„Termopile polskie” Tadeusza Micińskiego w reż., adapt. i oprac. muz. Jana Klaty w Teatrze Narodowym w Warszawie oraz „Krzyżacy” Henryka Sienkiewicza w reż. i oprac. muz. Jana Klaty, w Teatrze im. Jaracza w Olsztynie. Pisze Jacek Sieradzki w „Odrze”.
Po dwóch godzinach spektaklu Stanisław August Poniatowski jest już przekonany, że musi podpisać Konstytucję 3 maja. Zaczyna nucić pod nosem tę pieśń, którą Józef Wybicki napisze dopiero za sześć lat. Kompanioni z frakcji reform stają za nim ławą, blisko rampy. Intonują wszystkie zwrotki Mazurka Dąbrowskiego. A teatr rozświetla reflektorami widownię, jakby sprawdzał, kto i co. Kto wstał z fotela i śpiewa, a kto nie.
Dlaczego wstali, to jasne. Dlaczego nie wstali? Hm, może nie mają ochoty, żeby ktoś zmuszał ich do występowania w swoim spektaklu, nie pytając o zgodę? I można to widzieć daleko szerzej, niż tylko chwyt użyty przez Jana Klatę na narodowej scenie. Coraz częściej przecież nie da się uciec od wrażenia, że życie publiczne stało się teatrem niskich lotów, w którym każde słowo, każdy gest, także brany spośród tych jednoznacznych, generuje wątpliwość co do intencji, celu, stopnia manipulacji. W którym pełno jest kłamstw, demagogii, szantażyków emocjonalnych, sfalsyfikowanych twierdzeń i nieszczerych odezw. O ile rozsądny człek zawsze wiedział, że pod mowami złotoustych mówców lepi się sporo brudu, dziś będzie skłaniać się do poglądu, że poza brudem nie ma tam nic. I zostało mu co najwyżej nie dać się znowu nabrać.
Piętnaście lat temu bliźniaczy chwyt zastosował Paweł Miśkiewicz w spektaklu Klub Polski (warszawski Dramatyczny). Wchodził, mówił do hymnu!, widzowie stawali na baczność, a potem nie wiedzieli, jak i kiedy usiąść, gdy kontaminowały się różne hymny, w tym cudze i wraże. Wtedy wszakże teatr oferował widzom jakąś myślową niespodziankę. Dziś tylko uśmiecha się drwiąco, kiedy w ramach opowieści o słabości i zdradzie ostatnich pokoleń I Rzeczypospolitej, ahistorycznie przywołane Jeszcze Polska… budzi w jednych pusty odruch, w drugich nastroszoną złość, a we wszystkich dyskomfort, z którym trudno potem ruszać w kuluary na przerwę.
♦
Czekałem na te Termopile inaugurujące JanaKlatową dyrekcję w Narodowym, odkładając notatki z Krzyżaków, których dwa miesiące wcześniej twórca przysposobił był w Teatrze im. Jaracza w Olsztynie. Liczyłem, że łatwiej będzie mówić o obu razem. Bo Krzyżacy mnie zeźlili. I nawet nie szło o poetykę komiksu, czy raczej gry komputerowej, kiedy po scenie suną pokraczne (celowo) piony na sterczących spod tandetnej zbroi chudych nóżkach: jedne z czerwonym orłem, drugie z czarnym krzyżem. Zawsze można przekonywać, że Sienkiewicz też parał się sztuką popularną. Z większą niechęcią myślę o czymś, co tkwi pod spodem każdej komputerowej strzelanki, takiej na miecze też. O mentalności kibicowskiej.
Do diabła, czy ona całkiem już zainfekowała nam łby? Wzrost nacjonalizmów na świecie to jedno, ale przecież u nas nawet porządne dotąd liberalne głosy, widzące świat w niuansowaniach i w złożonościach, nagle z lubością przestawiają się na łatwe i tępe kwantyfikatory. Niemcy to, Polacy to, Niemcy nieprzyjaźni, Polacy gnębieni, a już najlepiej, jak Niemcom nie idzie, na przykład sypie się Deutsche Bahn. Jest w tym oczywiście kompleks i Jan Klata dobrze to wie, inscenizując Krzyżaków jak bójkę na podwórku, gdzie nikt nie chciał wcielać się w Szwaba. Ale też buja widowiskiem od średnio śmiesznego kabaretu, kiedy Grzegorz Gromek wygłupia się gardłowym hhrrr w każdym quasi-niemieckim słowie, po martyrologiczny spiż, gdzie hitlerowski, pardon, teutoński oprawca każe Jurandowi (Grzegorz Jurkiewicz) upokarzająco pląsać w takt Lili Marleen, a w tle mamy Luftwaffe i wyłamywanie szlabanu w 1939. Inscenizator niby się dystansuje od łopatologii tych klisz, nie tuszuje też słabości i przegrywności naszych. Grunwald, w powieści symboliczna rekompensata, tu jest tylko baletowo-rekonstrukcyjną doklejką, zakończoną polem trupów. A przecież cała ta opowieść, we wszystkich swoich śmiechach i wzruszeniach, aż dygocze od dopingu. Patriotyczno-stadionowego. Co jest emocją bez wątpienia celnie odmalowaną z natury. Czy wartą odmalowywania?
Niewczesne pytanie. Wystarczy wsłuchać się w chór – począwszy od samego Klaty przez bodaj wszystkich komentatorów – zachwyconych wyjściowym pomysłem dyrektora sceny, Pawła Dobrowolskiego, żeby na Fausta, którym sto lat temu otworzył działalność teatr w mieście Allenstein, odpowiedzieć Krzyżakami. Tak się Niemiaszkom odwinąć! Gdy powiem, że sympatyczniejszy byłby mi koncept, iżby Fausta wiek później zderzyć z własnym czytaniem Goethego (byle dobrym, bo ten klasyczny tekst marnie nam ostatnio wychodzi), wyjdę na wiadomą opcję, nawet niezakamuflowaną. Ale na szczęście i tak nikt mnie nigdy na żadną teatralną żyletę nie wpuści.
♦
A Termopile polskie? Legendarny, niemal nigdy niegrywany Teatr mrącej głowy toczący się w myśl autorskiego zamysłu pod czaszką tonącego w Elsterze księcia Poniatowskiego, wybrany przez Jana Klatę na inaugurację jego pontyfikatu w Narodowym?
Trzeba może zacząć od tego, że dostaliśmy bardzo sprawnie obrobiony tekst. Klata jako adaptator, z dramaturgiem Miłoszem Markiewiczem, gracko ociosali neoromantyczne dramiszcze Tadeusza Micińskiego z jego kroci warstw narracyjnych, skasowali rozbudowaną misteryjno‑spiskową historiozofię, liczne diabeliady, masońskie odwołania i panslawistyczne rojenia. Żeby być precyzyjnym: rudymenty tych wątków zostały, choćby w spisie osób (jest tam na przykład pyszny diabeł Krakremija) i w części monologów, ale utraciły sprawczy wpływ na akcję. A i owe monologi zostały starannie wyselekcjonowane z ogromnego materiału, oszlifowane z młodopolskich egzaltacji, parę razy też, zda mi się, mocno podkręcone pod aktualne emocje. W efekcie dało się rzeczy słuchać i ją bez trudu rozumieć[1].
Tyle, że tak ociosana, szalona i bełkotliwa wizja Micińskiego zmieniła się w jednoznaczny i, niech mnie twórca nie odstrzeli, cokolwiek poczciwy dramat o rozbiorowym upadku Polski. Pamiętam niejedno takie widowisko; zwłaszcza w Peerelu kamuflowało się w tym kostiumie niecenzuralną wtedy rosyjską opresję. Upokorzenie Stanisława Augusta w Kaniowie, modliszkowatość Katarzyny II, szarogęszenie się jej ambasadorów, konstytucja, potem Targowica, grodzieński sejm niemy, insurekcja, napoleoński odwrót. Wszystko tu jest, opowiadane mniej więcej po porządku. Ktoś, kto by się spodziewał mocnego Klatowego prowokowania – w jego poprzedniej realizacji (Polski, Wrocław, 2014) książę Józef ze słowiańską wieszczką Witą lądowali na leżakach w Egipcie! – musi się poczuć zawiedziony. Owszem, czyniony przez metalowy zespół Gruzja hałas, który moje uszy zabraniają mi nazywać muzyką, wlewa w widowisko potężną energię, za którą idą dynamicznie ustawione, operujące groteskowym skrótem sekwencje, owszem maszyneria Narodowego miksuje efektowne zbiorówki, przybliżane, oddalane, wyłaniane z zapadni, a w tle opalizują monumentalne obrazy generowane przez pierwszego dziś specjalistę od projekcji w teatrze, Natana Berkowicza. Ale w tym wszystkim jest też, o dziwo, mnóstwo miejsca na długie, konwencjonalne monologi, podawane, jak w jakimś Narodowym ze snów konserwatystów: precyzyjnie, z retorycznym oddechem, z dbałością o wybrzmienie każdego słowa. Brutalny Oskar Hamerski (ruski oprawca Patiomkin, którego każda fraza dźga niczym sztych), dramatyczny Karol Pocheć (książę Józef w bezsilnych skargach do kamery umieszczonej na polatującym nad nim dronie), natchniona Anna Grycewicz (wieszczka Wita). Mocne tyrady wykładające wszystko jasno i wprost, bez żadnych przewrotek. Na pierwszym planie Jan Frycz daje zimny portret Stanisława Augusta, inteligenta i pozera, słabego człowieka, łykającego upokorzenia jak indyk, w scenie niewczesnych zalotów do Katarzyny wręcz wciśniętego w baletowe rajtuzy. A Danuta Stenka doprawia mnóstwem ozdobników wirtuozowską etiudę niewyżytej Niemry jak kiedyś śpiewał Kaczmarski, potworzycy niekrępowanej żadnymi hamulcami i w tym pozbawieniu wszelkiego oporu jakoś żałosnej.
Więc taka byłaby ta inauguracja? Teatr, owszem, naelektryzowany nową, kipiącą energią, ale jedynie opowiadający znaną historię, starannie unikający większych kontrowersji czy dysonansów, szanujący tak zwane stare wartości (słowo!), co najwyżej tu i tam podrwiwający sobie choćby z tego stawania do hymnu? Niech będzie; z takich ingresów, na które czekają wszyscy, rzadko wyłania się coś więcej.
Jeszcze końcówka. Jan Frycz mówi Grób Agamemnona (trzeba było zawołać Słowackiego, żeby było jasne, o co chodzi z tymi Termopilami). Potem zjeżdża w otchłań prosceniowej zapadni. Scena jest zalana sinym światłem, pusta, po horyzont ciągną się bruzdy zoranego pola, chwilę temu pełne rannych. I słychać ten walc z amerykańskiego filmu, acz z hiszpańskim czy włoskim szlagwortem. Nie żeby go śpiewała słodka Doris Day, tak daleko reżyser nie idzie. Wybiera niepokojące nagranie, z chórem, z werblem.
Miesiąc temu wzdychałem na tym miejscu, że oglądam ważne spektakle, lepsze, gorsze i całkiem świetne, które jednak nie niosą nic do myślenia na złe czasy. Klata puszcza starą piosenkę. Que sera sera, będzie co będzie. Wykręt? Oczywiście, ale chyba uczciwy. Bo kto ma coś więcej do powiedzenia? Dzięki i za tyle, zwłaszcza że szef Narodowego, zwykle konstruujący swoje playlisty (będące odreżyserskim komentarzem) wyłącznie dla słuchaczy pokoleniowo wtajemniczonych, tu zechciał uwzględnić także sentymentalnych staruszków.
[1] Otóż nieprawdą jest to, co zwykle się o nich [Termopilach] mówi: że to dramat skrajnie niezrozumiały, trudny w lekturze… – obwieścił autorytatywnie Tomasz Plata, redaktor naczelny internetowego „Teatru”. Nieprawdą? A nie wypadałoby może wziąć oryginał z półki i się trochę zdziwić, tudzież pomęczyć?