„Hamlet. Książę Danii” Williama Shakespeare'a w reż. Roberta Lepage’a i chor. Guillaume’a Côté, koprodukcja Ex Machina, Côté Danse i Dvoretsky Productions oraz „Król Lear” w reż. Silviu Purcărete z Teatru Narodowego im. Marina Sorescu w Krajowej (Rumunia) na 30. Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku. Pisze Benjamin Paschalski na swojej stronie.
Jeszcze nie tak dawno nie wyobrażałem sobie wakacji bez wizyty nad polskim Wybrzeżem. Motywacją stawała się impreza, która pierwotnie odbywała się w całym Trójmieście, a dziś osiadła w Gdańsku za sprawą dedykowanego teatru – organizatora wydarzenia. Mowa o Międzynarodowym Festiwalu Szekspirowskim, którego trzydziesta, jubileuszowa, edycja odbywa się w tym roku. Pierwszy raz zawitałem na owe spotkania z dziełami Stratfordczyka dwadzieścia jeden lat temu. Był rok 2005 i pamiętam jak dziś na deskach Teatru Wybrzeże pokaz Komedii omyłek w reżyserii Macieja Prusa z Teatru Nowego w Łodzi. Przyczyną owego wspomnienia jest oczywiście niesłychana, pełna humoru i radości interpretacja dzieła, ale także organizacyjny chaos. Na jedno miejsce na widowni przypadało kilku widzów, którzy posiadali dedykowany bilet. Jakie było moje zdziwienie, że w tym roku ponownie miały miejsce analogiczne sytuacje. Lata się zmieniają – problemy jak widać nie. Stale brałem udział w owym spotkaniu ze sztuką teatralną przez kolejnych dwanaście lat. Przyciągał klimat, sprawdzony rytuał codziennie innego tytułu w wykonaniu krajowych i zagranicznych scen, choć wielokrotnie można było narzekać na wybory programowe. Ale Jerzy Limon, twórca festiwalu, umiał własną charyzmą ograć nawet największe repertuarowe niewypały i wpadki. Przemierzanie Szybką Koleją Miejską dystansu Gdańsk-Sopot-Gdynia miało swój niebagatelny urok, a przedpołudniowe plażowanie ubarwiało ów czas teatralnego zdarzenia wpisanego dodatkowo w kalendarz Jarmarku św. Dominika. Jednak kilka ostatnich edycji, już po śmierci pomysłodawcy, ma w sobie coś niepokojąco odpychającego. W proponowanym układzie programu wkrada się nielogiczność i niezrozumienie decyzji, które kurczą ofertę na rzecz nowych konkursów, które nie posiadają istotnej rangi dla jakości wydarzenia.
Nie ulega wątpliwości, że współzawodnictwo o „Złotego Yoricka” winno pozostać jako filar imprezy, gdy o laur walczą najlepsze, wskazane przez wytrawnego selekcjonera Łukasza Drewniaka, wybrane polskie przedstawienia. Ale już „Nowy Yorick” jest trochę randką w ciemno, bowiem o projektach młodych reżyserów nie wiadomo zbyt wiele, gdyż są tworzone z myślą o gdańskim pokazie. To samo tyczy „szekspiraOFF”, raczej będący dodatkiem, uzupełnieniem, czymś co można zobaczyć w przerwie głównego nurtu, a nie budującym rangę imprezy przedsięwzięciem. Owe pomysły, które pączkują ofertę repertuarową, tak naprawdę kurczą liczbę pokazów zagranicznych. Tych, które winny ukazywać światowe trendy w interpretacjach Shakespeare’a, dawać szansę poznania nieznanego, a także odkrywać nowe pola myślenia oraz korespondowania ze współczesnością. Tegoroczna oferta międzynarodowa – a przecież to słowo znajduje się w nazwie przeglądu – przedstawia się skromnie. To zaledwie pięć przedstawień z Czech, Kanady, Wielkiej Brytanii, Rumunii i Hiszpanii. I wśród nich można odnaleźć i kameralną formę (Petty Men, będące radykalną reinterpretacją Juliusza Cezara na dwóch aktorów) oraz polski ślad (Paweł Chomczyk realizujący Sen nocy letniej w Divadlo Radost w Brnie). Wśród owych propozycji znalazły się dwa taneczne przedstawienia: Hamlet oraz Romeo i Julia w wersji flamenco. A pełnokrwisty dramat reprezentował Król Lear. Niewiele aby móc powiedzieć jak wygląda dziś percepcja dramatów w świecie. Ale czasem można trafić perłę w wyselekcjonowanym niewielkim zestawie. I chyba tak się stało, gdyż jednodniowy pobyt podczas tegorocznej edycji przyniósł rozczarowanie i zachwyt. A jak się wydaje z doświadczenia to i tak bardzo dużo.
Paradoks polega na tym, że głównym celem eskapady gdańskiej stał się Hamlet. Książę Danii w reżyserii Roberta Lepapge’a oraz choreografii Guillaume Cȏté w koprodukcji kanadyjskich podmiotów: Ex Machina, Cȏté Danse oraz Dvoretsky Productions. Rzadko się zdarza aby w jednym sezonie można było zobaczyć w Polsce dwa spektakle kanadyjskiego mistrza. Po latach jego nieobecności, a może nawet niewiedzy o jego istnieniu, objawieniem stał się pokaz podczas tegorocznego toruńskiego „Kontaktu”. Wiara, pieniądze, wojna i miłość będąca świetnym epickim eposem, który wciąga jak narkotyk, a finałem zaskakuje jak najlepszy kryminał, postawiła niezwykle wysoko poprzeczkę artystycznej rywalizacji. Niestety to co zobaczyliśmy w Gdańsku jest lekkim muśnięciem geniuszu, który nie stroni od powierzchowności i trywialności. Walorem miało stać się pominięcie słów i oddanie sceny tancerzom. Owszem to zabieg ciekawy, ale już powstało tyle interpretacji tanecznych dzieł Shakespeare’a, że naprawdę trzeba mieć świetny pomysł aby oczarować i skonstruować nowe kosmosy myślenia.
Tropem obecnej wersji jest gra słowem, literami, które wyświetlane są na ekranie jako komentarz dla poszczególnych scen. Litery w nich zostają przestawione co tworzy nowe sensy, kłamstwa i wypaczenia. Znaczenie słów odmienił ruch, który pełen emocji, żarliwości staje się narzędziem komunikacji z widzami. To ma być próba wejścia w głąb postaci, zrozumienia ich wnętrza, ale to raczej zamysł niż spełniona idea. Lepage trywializuje z odbiorców. Ukazywanie w napisach imion kolejnych postaci, które pojawiają się na scenie, to wygląda jak niemoc i brak wiary w inteligencję oglądających. Jednak największym problemem pozostaje jakość przygotowanej choreografii, która ogranicza się do prostego, choć charakterystycznego kroku każdej postaci i kilku układów zespołowych. Mało jest w owym zamyśle oryginalności i pomysłowości. A ten tańczony Hamlet jest jak bryk, ale pozbawiony słów.
Przedstawienie nie intryguje, nie wciąga, a zastanawia. To połączone banalne sceny z choreografią. Niektóre owszem oczarowują pięknem formy, ale kilka owych epizodów ginie w gąszczu podążającej akcji. W pamięci pozostanie na pewno obraz ducha ojca Hamleta, gdzie w formie teatru cieni rozegrana jest wizja dokonanej zbrodni, to również wstrząsająca swoją głębią i poetyką śmierć Ofelii, która ginie w tafli symbolicznego jeziora. Pomysłowość twórców ukazuje epizod z aktorami odtwarzającymi scenę zabójstwa ojca. Nie ma owych gości, a odtwarzają ich Hamlet (Jake Poloz) i Horacy (Frances Samson).
Ubierający maski, które zakrywają ich twarze, odwróceni tyłem do widowni odgrywają świetnie pomyślaną sekwencję owego pokazu prawdy. Trzeba przyznać, że obraz walki tytułowego bohatera z Laertesem (Lukas Malkowski), gdy do zwieńczenia szpad przyczepiono kolorowe szarfy ułatwia zrozumienie kontekstu otrucia i staje się klarownym epizodem. Ale to wszystko pojedyncze sceny, mgnienia, refleksy. Są one przerywane ruchem purpurowych, królewskich kotar, które ukazują kolejne pola gry. Ponownie należy uznać w spektaklu Lepage’a świetną pracę techniki, która z rzetelnością rzemieślniczą tworzy kosmosy plastyczne poszczególnych sekwencji. Ale ów świat krwawego materiału, który jasno symbolizuje pulsującą zbrodnię, staje się męczącą pauzą dla przygotowania kolejnego epizodu. Mają one siłę estetycznego rażenia, ale nic nie wnoszą do opowieści. Owszem mamy szkice charakterów postaci, różnorodny styl ekspresji, lecz nie podąża za nim głębsza refleksja sensu owej opowieści.
Kim jest Hamlet? To pytanie stawiane przy każdej realizacji owego dzieła. Wychodząc z gmachu przy Targu Węglowym długo się nad tym zastanawiałem. Na pewno realizatorzy pragnęliby aby widz widział w nim odludka, introwertyka budującego własny kosmos egzystencji. Ten trop ukazuje pierwsza scena – zestawienia dworskiej maskarady z zasiadającym na tronie samotnym chłopakiem. W ów świat wkrada się dyskretne światło – krat, wszak Dania jest więzieniem. Ten obraz będzie wielokrotnie się powtarzał, symbolizował to co wynika z treści utworu Shakespeare’a. I ciężko dobrnąć do wniosku jakie wartości niesie ze sobą tytułowy bohater, czemu służy jego bunt, wobec czego, kogo? Można wywnioskować, że to czysto ludzkie działanie, emocje, popędy, uczucia, nastroje. Czyli jest on jednym z nas. Zatem cała opowieść Lepage’a i Cȏté oscyluje wokół tego co powierzchowne.
Jest to prosta rzecz, która może uwieść swoim zamysłem, ale nie ma siły rażenia kanadyjskiego pazura reżysera teatralnego i mocy tanecznej ekspresji porównywalnej z najciekawszymi pracami naszych czasów. Ciekawie jest zobaczyć w świetnej formie Roberta Glumbka jako Klaudiusza, niegdyś artystę baletu Teatru Wielkiego w Warszawie, jeszcze w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, a także wspomnianych solistów, gdyż raczej to układ dla ról męskich – ich dominacji i nieustannej rywalizacji. Kobiety pozostają pionkami w rękach męskiego współzawodnictwa. Ofelia (Carleen Zouboules) i Gertruda (Sonia Rodriguez) posiadają swoje autonomiczne sceny, ale nie mają szansy zaistnieć, ukazać swojej siły w patriarchalnej rzeczywistości przedstawionego świata. Tym co posiada moc to muzyka Johna Gzowski. Wciągające, niezwykle dopasowane instrumentarium smyczek i muzyki elektronicznej oddaje klimat owego ciemnego świata skonstruowanego z różnorodnych charakterów.
Konkludując, myślowo powstał spektakl o niczym, w którym brakuje siły opowieści, sprawnej historii, gdzie montaż winien być szybki, klarowny, a sekwencje sprawnie zmieniające się. To raczej przegląd postaci jak w kalendarzu wykaz dni tygodnia. Ograniczona reżyseria do ułożenia kilku, nawet zachwycających scen, które tworzą pejzażowe obrazy, nie daje szansy określenia owego widowiska jako oszałamiającego sukcesu uznanego twórcy. To raczej przeciętna praca, która wygrać powinna zamysłem, a gubi ją właśnie owa koncepcja, która staje się usprawiedliwieniem dla finalnego, nijakiego efektu.
Ów jeden dzień na Festiwalu Szekspirowskim to swoista rywalizacja mistrzów teatralnej sceny. Króla Leara prezentował rumuński Teatrul National „Marin Sorescu” z Craiovej, a przygotował go wielokrotny gość imprezy Silviu Purcărete. Ten wielki, świetny reżyser o międzynarodowej renomie obrał owe rumuńskie miasto jako swoją artystyczną przystań, gdzie stworzył najwybitniejsze dzieła, które przyniosły mu sławę i rozpoznawalność. Tym co fascynuje reżysera, stanowiąc wielokrotnie temat jego monumentalnych widowisk, pozostaje władza i jej zwyrodnienie, patologia, degeneracja. Nie lepiej niż właśnie obywatel owego kraju rozumie skrajność i bezwzględność autorytarnej despotii, która zrujnowała nie jedno życie obywatela własnego państwa. Era Nicolae i Eleny Ceaușescu pozostawiła trwały ślad na pokoleniach wychowanych i żyjących w owych czasach. Purcărete (rocznik 1950) należy do nich, rozumie ów świat i świetnie go zestawia z tym co pulsuje obecnie, żyje i się buduje. Stara maksyma polityczna mówi, że każda władza w którymś momencie się demoralizuje. Spektakle Rumuna są właśnie ową przestrogą. W jego ostatniej pracy przywiezione do Gdańska (premiera w 2026 roku) pulsuje oddech przeszłości, ale może to także diagnoza obecnie rządzących, którzy nie mają umiaru we własnych zapędach dominacji, które pod płaszczem demokracji przywłaszczają sobie twarz patologicznego reżimu.
Jego tegoroczny Shakespeare to rzecz rozegrana w przestrzeni parteru gdańskiej sceny patrona festiwalu. Dookoła ustawione rzędy krzeseł, a środek wypełnia pusta przestrzeń dla akcji scenicznej. Podłogę pokrywa materia przypominająca zimny beton, a jedynymi elementami dekoracji pozostaje żarówka – symbolizująca życie, duszę, a może tylko księżyc oraz foliowa płachta malarska będąca quasi kurtyną oddzielającą pole gry od wystawnego stołu, który pojawia się na początku i na końcu przedstawienia. Jego wystawny charakter ukazuje powodzenie i dobrobyt. A wokół wałęsają się w szarych roboczych fartuchach i gumiakach służący. To niemi świadkowie rozgrywki politycznej możnych, których nieustannie pilnuje niczym „etażowa” z radzieckiego hotelu – bohaterka w stroju barmana. Ów ascetyczny świat ma w sobie coś magicznego i zdradzieckiego. Luksus, który rysuje pierwsza scena, gdy Lear (świetny Claudiu Blenot) dzieli swoje królestwo na trzy części, z wykorzystaniem sztucznego, weselnego tortu, w towarzystwie elegancko ubranej socjety, przeradza się w traumatyczne doświadczenie. Satrapa, odchodzący władca, będący oszukanym przez własne dzieci, ale posiadający grzechy typowe dla szalonego przywódcy, okazuje się być lepszym niż jego następcy. To swoista walka pokoleń, gdzie istotną rolę odgrywa Hrabia Gloucester (Sorin Leoveanu) oraz jego dzieci: delikatny, występujący w żeńskim stroju baletowym Edgar (George Albert Costea) oraz mroczny, ukuty ze zbroi Edmund (Ovidiu Cărstea). Te dwa światy spotkają się w ostatniej scenie starcia, gdzie wygra owa niewinność wobec siły i mocy. Ale to wszystko pozór i gra. Może całe działanie jest tylko komedią i groteską samego Leara aby pozbyć się wszystkich konkurentów do sprawowania władzy.
Konflikt starzy-młodzi podszyty jest przerażającym obrazem przemocy. Scena wyłupania oczu Gloucestera jest tak naturalistycznie przedstawiona, że przechodzą ciarki po plecach. Pijaństwo i rozpusta córek Leara: Goneryli (Romanita Ionescu) i Regany (Iulia Colan) jest zatrważająca, postępująca i upokarzająca. Niemi służący są jak obywatele Rumunii doby dyktatury Ceaușescu gdy wykonywali kolejne schizofreniczne pomysły przywódcy żyjąc w nędzy i upodleniu, gdy ten pławił się w luksusach o czym świadczy jego bukareszteńska willa. Purcărete tworzy ową wizję wewnętrznego sporu wśród możnych, którzy prześcigają się w wyuzdaniu i zadawaniu bólu innym. To wyniszczająca walka służąca jednemu – sprawowaniu władzy. Reżyser sugeruje, że zło napędza kobieta, jej pęd do chwały i powodzenia, niczym obraz Eleny, która będąc intelektualnym zerem stała się ikoną nauki Rumunii.
To wielowątkowa opowieść, idąca zgodnie z intencją autora, kładąca nacisk na wskazany spór, walkę, rozgrywkę pomiędzy pokoleniami, ale także ukazanie budowania strategii politycznej. Świat i kompania wygnanego Leara to: błazen, będący jednocześnie trzecią córką Kordelią (Costinela Ungureanu), której ojciec się wyrzekł, Kent (Angel Rababoc) oraz Edgar, pozostając szalonym Tomkiem, ukrywającym się przed gniewem ojca sprowokowanym fałszywym oskarżeniem Edmunda. Ów świat odludków, stojący obok tego co utracił wszystko, powróci do władzy. Ci, którzy chwilowo zajęli miejsce na szczycie utracą wszystko. Samozagłada, pycha i autodestrukcja staną się siłą napędową zniszczenia.
Reżyser mówi wprost – rzeczywistość polityczna to zło i zaraza. Nakręcająca się spirala przemocy, gdzie następcy są bardziej zwyrodniali niż obecnie rządzący. To genialny spektakl, który trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej sceny tworząc klamrę w jaki sposób można utrzymać berło i jak realizuje się politykę. To lekcja gry ukazana w sposób klarowny i wyrazisty. Pozostaje w pamięci na długo, bo jest o tym nie tylko co było, ale trwa i może jest blisko nas.
Zatem tegoroczny bilans szekspirowskiego zdarzerzenia wypada pozytywnie. Zgrzyt i może niedopasowanie ze spektaklem Roberta Lepage zrekompensowała wizja polityczna Silviu Purcărete. I właśnie taki powinien być teatr – żywy i dotykający, korespondujący z tym co wokół nas. To lekcja rumuńska – udana i spełniona.