„Requiem dla snu” Huberta Selby'ego Jra w reż. Jakuba Skrzywanka, koprodukcja STUDIO teatrgalerii w Warszawie i Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.
Rzecz – uprzedzę – nie nadaje się na tzw. miły wieczór w teatrze. Jest dojmująco smutna, podobnie jak film sprzed ponad ćwierćwiecza, i w gruncie rzeczy opowiada o tym samym: co jesteśmy w stanie zrobić, by pozbyć się dręczącego uczucia samotności, w co uciekamy i czy w ogóle da się odeń uciec.
Nasi bohaterowie mają jednak łatwiej niż ich filmowe i powieściowe odpowiedniki, co świetnie pokazuje znakomicie pomyślana scena zamawiania towaru za pomocą działającego niemal całą dobę Ubxx-drug – utrzymana w tonacji pogodnej, a przecież przejmująco smutna. Zresztą wszyscy w tym świecie są od czegoś uzależnieni, nie tylko od chemii. Sara (wybitna rola Anny Radwan) – od telewizji i środków odchudzających, jej przyjaciółka Rae (obłędna Ewelina Żak, zwłaszcza w scenie, której naprawdę nie da się „odzobaczyć”) – od jedzenia. Od wszystkiego, co generuje wystrzał dopaminy: randek, seksu – dla zabawy i w poszukiwaniu choćby chwilowej bliskości; scena spotkania Tyrone’a z psychologiem poznanym w aplikacji (Daniel Dobosz i Adam Nawojczyk) wciska w fotel.
Jestem na „tak”, bo Jakub Skrzywanek przemówił w tym spektaklu językiem, który rozumiem i który mnie nie znużył, w przeciwieństwie do języka niektórych niedawnych, „głośnych” stołecznych premier. Tym razem wyszedłem z teatru poruszony; kilka scen Requiem to prawdziwe majstersztyki, choć całość bez kłopotu dałoby się skrócić o mały kwadrans. (No ale to właściwie zawsze). Słyszałem w foyer po premierze przebąkiwania, żachania, a nawet sarkanie, że „to nie to samo, co film”. Słusznie, jesteśmy bowiem w teatrze.
W teatrze mocnym, radykalnym (jak dawno nie było okazji użyć tego słowa bez ironii), a przy tym bez taryfy ulgowej pokazującym, jak bardzo świat naszych pogubionych bohaterów – a więc i nasz zaćpany świat – w ogóle nas nie dziwi.