„Trzy ćwierci do śmierci” w reż. Karoliny Martin i Mateusza Smacznego na XXI Międzynarodowym Festiwalu Wyobraźni i Możliwości Teatru Lalek ANIMA 2026 w Olsztynie. Pisze Wiesław Kowalski.
Są spektakle, które po latach okazują się przede wszystkim świadectwem swojego czasu. Są też takie, które z każdym kolejnym pokazem zdają się dojrzewać razem z widzem. Do tej drugiej kategorii bez wątpienia należy „Trzy ćwierci do śmierci”. Cztery lata temu zachwycała mnie przede wszystkim brawura animacyjna i niezwykła plastyczność teatralnego języka. Dzisiaj, oglądając spektakl ponownie podczas Festiwalu ANIMA 2026 w Olsztynie, uderzyło mnie coś zupełnie innego – jego cicha mądrość i niezwykła uczciwość wobec ludzkiego doświadczenia.
Choć tytuł kieruje uwagę ku śmierci, spektakl opowiada przede wszystkim o życiu – o pamięci, odpowiedzialności i sposobach, w jakie człowiek przez lata tłumaczy samemu sobie własne wybory. Babucha nie jest już dla mnie bohaterką uwięzioną w świecie klątw i ludowych wierzeń. Dzisiaj widzę w niej przede wszystkim kobietę, która przez całe życie szukała przyczyn swoich nieszczęść wszędzie poza sobą.
To właśnie dlatego przedstawienie brzmi dziś mocniej niż w chwili premiery. W epoce, w której niezwykle łatwo zrzucić odpowiedzialność na historię, rodzinę, politykę, traumę czy przypadek, opowieść Karoliny Martin stawia niewygodne pytanie: ile naszych życiowych katastrof naprawdę zostało nam narzuconych, a ile wydarzyło się dlatego, że zabrakło odwagi do działania? Z czasem coraz wyraźniej widać, że klątwa staje się dla Babuchy sposobem opowiadania o własnym życiu, pozwalającym odsunąć od siebie odpowiedzialność za podejmowane decyzje. Nie odbiera to jej cierpieniu prawdy, ale zasadniczo zmienia perspektywę patrzenia na los bohaterki.
Karolina Martin osiąga ten efekt bez psychologicznego realizmu. Przeciwnie – buduje świat z materii, pieśni, światła i lalki. A jednak właśnie dzięki tej umowności emocje okazują się zaskakująco konkretne. Wielkoformatowa lalka nie jest sceniczną atrakcją ani popisem techniki. Jest drugim ciałem aktorki, materializacją pamięci i starości. Po kilku minutach przestaje się śledzić sam proces animacji. Na scenie pozostaje już tylko Babucha – postać obdarzona własnym rytmem, oddechem i niepodważalną obecnością. To jedno z tych osiągnięć sztuki lalkarskiej, które trudno opisać wyłącznie językiem rzemiosła, bo ostatecznie staje się ono czystym doświadczeniem teatralnym.
Powrót do spektaklu pozwala też docenić jego niezwykłą dyscyplinę formalną. Nie ma tu efektów, które służyłyby wyłącznie zachwytowi nad pomysłowością realizatorów. Każdy element pozostaje podporządkowany opowieści. Materiał raz staje się rzeką, innym razem przestrzenią pamięci, granicą między światami lub śladem po utraconym życiu. Muzyka wykonywana na żywo nie ilustruje wydarzeń, lecz oddycha razem z bohaterką. Śpiew wyrasta z tej samej tkanki, co słowo i cisza. Dzięki temu przedstawienie zachowuje organiczną jedność, rzadko spotykaną nawet w najbardziej dopracowanych spektaklach teatru formy.
Najbardziej zaskakuje jednak to, jak dobrze przedstawienie oparło się upływowi czasu. W teatrze nietrudno dostrzec, kiedy spektakl zaczyna nosić ślady swojej epoki – zmieniają się estetyki, tempo narracji i sposoby budowania scenicznych obrazów. Tutaj nic nie sprawia wrażenia muzealnego. Przeciwnie. Minimalizm inscenizacji pozwolił spektaklowi zachować świeżość. Nie ogląda się go jak nagradzanego przedstawienia sprzed kilku sezonów, lecz jak dzieło, które dopiero teraz w pełni odsłania swoje znaczenia.
Po czterech latach wracam więc do tego przedstawienia bogatszy o własne doświadczenia i chyba bardziej wyczulony na jego najcichsze tony. Coraz mniej fascynuje mnie techniczna doskonałość animacji, choć nadal robi ogromne wrażenie. Znacznie mocniej porusza mnie pokora spektaklu wobec ludzkiego losu. Nie proponuje łatwego pocieszenia ani prostego moralitetu. Pozwala bohaterce dojść do prawdy powoli, niemal mimochodem, pozostawiając widza z pytaniem, którego nie sposób się pozbyć po wyjściu z teatru: ile historii o własnym życiu opowiadamy sobie tylko po to, by nie zobaczyć własnej odpowiedzialności?
Najcenniejsze w „Trzech ćwierciach do śmierci” okazuje się właśnie to, że po latach nie zachwyca jedynie kunsztem wykonania. Zachwyca odwagą zadawania pytań, które wraz z upływem czasu nie tracą ostrości, lecz stają się coraz bardziej osobiste. Takie spektakle nie starzeją się razem z repertuarem. Starzeją się razem z widzem – i dlatego z każdym kolejnym spotkaniem znaczą więcej.