„Samotny mężczyzna” w adapt. Tomasza Śpiewaka i reż. Wojtka Rodaka w Teatrze Ludowym w Krakowie. Pisze Jarosław Ciszek na swojej stronie internetowej.
Teatr Ludowy w Krakowie zapowiadał "Samotnego mężczyznę" jako najsmutniejszy spektakl sezonu. I jeśli to natężenie smutku miałoby być miarą sukcesu, to widywałem bardziej smutne historie. Widywałem też lepsze spektakle (nawet na tej samej scenie pod Ratuszem i w podobnej obsadzie), ale to bynajmniej nie znaczy, że nie warto dać "Samotnemu mężczyźnie" szansy.
Spektakl na motywach powieści Christophera Isherwooda (zaadaptowanej przez Tomasza Śpiewaka i wyreżyserowanej przez Wojtka Rodaka) pokazuje jeden dzień z życia George'a - starszego homoseksualisty, który niedawno stracił w wypadku samochodowym swojego ukochanego. Nie jest to jednak opowieść tylko o prawie do żałoby w homoseksualnych relacjach (choć rozpoczynający spektakl telefon od członka rodziny zmarłego, który informuje, że bohater - delikatnie mówiąc - nie jest mile widziany na pogrzebie to przejmujący i skłaniający do refleksji fragment). Tak naprawdę spektakl pokazuje nam wiele pięter i rodzajów samotności, konfrontując bohatera z innymi osobami. Wszystko zaczyna jednak około 20-minutowa sekwencja smutnej rutyny codzienności George'a. I choć w wykonaniu grającego go Piotra Pilitowskiego parzenie kawy i mycie zębów z nieobecnym wzrokiem nabiera niemal sakralnego wymiaru, choć zdarzają się tu momenty piękne (jak sięgnięcie po dwa kubki i po chwili odłożenie jednego), nie mogłem pozbyć się wrażenia, że trwa to zbyt długo. Takich dłużyzn pojawiało się w spektaklu jeszcze kilka - sądzę, że na ich wycięciu mógłby "Samotny mężczyzna" tylko zyskać.
Znakomicie wypadają ożywiające nieco atmosferę spotkania. Ich dialogi są gęste, pełne humoru i refleksji, a znakomici aktorzy uwiarygadniają swoje postaci. Pierwsza pojawia się sąsiadka (Małgorzata Kochan) z petycją w sprawie budowy w piwnicy schronu. Opowiada ona o swoim mężu, którym się opiekuje, popełniając całe mnóstwo czegoś, co można by określić jako homofobiczne gafy w dobrej wierze (znakomite są jej starania, by tylko nie użyć słowa gej czy homoseksualista i zastępowanie ich określeniem "panowie podwójni"). Mam w tej scenie jeden problem natury technicznej. Przez niektóre zwroty (aplikacja dotycząca schronów, Ukraińcy, numer PESEL) dość mocno osadza ona spektakl w polskim kontekście, choć przeczą temu nie tylko imiona bohaterów, ale także język w jakim bohater przegląda internet. Jeśli chodziło o uniwersalizację historii to szkoda, że nie zrobiono tego konsekwentnie.
Kolejnym gościem bohatera jest przyjaciółka Charley, którą gra Katarzyna Tlałka. To ciekawe jak szybko potrafi ona przechodzić od zrozumienia emocji George'a, do skupienia się wyłącznie na sobie. Wstrząsającym momentem jest swoiste interludium jej sceny, w którym przy dźwięku tykania zegara zbiera do czarnego worka ubrania swojego przyjaciela. Najlepszą z ról stworzył tu jednak moim zdaniem Marcin Mazurek jako Kenny - student, którego George zaprasza przez aplikacje randkową na wieczór. Nie sprawdza, kim ma być jego gość, więc widok studenta, z którym niewiele wcześniej pokłócił się na on-line'owych zajęciach mocno go paraliżuje. Między tą dwójką rozlega się specyficzny rytuał uwodzenia, niezrozumienia i zwykłej solidarności, a rozmowy o przewadze nowych czasów nad starymi wypadają niezwykle sugestywnie. Moment, gdy Mazurek biegnie na bieżni nie dotykając jej nogami, a Pilitowski liże szklankę to jeden z najlepszych tego typu teatralnych momentów - do bólu sensualny, ale jednocześnie w żadnej mierze nie wulgarny czy obsceniczny (w ogóle te kategorie nie imają się tego spektaklu - strażnicy moralności mogą odetchnąć z ulgą i, co daj Boże, wyciągnąć jakieś refleksje).
Za mocno realistyczną scenografię i kostiumy odpowiada Katarzyna Pawelec. To także ona zaprojektowała spektaklowe światła, które choć momentami wyglądały znakomicie (stopniowo gasnące sufitowe kasetony), to czasami zmieniały się nazbyt często w obrębie jednej, realistycznej i czasowo spójnej sceny (pisałem już kiedyś, że nie wiem skąd się bierze popularność takich zabiegów). Pochwała należy się dla kompozytorki Teoniki Rożynek i odpowiadającego za choreografię (choć chyba poprawniej w tym przypadku byłoby określić to ruchem scenicznym) Bartłomieja Gąsiora. Z kwestii technicznych bardzo doceniam też realizację dźwięków, które dobiegały z używanych na scenie urządzeń - zbyt często musimy nawet na małych scenach słuchać ich z ogólnych głośników.
Jakie życie czeka tych, którzy odnaleźli swoje szczęście? Czy młodzi są świadomi, że przyjdzie w ich życiu inny czas, rzadko lepszy? Czy starość (szeroko rozumiana) może dogadać się z młodością i skonfrontować z nią swoje ideały? Spektakl zaprasza do tych refleksji i w miesiącu dumy pokazuje homoseksualizm nie od strony tęczowych parad, lecz codzienności, która również może być smutna, niezależnie od orientacji. A nic nie łączy tak, jak smutek.
Ocena spektaklu: ⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐/10 (bliżej 8,5)