Logo
Recenzje

Siła dialogu

30.09.2026, 11:15 Wersja do druku

„Dwunastu gniewnych ludzi” Reginalda Rosego w reż. Piotra Ratajczaka w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.

fot. Bartek Warzecha

Czy dramat sądowy może być pociągający? Czy kilkunastu ławników zamkniętych w dusznym pomieszczeniu i dyskutujących o tym, czy być, czy nie być, młodego chłopaka może sprawić, że będziemy siedzieć jak na szpilkach? Że z wypiekami na twarzy będziemy obserwować przerzucanie się argumentami i racjami w rosnącej temperaturze sporu? Najnowszy spektakl Teatru Współczesnego w Warszawie pokazuje, że i owszem.

Reginald Rose wystawił „Dwunastu gniewnych ludzi” w formie telewizyjnego przedstawienia w 1954 roku, ale to film Sidneya Lumeta zrealizowany trzy lata później, z delikatnie zmienionym przez oryginalnego autora scenariuszem, przeszedł do historii kina. W polskim teatrze nie sięgano po ten tytuł zbyt często – zapewne dlatego, że zaciekła dyskusja ławników, tak odległa przecież od polskich realiów sądowniczych, wydaje się być dla nas mało interesująca. A może dlatego, że zaciekawić i utrzymać koncentrację widza dwunastoma gadającymi głowami nie jest ani łatwe, ani proste. Reżyser Piotr Ratajczak, wzorem poznańskiej realizacji Radosława Rychcika, obszedł system. Zrezygnował mianowicie ze stołu, przy którym dyskutują przysięgli, dał im swobodę ruchu, przemieszczania się, gorączkowych spacerów w tę i z powrotem, dzięki czemu słowne spory nabrały znacznie więcej fizycznego charakteru. Odpowiedzialny za scenografię i światła (fantastyczne w otwierającej spektakl scenie „wentylatorowej”) Marcin Chlanda usadził dwunastu mężczyzn na tworzącej czarno-drewniane pasy ławie ciągnącej się pod ścianami. Na każdej z nich, w tym jednej kryjącej niespodziankę, umieścił ekrany oklejone wygłuszającą czarną pianką akustyczną – w końcu toczące się tu rozmowy nie powinny dotrzeć do postronnych.

Panowie dyskutują bowiem o wysłaniu 16-latka na krzesło elektryczne za zabójstwo ojca. Dowody wydają się jednoznaczne; zeznań świadków właściwie nie sposób podważyć; wystarczy jedynie przyklepać oczywisty wyrok. A jednak jeden z przysięgłych ma wątpliwości. Nie tyle nawet co do winy chłopaka, ile do tempa podejmowanej decyzji. W końcu mężczyźni decydują tu o życiu i śmierci innego człowieka. Spoczywa na nich moralna odpowiedzialność, by ostateczny werdykt był możliwie sprawiedliwy. Odważnie stając przeciwko pozostałym, proponuje więc spojrzenie raz jeszcze na wszystkie aspekty sprawy, które umknąć mogły nawet obrońcy chłopaka. Początkowy spór przeradza się w burzliwą, choć konstruktywną rozmowę, prowadząc do wymiany poglądów i wywarzenia racji. Wraz z pojawiającymi się nieścisłościami i znakami zapytania powstają kolejne „uzasadnione wątpliwości”, które w anglosaskim sądownictwie nie pozwalają wydać wyroku skazującego. Szala sprawiedliwości przechyla się, pokazując ułudę i wątłość „prawdy”, a główny oręż w walce z oponentami stanowi siła racjonalnych argumentów. Tak oczywiste i tak niedzisiejsze.

Dwunastu aktorów na scenie tworzy zespołowy monolit, wspaniale funkcjonujący mechanizm, w którym każda zębatka – każda kwestia i wypowiedziane zdanie, każdy grymas na twarzy czy ułożenie ciała są idealnie wpasowane w tryby, mają swoje znaczenie, miejsce i czas. Jednocześnie każdy z nich wizualizuje widocznie odrębną postać z jej przeszłością, pochodzeniem, charakterem, nawykami, stylem bycia, językiem, a nawet poziomem tytułowego gniewu. Brawa należą się projektowi kostiumów Grupy Mixer, która rewelacyjnie oddała tę indywidualność w zbiorowości – jednolitą barwę i fakturę materiału skorelowano z odmiennym fasonem oraz drobnymi dodatkami, które personalizują bohaterów i od razu wyjaśniają, z kim mamy do czynienia. Mamy więc agresywnych pieniaczy – zajadle broniący stanowiska wyśmienity Sławomir Orzechowski impulsywnie odreagowuje rodzinne traumy, zaś wybuchowym Szymonem Roszakiem, jak na wojskowo odzianego konserwatystę silnego głównie w gębie przystało, kierują głównie ksenofobiczno-rasistowskie pobudki. Mamy też dwóch „śmieszków” rozładowujących atmosferę – swojsko udresowiony i rozwalony na ławie Mariusz Ostrowski spieszy na mecz Yankees, popędzając nieustannie towarzystwo, a szpanujący modną elegancją rozkojarzony Przemysław Kowalski traktuje swój udział w ławie przysięgłych jak niezłą przygodę i natchnienie do marketingowych pomysłów. Znajdzie się także dwóch sztywniaków – uroczy jest w swej nieporadności i formalizmie makler giełdowy Marcina Bubółki, podczas gdy Piotr Bajor zegarmistrzowsko prezentuje niemiecki Ordnung świeżo upieczonego Amerykanina. Do grona ugodowców zaliczyć można dwóch poczciwców – jowialnego, z lekka rozchełstanego budowlańca Dariusza Dobkowskiego oraz dystyngowanego starszego pana w kreacji Krzysztofa Wakulińskiego, który wątłemu zdrowiu przeciwstawia szlachetność postawy, doświadczenie i wciąż bystry umysł. Tu skończył mi się chwilowo koncept na logicznie powiązane pary – wspomnę więc również wychowanego w slumsach i pracującego z ich mieszkańcami Sebastiana Świerszcza, którego wiedza o ludziach z marginesu rzuca nowe światło na sprawę oraz przewodniczącego ławy, Leona Charewicza, trzymającego w ryzach całe zgromadzenie, nawet jeśli czasy trenerskiego posłuchu wspomina już tylko z nostalgią. Na koniec mamy dwóch inteligentów, choć o odmiennych początkowo poglądach – przenikliwy architekt Filipa Kowalczyka to „czarna owca”, która wyłamała się z szeregu i rozpoczęła całą dyskusję, niczym Sherlock Holmes zagłębiając się w niuanse zeznań świadków, zaś szykowny makler giełdowy Marcina Stępniaka stanowi jego najbardziej racjonalnego oponenta, długo opierając się argumentom, by w końcu uznać ich logikę i wagę. To oni stanowią przykład idealnych polemistów, dyskutując z klasą, ogładą i broniąc swych racji dowiedzionym rozumowaniem.

Piotr Ratajczak wystawił „Dwunastu gniewnych ludzi” jako przykład debaty, która winna być wzorem dla każdej rozmowy odbywającej się w przestrzeni publicznej w państwie demokratycznym. W dobie głębokich podziałów patrzy z nostalgią na czasy, gdy logiczne uzasadnienie mogło zmienić czyjeś, nawet skrajnie odmienne, poglądy. „Dzisiaj ten tekst jest dla mnie wielkim, wspaniałym snem o demokracji i wolności” – mówił reżyser. W tym kontekście nieco niezrozumiałym stało się dla mnie umieszczenie w finałowej projekcji dwóch wież World Trade Center – ikony amerykańskiego kapitalizmu, wolnego rynku i potęgi finansowej, a zarazem symbolu zachodniego porządku zniszczonego bezpowrotnie terrorystycznym atakiem z 11 września. Chyba że właśnie tym obrazkiem z przeszłości chciał reżyser wspomnieć wyidealizowane stare, dobre czasy, gdy Stany Zjednoczone hołdowały jeszcze demokratycznym zasadom, świat nie trząsł się w posadach, a brudne interesy chowano skrzętnie przed publicznym okiem. Jednocześnie warto docenić reżyserską zabawę konwencją w przygotowanym opracowaniu muzycznym – „Riders On The Storm” dawno nie wybrzmiało równie wyraziście.

Teatr Współczesny zaprezentował kolejne wyśmienite danie teatralne z partyturą rozpisaną na dwunastu aktorów, którzy zdołali stworzyć dwanaście niepowtarzalnych ról złożonych w jedną kipiącą emocjami całość. Nieznośne gorąco nie wynika tu z filmowej duchoty powietrza i zepsutej klimatyzacji, ale z nieustannego napięcia i stale podtrzymywanej temperatury sporu. Sporu nie tylko o winę oskarżonego, czy jej brak, ale o szerszą konfrontację z ludzkimi postawami i często ślepym przywiązaniem do pryncypiów. „Dwunastu gniewnych ludzi” to po części pean na cześć demokracji, po części opowieść o sile dialogu prowadzącego do sprawiedliwości, u której podstaw drzemie ludzka odwaga, by sprzeciwić się ogółowi. Przede wszystkim zaś to bardzo dobrze zrealizowany i inteligentny teatr słowa.

Tytuł oryginalny

Siła dialogu - „Dwunastu gniewnych ludzi” w Teatrze Współczesnym w Warszawie, recenzja

Źródło:

NaszTeatr

Link do źródła

Autor:

Marek Zajdler

Sprawdź także