„Tytus Andronikus" Williama Shakespeare'a w reż. Marcina Libera w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.
W Toruniu powstał spektakl wciągający i widowiskowy, a nowy przekład tekstu „niesie” i dobrze się tej frazy słucha. Uprzedźmy – rzecz jest momentami dość radykalna, leje się krew, odcinane są członki, mamy gwałty, dzieciobójstwa i z pietyzmem pokazane mordobicia, do których zatrudniono nawet dwóch panów wrestlerów, a rzecz dotyczy – powiedzmy w skrócie – pewnych nieporozumień rodzinnych, a że mamy do czynienia z rodziną królewską, więc i efekty afektów naszych bohaterów są po królewsku bezkompromisowe, żywa spośród naszych dramatis personae pozostaje tylko jedna, a ściślej – jeden. Cytowany w programie spektaklu Jan Kott (a wiedział przecież o Stratfordczyku wszystko) twierdzi jednak, że to wcale nie najkrwawsza pod względem liczby trupów sztuka Szekspira, gdyż zauważalnie więcej jest ich w Learze. Ciekawe.
A tak poważniej (chociaż to również było poważne) – oglądamy dość przygnębiającą rzecz o naturze sprawiedliwości, o pojęciach, które się w niej mieszczą – o zemście i odwecie. O karze i skutkach okrucieństwa jej wykonania. W tym świecie sprawiedliwość niezauważenie przeistacza się w prywatną vendettę, a granica między ofiarą a katem równie bezgłośnie się zaciera.
Każda kolejna krzywda domaga się zadośćuczynienia, każda odpłata uzasadnia następną, aż w końcu trudno już zgadnąć, kto ma rację, a kto mocniej i celniej wymierza ciosy. W każdym razie cywilizowany – jak lubił o sobie mówić - Rzym okazuje się miejscem, w którym barbarzyństwo ma się znakomicie, pragnienie przywrócenia porządku w państwie - doprowadziło do kompletnej katastrofy.
A na marginesie - wróciwszy wieczorem ze spektaklu, zasiadłem do niewielkiej wieczerzy, na którą składał się chleb i wątrobianka. Po obejrzeniu tej sztuki zupełnie inaczej spojrzałem na mój ulubiony pasztet... ale może nie będę spojlerował, kto oryginalnego tekstu nie zna, niech da się w teatrze zaskoczyć.