„Lalka” Bolesława Prusa w reż. Mikity Iłynczyka w Teatrze Dramatycznym im. Gustawa Holoubka w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena recenzenta/tki: (3/10) – słaby
„Premiera „Lalki” w reżyserii Mikity Iłynczyka, choć początkowo wzbudziła spore nadzieje, ostatecznie okazała się spektaklem, który nie spełnił oczekiwań. Po latach względnego zastoju w inscenizacjach Prusa, wydawało się, że nadchodzi nowa odsłona tej klasycznej powieści, interpretowana przez pryzmat współczesnych problemów. Niestety, mimo kilku interesujących pomysłów, spektakl w Teatrze Dramatycznym nie wychodzi poza intelektualny eksperyment, a brak emocjonalnej głębi sprawia, że całość nie angażuje widza w sposób, na jaki ta historia zasługuje.
Nowoczesna interpretacja klasyki
Reżyser Mikita Iłynczyk wspólnie z dramaturgiem Goranem Injacem podjęli ambitne zadanie reinterpretacji „Lalki”, próbując ukazać jej ponadczasowe elementy przez pryzmat współczesnych problemów politycznych i społecznych, szczególnie w kontekście narodowego i kulturowego podporządkowania. Scenografia, łącząca XIX-wieczne elementy Warszawy z postapokaliptycznym pejzażem przyszłości, miała na celu ukazanie ciągłości mechanizmów opresyjnych. Warszawa, ponownie pod rosyjskim panowaniem, staje się miastem pełnym niepokoju, w którym Wokulski, powróciwszy z Syberii, musi stawić czoła nowemu porządkowi. Choć teza jest intelektualnie interesująca, w praktyce nie porywa ona widza, a przedstawienie nie buduje silnych więzi z bohaterami, pozostawiając nas raczej w sferze intelektualnych rozważań niż emocjonalnego zaangażowania.
Postaci bez emocji
Głównym zarzutem, który nasuwa się przy ocenie tej „Lalki”, jest zdecydowany brak emocji, które mogłyby nadać postaciom autentyczność i sprawić, że historia wybrzmi z większą siłą. Wokulski (w tej roli Marcin Bosak) w swojej interpretacji nie jest postacią, którą śledzimy z prawdziwym zaangażowaniem. Zamiast głębokiego wewnętrznego dramatu jego zmagania z tożsamością i moralnymi dylematami pozostają na poziomie powierzchownych gestów. W takim ujęciu Wokulski nie jest pełnoprawnym bohaterem tragicznym, lecz postacią, której emocjonalna i psychologiczna złożoność nie zostaje w pełni rozwinięta. Jego miłość do Izabeli (w tej roli Marta Ojrzyńska) nie ma żadnej wewnętrznej prawdy. W tej wersji uczucie to wydaje się nie tylko niewiarygodne, ale wręcz martwe, pozbawione jakiejkolwiek głębi.
Izabela Łęcka, którą kreuje Ojrzyńska, to postać całkowicie nieprzekonująca. Aktorka wybiera chłodny, postmodernistyczny dystans, który zamiast ożywić postać uwiedzionej arystokratki, przekształca ją w intelektualistkę, której życie kręci się wokół współczesnych teorii feministyczno-genderowych i sztuki. Choć Ojrzyńska stara się nadać Izabeli współczesny wymiar, to chłodny i beznamiętny ton jej wypowiedzi tworzy postać płaską, nie dającą szansy na nawiązanie więzi z widzem. Między nią a Wokulskim nie ma nawet najmniejszego śladu napięcia; brak chemii sprawia, że ich relacja staje się zupełnie niezrozumiała, a historia traci wiarygodność.
Małgorzata Niemirska – jedyny punkt zwrotny
Rola Małgorzaty Niemirskiej, która wciela się w postać „Widma” (Babci reżysera), staje się prawdziwą perełką tej inscenizacji. Jej pojawienie się w kilku scenach to moment oddechu, w którym możemy na chwilę oderwać się od zderzenia z zimnymi postaciami i wiejącym ze sceny chłodem.
Scenografia i estetyka – za dużo, za mało
Scenografia autorstwa Justyny Elminowskiej to kolejny kontrowersyjny element przedstawienia. Połączenie XIX-wiecznych i współczesnych elementów, jak białe kubiki oraz metalowe stoły na podeście, miało podkreślić hybrydyczną naturę spektaklu. Z jednej strony mamy XIX-wieczną salę, z drugiej pustą, industrialną przestrzeń współczesną. Choć pomysł wydaje się interesujący, w praktyce nie spełnia swojej roli. Przestrzeń jest chłodna i bezosobowa – nie oddaje ani ducha epoki, ani nie tworzy tła, które rozwijałoby postaci. Scenografia zamiast angażować emocjonalnie widza, pozostaje jedynie formalnym tłem, które nie wnosi niczego istotnego do opowieści.
Wokulski jako gangster
Reżyser Mikita Iłynczyk przedstawia Wokulskiego w zupełnie nowym świetle, odbiegając od tradycyjnych odczytań. Jego przemiana z powstańca w wojennego handlarza, który zbliża się do rosyjskiego kapitału, została ukazana w sposób, który nie do końca przekonuje. Bosak gra Wokulskiego jako człowieka wypalonego, rozczarowanego światem, starającego się znaleźć swoje miejsce w rzeczywistości, oferującej mu niewiele. Choć na pierwszy rzut oka interpretacja wydaje się interesująca, w praktyce pozostaje powierzchowna i nie pozwala w pełni wniknąć w wewnętrzne konflikty bohatera.
„Lalka” Iłynczyka to spektakl, który nie w pełni wykorzystuje swój potencjał. Choć reżyser proponuje ciekawe intelektualne zabiegi i nowoczesną interpretację klasyki, brak spójności i emocjonalnej głębi sprawiają, że przedstawienie nie angażuje widza. Wokulski i Łęcka pozostają postaciami niemal abstrakcyjnymi, pozbawionymi autentycznych uczuć, co sprawia, że całe przedstawienie wydaje się zimne i wrażeniowo odległe. Choć pojawiają się momenty przyciągające uwagę – jak rola Małgorzaty Niemirskiej czy sceny w sądzie z udziałem Katarzyny Herman, Małgorzaty Witkowskiej i Agaty Różyckiej – to nadal nie wystarczają, by przełamać dystans między widzem a przedstawianymi postaciami i ich problemami.
„Lalka” Iłynczyka staje się raczej intelektualnym eksperymentem i konceptualnym ćwiczeniem, niż pełnoprawnym dramatem, który angażowałby emocje i zmuszał do refleksji. Mimo interesujących i odważnych prób reinterpretacji, brakuje tu fundamentalnej spójności oraz postaci, które mogłyby uczynić przedstawienie naprawdę poruszającym doświadczeniem.