Logo
Recenzje

Pan Wołodyjowski

27.06.2026, 13:34 Wersja do druku

Pan Wołodyjowski w reż. Michała Chludzińskiego i Bartosza Cwalińskiego w Teatrze Ludowym w Krakowie. Pisze Jarosław Ciszek na swojej stronie internetowej.

fot. Jeremi Astaszow

Ścieżki, które można obrać przy adaptowaniu na scenę klasyki literatury są w zasadzie trzy: obśmianie i przerobienie na kabaret, wiernopoddańcze i dosłowne potraktowanie (sprawdza się tylko przy znakomitym tekście i wybitnych autorach, niestety często pachnie naftaliną) albo uwspółcześnienie bądź totalna zmiana rozłożenia akcentów. Ale jak widać jeśli ktoś jest zdolny, to da radę podążać trzema na raz, zaliczając w każdej kolejne najlepsze bazy. Tak zrobili Stanisław Chludziński i Bartosz Cwaliński, przenosząc na scenę Teatru Ludowego w Krakowie "Pana Wołodyjowskiego". Myślę, że dzieło Sienkiewicza tak aktualne nie było nawet w chwili powstania, a tak mocno nie zachwycił mnie w tym sezonie żaden inny spektakl.

Nie mam - jak wielu - sienkiewiczowskich traum. Lektury tego - jak określał go Gombrowicz - pierwszorzędnego pisarza drugorzędnego znosiłem w szkole z godnością, nie było też rodzinnych tradycji oglądania w każde święto hoffmanowskich adaptacji. Podszedłem do spektaklu z umiarkowanym optymizmem i niepomiernie się zachwyciłem. To naprawdę znakomite i bardzo smaczne dzieło: przemyślane, mądre, sprawnie operujące humorem, zmuszające do refleksji nad Polską czasów minionych i współczesną, sprawnie żonglujące nawiązaniami do wydarzeń prawdziwych i zmyślonych. Fabularnie poruszamy się po torach wytyczonych przez Sienkiewicza. Jeszcze przed spektaklem po publiczność wychodzą ojcowie paulini  (to bez znaczenia, że jeden jest kobietą) informując nas, że oto zaraz przekroczymy bramy klasztoru, za którymi ukrywa się człowiek, który chce poświęcić się Bogu po stracie, jakiej doznał. Chwilę później do klasztoru przybywa Zagłoba, by wywabić zeń przyjaciela. I tak dalej, i tak dalej, przez miłosny czworokąt, spisek Azji i nabijanie go na pal, aż do obrony kamienieckiej twierdzy. Przez cały czas tytułowy bohater nie ma chwili wytchnienia - wciąż ktoś czegoś chce od niego - głównie ojczyzna, reprezentowana przez hetmana Sobieskiego. Gdy przyszły król mówi, że nie ma czasu na myślenie, bo trwa wojna i trzeba działać, to doskonale czujemy, że sposób (nie) myślenia władzy nie zmienia się, niezależnie od epoki. Jeszcze jedno zdanie Sobieskiego, skierowane do publiczności, brzmi szczególnie przejmująco: "Wołodyjowskiego Ojczyzna prosi, a o was po prostu się upomni". W ogóle te momenty, gdy aktorzy łamią czwartą ścianę i zwracają się do nas, są istotnym elementem spektaklu. Podobały mi się też momenty teatralnej umowności w niektórych scenach, które kilkoma zdaniami sprytnego łącznika potrafiły popychać akcję do przodu.

Pisał Sienkiewicz swoją trylogię ku pokrzepieniu serc, przywołując dawne sukcesy i chwałę oręża. Ale gdy wielu wciąż żyje w oparach tej wizji świata, słuszne zdaje się powiedzenie "sprawdzam" i refleksja, czy tylko tak powinny wyglądać bohaterstwo i patriotyzm, czy umiemy inaczej niż w walce z obcymi i snach o dawnej wielkości budować Polskę. Dużo tu też refleksji o ksenofobii, traktowaniu obcych (i domaganiu się od nich wdzięczności, że zostali dobrze potraktowani), różnicach religijnych, wreszcie roli Kościoła. To zresztą chyba najciekawsze zaproszenie do refleksji i dyskusji nad migracją i kulturową innością, jakie widziałem na scenie. Znakomite, bo nie indoktrynujące, ale naprawdę zmuszające do myślenia o tym jacy byliśmy, jacy jesteśmy i co to nam przynosi. Lepiej wybrzmiewa to wszystko w akcie I (II jest nieco bardziej publicystyczny), ale wciąż spektakl pozostaje wyważony.

Mamy tutaj też sporo humoru - delikatnego, subtelnego, sytuacyjnego. I świetne, mądre, wpadające w ucho i pamięć piosenki (autorem tekstów jest Michał Chludziński, muzykę do spektaklu stworzyli Szymon Górka i Michał Limboski). Trzeba też pochwalić choreografię Martyny Dyląg oraz scenografię i kostiumy stworzone przez Aleksandrę Grabowską. Piękne szlacheckie kontusze z kolejnymi scenami mocno się degenerują, a czasem także (co akurat podobało mi się mniej) uwspółcześniają. Pięknie i mądrze wykorzystane są tutaj także rekwizyty - na długo zostanie mi w pamięci ten skrwawiony obrus oraz symboliczna stuła kapłańska, która za chwilę staje się elementem choreograficznego układu. W scenografii, imitującej zniszczone, betonowe płyty, uwagę zwraca drewniany podest w kształcie Polski. Sklecony byle jak, na wielu podporach, w dodatku dwustopniowy, jak nasza rozwarstwiona, spolaryzowana ojczyzna. Wielbicielom klasycznego odczytania przypadną zapewne do gustu świetne pojedynki szermiercze, rodem z najlepszych widowisk spod znaku płaszcza i szpady (fechtunek sceniczny przygotował Maksymilian Hojka). Chludziński i Cwaliński nie tylko znakomicie obmyślają akcję, ale także wspaniale prowadzą aktorów, którzy tworzą zapadające w pamięć, mięsiste i wyraziste kreacje.

W roli tytułowej obsadzony jest Piotr Franasowicz - człowiek, w którego oczach przegląda się wieczność i otchłań i który nawet wesoły potrafi zachować chłód i grozę w spojrzeniu. Chciałbym zresztą zobaczyć go kiedyś w komedii, bo to trzeci spektakl Ludowego, w którym widzę go jako człowieka walczącego z przeciwnościami i - mniej lub bardziej - złamanego. Jeśli już mowa o oczach, to mówi się o Azji, że ma wilcze spojrzenie i to, jak zwierzęcość swojego spojrzenia oddaje Robert Ratuszny to naprawdę coś niesamowitego. Chwaliłem jego kocie spojrzenie w "Folwarku zwierzęcym", zachwycił mnie też ten wilk wydzierający z oczu człowieka rozbitego, złamanego, pękniętego i bezbrzeżnie samotnego. Mocno wybrzmiewa w jego roli tragizm postaci i to, że staje się złym bohaterem przez to, że Polska nie chce przystać na jego prośbę, zaaprobować jego wizji. Przejmujące jest zresztą, gdy każe przepraszać Basi i Ewie za to, że przez działania Polski potwierdziły się w jego osobie negatywne stereotypy. Wspaniałe i przejmujące są też jego piosenki. Cudowna i urocza jest Michalina Dworzaczek jako Barbara Jeziorkowska - ma w sobie wdzięk i upór, ale też stanowczość i dojrzałość w scenie ucieczki czy refleksji po ścięciu dwóch tatarów. Onufrego Zagłobę grają na zmianę Kajetan Wolniewicz i Piotr Piecha (ja widziałem drugiego z nich). Idealnie teatralny jest niczym zstępujący z obrazów Matejki Hetman Jan Sobieski grany przez Jana Nosala, świetny jako Adam Nowowiejski jest także Paweł Kumięga, zwłaszcza w scenach z Azją, gdy emocje aż iskrzą. Weronika Kowalska gra najpierw Krzysię, a potem Ewę Nowowiejską (co znów znakomicie skomentowali aktorzy, gdy weszła w drugiej z ról - "Jaka ona podobna do Krzysi"). Ketlinga, wykazującego się znakomitym talentem szermierczym świetnie kreuje Antoni Włosowicz. Wraz z Maciejem Namysło grają też Timura i Tochtamysza - tatarskich uchodźców. Nie wiem czy mówili językiem tatarskim, tureckim czy wymyślonym dialektem (ich teksty były tłumaczone), ale brzmiało to znakomicie, a ich wątek był mocnym akcentem. Namysło wciela się także w kilka innych ról - znakomity jest jego dialog pod koniec spektaklu w podziemiach Kamieńca z Martą Bizoń (która w kapłańskich i nie tylko rolach wypada wybornie).

Spektakl zostawia nutkę nadziei - oto mamy jeszcze kolejne pokolenie, które być może będzie mogło żyć inaczej, według innych wzorców, w bezpiecznej ojczyźnie. Czy uda nam się wreszcie zbudować Polskę sprawnie zarządzaną? Czy sny o potędze będą nam zaciemniać obraz, czy wyciągniemy mądrą lekcję i przeprowadzimy rachunek sumienia z przeszłości i teraźniejszości, ale taki uczciwy, bez samobiczowania, lecz z wyciągnięciem lekcji. Trudno jest zrobić opowieść mądrą i dowcipną, szanującą materiał źródłowy (i to jak ważny jest i był dla wielu), ale jednocześnie traktującą go umownie i nakłuwającą, by sprawdzić autentyczność. Moim zdaniem twórcom krakowskiego "Pana Wołodyjowskiego" udało się to znakomicie.

Ocena spektaklu: ⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐/10

Tytuł oryginalny

Pan Wołodyjowski

Źródło:

kulturalnykonferansjer.pl
Link do źródła

Autor:

Jarosław Ciszek

Data publikacji oryginału:

12.06.2026

Sprawdź także