„Śmierć morza” to dla mnie opowieść o pożegnaniu, żałobie, różnych formach straty. Wszystko dziś daje nam poczucie, że świat zmierza ku końcowi - powiedziała PAP Justyna Wasilewska. Operę „La Mort de la Mer” – efekt współpracy aktorki z duetem CocoRosie - pokazano w Poznaniu na Malta Festivalu.
PAP: Minęło dwadzieścia lat, odkąd po raz pierwszy byłaś na koncercie duetu CocoRosie. Od tamtej pory ich słodko-gorzkie opowieści towarzyszą ci, stanowią źródło inspiracji. Jakie to uczucie dołączyć do tego świata?
Justyna Wasilewska: Przede wszystkim to jest spełnienie marzenia. Właściwie nawet nie ośmieliłabym się o tym marzyć, to po prostu wydarzyło się jakimś zrządzeniem losu. Wtedy, dwadzieścia lat temu, ich świat absolutnie mnie zafascynował. Miałam poczucie, że dotyka bliskich mi miejsc. Jego oniryczność, migotliwość, bajkowość, ale i niepokój, przepiękna muzyka – wszystko to nadal mnie zachwyca. Głosy dziewczyn wywołują u mnie ciarki i wzruszenie. Możliwość wejścia do tego kosmosu jest dla mnie dowodem na nieprzypadkowość. I chociaż jestem z natury wątpiąca, naprawdę tak czuję. Dla mnie ta podróż zaczęła się dawno temu.
PAP: Siostry Bianca i Sierra Casady dzielą życie między Nowy Jork i Paryż, ty mieszkasz w Warszawie. Jak doszło do waszej współpracy?
J.W.: Zadzwoniła do mnie kuratorka Malta Festivalu Agata Kołacz i powiedziała o pomyśle realizacji opery „La Mort de la Mer” w Polsce, z polską narracją, by spektakl był bardziej komunikatywny dla tutejszej publiczności. Zapytała, czy nie chciałabym spotkać się na Zoomie z Bianką. Początkowo pomyślałam, że to żart. Wydało mi się niemożliwe, by taka propozycja trafiła właśnie do mnie. Byłam bardzo podekscytowana, że moja idolka z czasów młodości podzieli się ze mną swoim światem i wyobraźnią. Odbyłyśmy kilka rozmów, dostawałam od Bianki zadania aktorskie, nagrywałam wideo i audio. I stało się, zostałam przyjęta do obsady.
PAP: Bianca i Sierra są outsiderkami, ty również poruszasz się po obrzeżach głównego nurtu. Masz na koncie role w performansie „Maria Klassenberg” Katarzyny Kalwat, współprace z Krzysztofem Garbaczewskim, Grzegorzem Jarzyną, Kornelem Mundruczó. „La Mort de la Mer” też nie jest spektaklem oczywistym – łączy w sobie operę, performance, teatr, eksperymentalny taniec japoński. Szybko odnalazłaś się w tej opowieści?
J.W.: Pogranicza są dla mnie ciekawymi miejscami i chętnie je zwiedzam. Jednak potrzebowałam trochę czasu, by tę konkretną przestrzeń oswoić. Świat „La Mort de la Mer” ma bowiem bardzo dużą formę, operuje specyficznymi środkami. Zaczęłyśmy omawiać spektakl podczas wideorozmów. Później Bianca zaprosiła mnie oraz wspaniałą, włoską aktorkę Violę Marietti do Paryża, gdzie opowiedziała więcej o tym, jakie jakości chciałaby powołać do życia. Przez tydzień praktykowałyśmy, próbując spotkać moją organiczność z formą. W kolejnym miesiącu zobaczyłyśmy się ponownie – tym razem w Prowansji, rozwijając sceny. Dopiero w ubiegłym tygodniu w Poznaniu poznałam resztę ekipy i zaczęliśmy pracować nad całością.
PAP: W jednym z wywiadów Bianca powiedziała, że to przedstawienie wzięło się z konstatacji, że jako ludzkość wciąż powielamy te same błędy. Żyjemy w przededniu III wojny światowej, a być może ten konflikt już się toczy. Zgadzasz się z nią?
J.W.: Tak. Wydaje mi się, że III wojna światowa już trwa. Jest globalna inaczej niż poprzednie. Mamy konflikty zbrojne tuż za naszą granicą, na Bliskim Wchodzie i w innych rejonach świata. Wiele państw jest zaangażowanych pośrednio lub bezpośrednio w działania wojenne. Do tego kryzys klimatyczny, kryzysy ideowe, umacniające się nacjonalizmy, szalejący kapitalizm, choroby cywilizacyjne, kryzys społeczny, systemową utratę poczucia bezpieczeństwa i solidarności na rzecz pustego narcyzmu. Wszystko to daje nam poczucie, że świat zmierza ku końcowi. Mam nadzieję, że ten koniec będzie jednocześnie początkiem, a pożegnanie stanie się powitaniem.
PAP: Grasz ciemną stronę Księżyca, która później przekształca się w inne postacie. Myślałaś o nich jako jednej bohaterce?
J.W.: Wyobraziłam sobie swoją postać jako coś ukrytego, podświadomego – jungowski cień, który znajduje różne emanacje, by nadać kontury miejscom zacienionym. Brzmi to może zbyt abstrakcyjnie, ale mam poczucie, że ten spektakl taki jest. Trudno o nim mówić obiektywnie - jest impresją, wrażeniem, zestawem obrazów, symboli, które widz sam może sobie ponazywać, zaprojektować, poczuć. Podoba mi się, że ta opowieść niczego nie narzuca, nie objaśnia, lecz daje widzowi możliwość zanurzenia się i stworzenia indywidualnego archiwum przeżyć. To odnosi się zresztą do całej twórczości sióstr, w której bardzo dużo jest poezji, symboli, które kształtują bardzo indywidualne doświadczenie u każdego odbiorcy.
PAP: Czy któreś z dotychczasowych aktorskich doświadczeń pomogło ci przygotować się do udziału w tym przedsięwzięciu?
J.W.: Jednego chyba nie umiałabym wskazać. Uprawiam ten zawód od jakiegoś czasu, przeżyłam trochę aktorskich przygód na różnych pograniczach. Ale jedna konkretna rola, jeden konkretny reżyser... Nie potrafię wskazać.
PAP: Śpiewanie było twoim marzeniem, lecz długo miałaś poczucie, że blokuje ci się głos. Bywało jednak, że śpiewałaś na scenie - w „Nietoperzu” i „Cząstkach kobiety” Kornela Mundruczó, a teraz przez chwilę też w „La Mort de la Mer”. To są uwalniające momenty?
J.W.: Muzykowanie jest moim największym marzeniem i największym lekiem. Jestem – tak mi zdaje – w jakimś stopniu dotknięta muzyczną dysleksją i niewiarą. Czasem wydaje mi się, że nie ma sensu męczyć swoim dźwiękiem ludzi, podczas gdy wokół jest tyle wspaniałej muzyki, utalentowanych artystów, którzy ją wykonują. Natomiast bardzo cieszę się, że teatr czasami daje mi możliwość troszkę podźwięczeć.
PAP: Jak wzbogaciło cię spotkanie z duetem CocoRosie?
J.W.: Zostałam zaproszona do ich świata, mogłam w nim trochę pobyć. To było niezwykle przyjemne, inspirujące. Stworzona przez Biankę rzeczywistość jest synestezyjna, wielozmysłowa, podjudza wyobraźnię. Bardzo ciekawe jest też obserwowanie, jak Bianca pracuje, chwyta momenty po kantorowsku, stwarza świat bardzo formalny, ale jednocześnie bardzo żywy. Jest w tym bardzo dużo dziecięcej wręcz przyjemności kreowania i zaskakująco dużo poczucia humoru, a to jest zaraźliwe. To spotkanie zachęciło mnie do przyjrzenia się, jaka opowieść we mnie domaga się opowiedzenia. Wszystko są to wrażenia na bardzo świeżo, dość chaotyczne, ale jesteśmy tuż po spektaklu. Gdy opadną emocje, z przyjemnością zajrzę ponownie do koszyczka i zobaczę, co udało mi się zebrać podczas tej nadmorskiej przechadzki.
***
36. Malta Festival w Poznaniu potrwa do niedzieli. W programie znalazła się również m.in. polska premiera spektaklu „Dystans” dyrektora Festival d'Avignon i jednego z najważniejszych współczesnych twórców europejskiego teatru Tiago Rodriguesa oraz „This resting, patience” Ewy Dziarnowskiej. Kulminacyjnym wydarzeniem będzie polska odsłona projektu australijskich reżyserek Nat Randall i Anny Breckon, którego poprzednie wersje prezentowano w Londynie, Nowym Jorku i Wiedniu. „The Second Woman” to 24-godzinny spektakl, w którym aktorka powtarza tę samą scenę sto razy – za każdym razem z innym partnerem scenicznym. W roli głównej wystąpi Magdalena Cielecka.
Polska Agencja Prasowa jest patronem medialnym wydarzenia.