha… chwileczkę, muszę się skupić… Chyba nie bardzo wiedziałem, co chcę robić w życiu, więc pomyślałem sobie tak: aktor to jest ktoś, kto może spełniać się właściwie we wszystkich zawodach, wcielać w różne role… trochę tak naiwnie do tego podchodziłem, ale uznałem, że może właśnie to jest to. Tylko ja wtedy chodziłem do liceum i mówiłem mniej więcej jedno zdanie na tydzień. 

Ze względu na zamknięcie w sobie?

Tak, tak… zdawałem do różnych szkół teatralnych, ale słusznie chyba uznawano, że jestem jednak zbyt zamknięty. Mój tato postanowił mnie w końcu wyprowadzić z domu. Zamieszkałem w Warszawie ze swoim wujem, wspaniałą osobą. Pewnego razu moja znajoma zaprowadziła mnie do Stodoły. Tam zacząłem chodzić na pantomimę, poznałem Darka (Darek Jarosiński, aktor Teatru Scena 96). Było to… z 30 lat temu albo i więcej. Przez to, że chodziłem na tę pantomimę, dowiedziałem się, że  Tomaszewski zakłada studio pantomimy we Wrocławiu. No i stadnie tam pojechaliśmy, parę osób się dostało, w tym ja. Przez to, że mówiłem tyle, ile mówiłem, Alek Sobiszewski, który z nami wtedy występował, nazwał mnie Wodzu.

Wodzu?

Tak jak Wódz z „Lotu nad kukułczym gniazdem”, który przez całą książkę i film powiedział jedno słowo: „Owocowa”. 

Bardzo mi ta praca odpowiadała. Tomaszewski nawet zrobił taki ukłon w moją stronę... ponieważ miałem zakaz wyjazdu z PRL, a oni grali jednak głównie za granicą... więc ja grałem w Polsce, a ktoś inny robił za mnie zastępstwa na wyjazdach. 

To była wspaniała praca, bo była ciężka fizycznie, spełniała moje artystyczne oczekiwania i przy tym nie musiałem w ogóle mówić. 

Same pozytywy.

Ale tak mniej więcej po roku, kiedy popołudniu przyszedłem na zajęcia do teatru, na akrobatykę chyba... zdziwiłem się, że sekretarka nadal była w pracy o tej godzinie. Zawołała mnie do siebie. „Panie Maćku, proszę mi tu podpisać"… i to było wypowiedzenie. 

To była prawdopodobnie właśnie konsekwencja tego, że miałem zakaz wyjazdu z PRL.

Skąd ten zakaz? 

No myśmy działali wszyscy. Siostra na uczelni, mama i tata w pracy… ja wprawdzie nie byłem nigdzie związany, ale byłem kimś w rodzaju gońca, roznosiłem ulotki i tego typu sprawy. W domu przechowywaliśmy różne rzeczy... robili nam przeszukania, które miały wyglądać, jakby włamali się złodzieje. 

Tego dnia, kiedy dostałem wymówienie, wracałem strasznie przygnębiony i na dodatek spotkałem moją wielką miłość, jeszcze z czasów podstawówki… zobaczyłem, że idzie z kimś przytulona i jest w ciąży, także dostałem dodatkowo drugiego kopa. Upiłem i narobiłem strasznych głupstw… Na szczęście następnego dnia zadzwoniła moja mama spytać, co słychać. Była właśnie w Białymstoku u swojej przyjaciółki, od której dowiedziała się, że egzaminy w szkole teatralnej w Białymstoku są przesunięte z powodu festiwalu. Miałem tylko dwa dni, więc długo nie myśląc, cały czas w bardzo kiepskiej kondycji po poprzednim wieczorze, wsiadłem w pociąg i w drodze powtarzałem teksty do egzaminu. Przekraczałem w prawdzie limit wieku, ale machnęli na to ręką. Jakoś się dostałem do tej szkoły.

Lalkarstwo to nie było moje marzenie… no, ale ucieczka przed wojskiem. Zresztą tydzień później okazało się, że uniknąłem dzięki temu przydziału do jednostki dyscyplinarnej w Orzyszu. 

No więc Białystok. Fajnie się tam studiowało, nie były to ciężkie studia. Takie trochę lekkoduszne i rozpustne. 

Czy w trakcie studiów narodziła się miłość do animacji i lalkarstwa? 

Mnie najbardziej fascynowało, co można zrobić z przedmiotem i jaka jest w tym magia… taki realizm magiczny. 

Później miałem zajęcia z Janem Plewako, który najpierw uczył mnie animować jawajką. On został moim mistrzem, co moim zdaniem w lalkarstwie jest niezbędne. Myślę, że właśnie od przedmiotu, od Jana Plewako i jawajki zaczęła się moja fascynacja teatrem lalek i animacją... a później naprawdę dobrze trafiłem. Jeszcze w czasie studiów zacząłem współpracować z Wierszalinem. 

Jak to się stało? 

Piotr Tomaszuk i Tadeusz Słobodzianek mieli przez jakiś czas zajęcia w szkole. Oni zwrócili na mnie uwagę, zaczęliśmy się kumplować i mnie tam ściągnęli. 

To dopiero była prawdziwa szkoła aktorska... i szkoła życia. Chociaż chyba nie życzę nikomu… ale wtedy to było coś. 

Objechaliśmy cały świat, w którymś momencie byliśmy najlepszym zespołem teatralnym w Polsce. Robiliśmy świetne rzeczy, ważne… ale niestety potwornie biedowaliśmy. Jak miał się pojawić mój pierwszy synek, poszedłem do Piotra i powiedziałem, że kończę. 

Potem założyłem z moją żoną Anią Teatr Domowy, potem z Markiem Chodaczyńskim Unię Teatr Niemożliwy… no i tak to się toczy do dzisiaj.

A jak się zaczęła Scena 96?

Zaczęła się te trzydzieści parę lat temu, jak się poznałem z Darkiem w Stodole.

Już tam?

Tam się zaczęła znajomość, pierwsze spotkanie. Potem ja poszedłem na studia, Darek założył Teatr Akt. Nie mieliśmy przez jakiś czas kontaktu w ogóle. Po latach spotkałem się z nim, kiedy robił Dziecięce Lato Teatralne. Zaczął zapraszać mnie z moimi spektaklami, widywaliśmy się dosyć luźno… a potem uznaliśmy, że fajnie by było coś razem zrobić. Powstał „Cmok, Smok”, potem „Czarny Łabędź”. Długo się zastanawialiśmy, czy by jakiejś siedziby sobie nie znaleźć, ale Darek bał się brać to wszystko na siebie… bo ja to jestem trochę łajza, jeśli chodzi o takie rzeczy. 

W końcu jednak trafiliśmy do Pałacu Szustra, który okazał się przyjaznym i stabilnym miejscem i pewnie, gdyby nie ta pandemia, to już moglibyśmy normalnie funkcjonować. Już był taki moment, że graliśmy dla pełnej widowni….

No właśnie… jak ta pandemia na Was wpłynęła, co się teraz dzieje w teatrze, czy łatwo utrzymać motywację do pracy? 

No nie… w ogóle nie ma motywacji. Jeszcze w tym poprzednim zamknięciu wymyśliliśmy, że będziemy kręcić „Ciut nielogiczne bajki filozoficzne”, które wyszły nam chyba całkiem fajnie… ale ostatnio, gdy trafiłem na to na YouTubie, okazało się, że mamy jakieś 6 wyświetleń. Trochę trudno nam się odnaleźć w tym pandemicznym klimacie, nie wiadomo do końca jak się z takim materiałem reklamować, a na dodatek teraz wszystkie teatry zaczęły wypuszczać do sieci sto tysięcy filmików, czytania bajek, rejestracji starych spektakli… ja myślę, że ludzie mają chyba tego już po dziurki w nosie. Ja próbowałem oglądać tego typu produkcje, ale nie jestem w stanie oglądać teatru na ekranie komputera. Teatr to jest medium, które potrzebuje spotkania żywego człowieka z żywym człowiekiem.

Sztuka teatralna jest trochę taka, na jaką zasługuje widownia.

Czyli?

Czyli jak wchodzę na scenę… a to jest tak, że naprawdę uwielbiam to robić, czy mam zły nastrój, rozdrażnienie, grypę, atak serca, kaca, źle wstałem z łóżka… wystarczy, że zrobię krok na scenę i to wszystko mija… a na dodatek, jak czuję energię od widowni, to dostaję skrzydeł. 

A czasem wchodzę, niby wszystko mija… ale jak to mówił Tadeusz Słobodzianek: „Konie rwą, a sanie w betonie”. Zero odbicia, zero energii. I wtedy choćby robić piruety i nie wiadomo co jeszcze, to spektakl opada. Oczywiście nie może zejść poniżej poziomu zawodowego. To nie może być amatorszczyzna. Natomiast jeśli jest widownia, która Cię niesie i daje energię... to jest wtedy spektakl, to jest wtedy teatr... no i dlatego… chwileczkę, o czym mówiliśmy?

O teatrze w sieci. Czy to w ogóle ma ręce i nogi? 

No tak właśnie, to nie ma rąk i nóg. Teatr nie powinien być pokazywany na ekranie, bo wtedy umiera. Spektakl musi żyć, ewoluować, widownia w tym procesie jest bardzo istotna. Oczywiście taki teatr w sieci ma swoje plusy. Nie wszystko da się obejrzeć na żywo, nie wszędzie da się pojechać… ale to jest jednak trochę sztuczny twór, powinno to być inaczej nazwane, bo to nie jest teatr. To już nie jest teatr.  

Teraz jak nas na chwilę uwolnili, graliśmy spektakle dla kilku osób. Raz przyszła tylko mama z córeczką.

I jak było?

Było super. Przynajmniej ta mama z córeczką na chwilę odleciały. Myśmy się czuli jak na początku drogi, kiedy otwieraliśmy scenę. Wtedy też graliśmy dla trzech, pięciu osób, ale tu graliśmy trochę z innej motywacji, żeby chociaż tym dwóm osobom dać chwilę oddechu od rzeczywistości. Odcięcie od tych złych czasów. 

A Wam dawało to skrzydła? Występy dla takiej kameralnej publiczności, po takiej przerwie.

Czasami tak. Zresztą po to to robimy, po to istniejemy, żeby grać dla ludzi, dla widowni. Fajnie jak ona jest większa, ale jak przychodzą dwie osoby, to im też się to należy. 

Czy to się opłaca?

Oczywiście, że nie. Nie opłaca się jeśli chodzi o kwestie finansowe, ale opłaca się jeśli chodzi o taką czystość moralną i duchową. 

Poprzednie zamknięcie zaowocowało nową premierą „Paweł i Gaweł c.d.” Czy teraz też coś przygotowujecie? Co się dzieje w teatrze? 

Na przykład Darek ułożył kafelki na balkonie... a poza tym wznawiamy „Czerwonego Kapturka”, a właściwie nie wznawiamy, tylko w starych dekoracjach robimy nowy spektakl.

No i jak idzie? Już jest jakaś wizja tego „Nowego Kapturka”? Jaki on ma być?

Jest kolejna wizja.

Czyli wizje się na razie mnożą. 

Tak. Małgosia (Małgorzata Wolańska, aktorka Teatru Scena 96) ma jedną wizję, Darek ma swoją… i ja mam swoją. Miało być tak, że bierzemy się za tego Kapturka, bo są gotowe dekoracje i będzie łatwo to zrobić, jeszcze do końca tego roku kalendarzowego damy radę... ale okazało się, że nie jest to praca lekka, łatwa i przyjemna, bo zaczęliśmy się spierać. Moim zdaniem, bardzo dobrze. Może wyniknie z tego zupełnie nowa, ciekawa jakość. 

Brzmi intrygująco. Nie łatwo zrobić coś nowego na bazie tak znanego materiału, który w dodatku był już przerabiany na tyle możliwych sposobów.

Po ostatniej próbie rozstaliśmy się z takim pomysłem, że może w ogóle odejdziemy od tekstu.

Tak zupełnie?

Może nie jak w „Pawle i Gawle” czy „Czarnym Łabędziu”, gdzie zupełnie nic nie mówimy. Myślimy o pojedynczych hasłach, najbardziej znanych fragmentach tekstu, jak „Gdy w brzuchu burczy, dostaję kurczy” albo „Mam chrapkę na babkę”. 

Czyli premiera w grudniu?

Na razie taki jest plan. 

Życzę Wam, żeby ten plan się ziścił. I sobie też! Z chęcią usiądę na widowni teatru zamiast przed ekranem laptopa. 

A my chętnie znowu zagramy dla widowni. Po to jesteśmy. 

Tytuł oryginalny

Sceny z życia

Źródło:

Materiał nadesłany

Wątki tematyczne