Logo
Magazyn

Dmuchawcowe dzieci

14.07.2026, 08:48 Wersja do druku

Siódmy dzień XXI Międzynarodowego Festiwalu Wyobraźni i Możliwości Teatru Lalek „Anima” w Olsztynie. Pisze Marcelina Widz.

fot. Kornelia Głowacka-Wolf

Wśród obsady „Łódź płynie pełna opowieści” ukraińskiego Teatru Lalek w Równem nie ma ani jednego mężczyzny i trudno wyobrazić sobie, by mogło być inaczej. Trzy kobiety – Baba, Kuma i Sąsiadka – spotykają się jakby przed laty: śpiewają, przekomarzają się, wygłupiają i z właściwą poleskiej gawędzie przaśnością snują kolejne opowieści. W słowach przez nie wypowiadanych nie czuć ciężaru. Jest za to ogromny dystans do siebie, codzienności i świata, który doświadczone Tetiana Jerszowa, Franceska Barabasz i Alla Czerucha próbują oswoić swoim zaraźliwym śmiechem.

Artystki z Rówieńskiego Akademickiego Obwodowego Teatru Lalek prowadzą widza przez regionalne legendy, przypowieści i kosmogoniczne mity: historię kozy i koźlątek, które próbuje pożreć wilk, wilka proszącego o „wykucie głosu”, by ziścił się jego podstępny plan, opowieść o kruku wyjadającym jabłka czy legendę o dziewczynce nagrodzonej garnkiem, który na jej komendę gotuje kaszę bez końca. We wschodniosłowiańskiej wariacji na temat baśni o koźlątkach „wykuwanie głosu” oznacza jego świadome przekształcenie, poddanie procesowi przejścia. Wilk rzeczywiście ulega metamorfozie i zdobywa cienki, koźli głos, dzięki któremu oszukuje swoje ofiary. Wiadomo, ludowe baśnie o charakterze porządkowania świata z natury mają to do siebie, że muszą coś wyjaśniać. „Łódź płynie pełna opowieści” nie zatrzymuje się jednak tylko na moralizowaniu.

Warstwa plastyczna spektaklu równie mocno zakorzeniona jest w ludowej estetyce. Trzy płaskie kobiece formy obszyte kwietnym materiałem, zwieńczone ruchomymi półksiężycowatymi ramionami, nieustannie zmieniają swoją funkcję – raz są narratorkami, raz koźlim domem, innym razem przestrzenią kolejnej opowieści. Legendy ilustrują tkane i haftowane znaki: jabłoń zamknięta w rytmicznych okręgach, świerk zbudowany z nakładających się trójkątów. Mnogość ornamentów przywodzi na myśl twórczość Mariji Prymaczenko – nie przez dosłowne cytaty, lecz dekoracyjność, płaskość kompozycji i wyobraźnię wyrastającą z ludowej tradycji. Równie istotne pozostają pieśni, które nie ilustrują opowieści jak scenografia, lecz same stają się ich częścią.

Nieprzypadkowo spektakl Rówieńskiego Akademickiego Obwodowego Teatru Lalek nie opowiada o wojnie, lecz o kulturze, która trwa dzięki temu, że wciąż przekazuje się ją z ust do ust. Przypowieści, pieśni, tańce i żarty nie są tu dodatkiem do przedstawienia, ale jego najważniejszym tworzywem.

I kiedy na zakończenie wybrzmiewa ludowa pieśń pożegnalna – „Пливе човен, води повен…” / „Płynie łódź po pełnej wodzie…” – trudno nie pomyśleć, że żegna nie tylko bohaterów spektaklu, lecz także kolejne pokolenia muzycznych opowiadaczy. Również pieśniarzy-mężczyzn, bo spektakl nie umknie potworności kontekstu pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę. A jednak te historie nie znikają. Odpływają tylko po to, by ktoś gdzieś opowiedział je jeszcze raz.

Przeprawić Śmierć przez rzekę

Życzyć komuś sto lat – to bardzo polskie. Zdaje się, że to jedno z najczęściej powtarzanych życzeń w naszej kulturze. Karolina Martin odwraca jego znaczenie. W spektaklu „Trzy ćwierci do śmierci” długowieczność nie jest bowiem błogosławieństwem, lecz ciężarem. Inspirowany podaniami z okolic Supraśla oraz książką Weroniki Gogoli monodram opowiada historię kobiety, której prababka przeprawiła Śmierć przez rzekę, zapewniając kolejnym pokoleniom niezwykle długie życie. Szybko okazuje się jednak, że największym marzeniem bohaterki nie jest żyć jeszcze dłużej, lecz wreszcie umrzeć. Zanim to nastąpi, musi jednak wrócić do własnych wspomnień i zadać sobie pytanie, czy źródłem jej cierpienia jest rodzinna klątwa, ludowe wierzenia, nieszczęśliwe zbiegi okoliczności czy może decyzje podejmowane przez całe życie.

„Trzy ćwierci do śmierci” najpełniej ujawniają swój kunszt wtedy, gdy przestają opowiadać tylko słowami. Nad rzeką stoi zgarbiona staruszka o twarzy pokrytej głębokimi zmarszczkami. Przez dłuższą chwilę trudno dostrzec, gdzie kończy się lalkowe ciało, a zaczyna to człowiecze. Dopiero z czasem okazuje się, że ciało Karoliny Martin ukryte jest obok, a jej własna głowa i ramiona tworzą przewieszony przez plecy Babuchy tobołek. Kolejny przykład. Gdy bohaterka wraca pamięcią do ukochanego, nieżyjącego już męża Stacha, animatorka nakłada na twarz prostą białą maskę i w jednej chwili staje się nim, pozostając jednocześnie nierozłączną częścią lalki. I kolejny przykład. Wydobyte spod ubrań kolano animatorki, owinięte tkaniną, staje się ciałem przeraźliwie płaczącego noworodka. Ta sama materia, która chwilę wcześniej była rzeką, za moment zamienia się w becik, a później w całun. W monodramie Martin – podobnie jak we wspominaniu własnego życia u jego schyłku – nic nie ma jednego, stałego znaczenia.

To właśnie w tych nieustannych przemianach ujawnia się niezwykła pojemność znaczeniowa teatru formy. Karolina Martin nie traktuje lalki jako osobnego bohatera, buduje z nią jeden organizm. Jednocześnie nieustannie poszukuje w swoim ciele takich ustawień i napięć, które w kontakcie z formą wydobędą emocje niemożliwe do wyrażenia samymi słowami. To w relacji tych dwóch ciał rodzi się czułość wspomnień o ukochanym, żałoba po stracie dziecka, gniew, rozczarowanie i zmęczenie. Ta precyzyjna, niemal choreograficzna praca z lalką sprawia, że każda zmiana pozycji, każdy gest i każde przesunięcie stają się pełnowartościową częścią opowieści o pięknie i brzydocie ludzkiego życia.

Uważność

Spektakl Ewy i Krzysztofa Zemłów z Teatru Łątek w Supraślu nie jest próbą odtworzenia kultury Podlasia sprzed kilkudziesięciu lat. „Matecznik” nie rekonstruuje wsi, nie buduje skansenu i nie zachęca, aby wybrać się w sentymentalną podróż do świata, którego już nie ma. Zemłowie opierają się w tej opowieści na fotografiach supraskiego artysty Wiktora Wołkowa i towarzyszących zdjęciom tekstach Edwarda Redlińskiego, ale szybko okazuje się, że nie interesuje ich tylko tylko ta jedna, nieruchoma przeszłość. Znacznie ciekawszy zdaje się być sposób, w jaki można się jej dziś przyglądać.

Album Wołkowa zatrzymywał świat w kadrach fotografii, teatr cieni Łątek robi coś odwrotnego – wprawia go w ruch. Rzeka płynie swoim stałym torem, koń skubie trawę przy chacie, drzewa kołyszą się na wietrze, wrony przelatują nad polami, a zwykły płot czy wiejska droga stają się punktem wyjścia do gawędziarskiego snucia opowieści o relacji człowieka z naturą. Tyle i aż tyle.

Największą siłą spektaklu pozostaje jego prostota ujęta w ramy eksperymentalnej pracy ze światłem i cieniem. Projektory slajdów i grafoskop nie wyświetlają fotografii w ich pierwotnej postaci. Obrazy różnią się skalą, fakturą i rozmieszczeniem. Dzięki animowanym płachtom projekcyjnym fotografie ulegają nieustannym przetworzeniom – nakładają się na siebie, multiplikują, przenikają i zanikają, utrzymując iluzję wielowymiarowości przestrzeni. Podczas plenerowego pokazu efekt ten potęgował wiatr, wprawiający płachty w ruch, zaskakująco spójny z powolnym rytmem przedstawienia. Nawet światła ulicznych latarni, intensywnie migający kogut straży miejskiej i gwar dochodzący z pubów i restauracji nie zakłóciły porządku tego autonomicznego mikro-świata. Przeciwnie – te elementy ulicznej codzienności na chwilę stały się jego bardzo nieoczekiwaną częścią.

Spektakl opowiada o tym, co najłatwiej przeoczyć, kiedy patrzy się zbyt szybko. Przypomina też, że uważność jest umiejętnością, którą można stracić równie łatwo jak pamięć. Teatr Łątek nie proponuje powrotu do przeszłości. Proponuje powrót do takiego sposobu obserwowania świata, w którym zwykły krajobraz przestaje być tłem, a staje się pełnoprawnym bohaterem opowieści. Jeśli fotografia – jak pisała Susan Sontag – kształtuje nasze wyobrażenie o tym, co jest warte oglądania, „Matecznik” pokazuje, że równie ważny pozostaje sam akt patrzenia.

Niechaj więc wartym oglądania pozostanie taki właśnie teatr cieni. A wartym przeżycia? Wszystko to – wzruszające, czułe, intymne – co potrafią uruchomić w widzach spektakle Ewy i Krzysztofa Zemłów. Tyle i aż tyle.

***

Organizator festiwalu:

Olsztyński Teatr Lalek

Miasto Olsztyn

Finansowanie:

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

Partner CSR: Energa SA z Grupy ORLEN

Sponsor otwarcia festiwalu: MPEC Olsztyn- Bezpieczeństwo Ekologia Komfort

Patronaty honorowe:

Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Marta Cienkowska

Wojewoda Warmińsko-Mazurski, Radosław Król

Marcin Kuchciński - Marszałek Woj. Warmińsko-Mazurskiego

Robert Szewczyk Prezydent Olsztyna

Patronaty:

Polunima Polski Ośrodek Lalkarski

Związek Artystów Scen Polskich

Teatr Lalek”

teatralny.pl

e-teatr.pl

Polskie Radio Dzieciom

Partnerzy:

Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Olsztynie

MOK Olsztyn

Azyl cocktail & coffee bar

Źródło:

Materiał nadesłany

Wątki tematyczne

Sprawdź także