„Prałat” Michała Kmiecika w reż. Marcina Libera w Teatrze Telewizji. Pisze Jarosław Ciszek na swoim blogu.
Zaglądaliśmy ostatnio z Teatrem Telewizji do piekła z dziecięcych fantazji (znakomite "Piekło-Niebo", przeniesione z Teatru Narodowego w Warszawie), dziś zajrzymy do zupełnie innego piekła - tego w którym autorzy spektaklu osadzili na wieczność ks. Henryka Jankowskiego. To zmarły w 2010 roku proboszcz parafii św. Brygidy w Gdańsku i kapelan tamtejszej Solidarności. Według jednych - bohater walki z komunizmem, według innych - współpracownik SB mający (by nie używać tutaj gorszych słów) okropne skłonności wobec dzieci. Niewątpliwie to postać kontrowersyjna z ogromną skłonnością do luksusu i skupiania na sobie uwagi. Właśnie jego bohaterem sztuki "Prałat" uczynili jej autorzy: Michał Kmiecik (scenariusz) i Marcin Liber (reżyseria).
Punkt wyjścia tej zaledwie 50-minutowej opowieści jest autoironiczny - oto dowiadujemy się, że ma powstać telewizyjny spektakl o prałacie Jankowskim, co nie podoba się Diabłu (fenomenalny, jakby wyrwany wprost z jarmarcznych jasełek, lecz odpowiednio demoniczny kiedy trzeba Juliusz Chrząstowski), który postanawia interweniować. Zabiera do piekła dyrektora Teatru Telewizji (Andrzej Kłak), a finalnie także resztę ekipy realizującej przedstawienie, by opowiedzieć o swoich metodach szerzenia zła oraz pokazać co dzieje się w wieczności z tytułowym bohaterem (którego gra znakomity Rafał Dziwisz).
Największą zaletą spektaklu jest warstwa wizualna - przepiękna i bardzo sugestywna scenografia, z kościelnymi ławkami wyposażonymi w kolce na gołębie oraz kostiumy (za wszystko odpowiada Mirek Kaczmarek). Świetna jest też muzyka Marcina Macuka. Wrażenie robi chór dzieci w białych komeżkach, przeradzający się później w prokuratorów (sugestywna scena z wciąganiem dziecka do konfesjonału jest może trochę zbyt wprost, ale na pewno zapada w pamięć). Umiejętnie czerpie spektakl z elementów groteskowych, łącząc je z powagą tematu, choć na dłuższą metę okazuje się, że niewiele nowego ma do powiedzenia w kwestii winy i kary. I choć potępiony Jankowski próbujący ocalić własny pomnik i tłumaczący się ze swoich przewinień diabelską inspiracją i trudnym dzieciństwem to dobry obrazek, to jednak pozostaje pewien niedosyt.
Mam też problem ze sceną (a właściwie 22 scenami) z Dawidem Ogrodnikiem, który wcielając się w różne postaci pokazuje diabelskie wpływy w historii na przestrzeni lat. Za co konkretnie odpowiada więc szatan? A więc m.in. za zburzenie WTC 11 września 2001, wydarzenia marcowe z 1968, samobójstwo Magika, katastrofalne lądowanie w Smoleńsku, wojnę na Ukrainie, pandemię (jej "nietoperzowy" początek w Wuhan), ale też - i tu robi się kontrowersyjnie - powstanie warszawskie i wybór Karola Wojtyły na papieża. Kiedy dodamy do tego jeszcze, że odpowiada za występ Ich Troje w Eurowizji i (znów autoironicznie) sam udział Ogrodnika w tym przedstawieniu, zestawienie wydarzeń staje nie tylko wątpliwe, ale wręcz niesmaczne, nawet w formule żartu czy groteski. Tym bardziej, że mówimy o wydarzeniach, w których życie stracili bliscy wciąż żyjących i które dla wielu pozostają żywą raną.
Teatr nie ma na celu przybliżać nam prałata (choć przypomina m.in. kontrowersyjne kościelne dekoracje czy wino Monsignore z jego wizerunkiem) - stara się opowiedzieć o krzywdzie, karze i złu, które panoszy się przez wieki i któremu niektórzy chętnie ulegają. I choć dobrze prowadzona i świetnie zagrana opowieść wciąga i zapada w pamięć, pozostawia jednak niedosyt.
Zdjęcia do spektaklu realizował Marcin Łaskawiec, a zagrali w nim także Mateusz Bernacik, Dagna Dywicka, Oskar Jarzombek, Agnieszka Kwietniewska, Magdalena Maścianica, Adam Szustak i Helena Urbańska.
Ocena spektaklu: ⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐/10