„Matecznik” w reż. Krzysztofa Zemły z Teatru Łątek z Supraśla na XXI Międzynarodowym Festiwalu Wyobraźni i Możliwości Teatru Lalek ANIMA 2026 w Olsztynie. Pisze Wiesław Kowalski.
Nieczęsto zdarza się, by spektakl domagał się ponownego spotkania. Jeszcze rzadziej okazuje się, że przy drugim oglądaniu odkrywa przed widzem coś zupełnie innego niż za pierwszym. Tak było z „Matecznikiem” Krzysztofa Zemły z Teatru Łątek, który po raz pierwszy zobaczyłem podczas Festiwalu Metamorfozy Lalek w Białymstoku, a teraz powróciłem do niego na Festiwalu ANIMA w Olsztynie. Przecież nie odwiedza się ponownie przedstawień wyłącznie po to, by sprawdzić, czy nadal działają. Wraca się do tych, które pozostawiają w pamięci niedopowiedziane pytania.
Przy pierwszym spotkaniu największe wrażenie zrobiła na mnie niezwykła forma spektaklu – sposób, w jaki stare projektory, fotografie, światło, cień i muzyka budowały świat zawieszony między dokumentem a poezją. Tym razem forma zeszła na dalszy plan. Nie dlatego, że przestała zachwycać, lecz dlatego, że mogłem w pełni wsłuchać się w rytm opowieści. „Matecznik” okazał się przedstawieniem, które przede wszystkim uczy uważnego patrzenia.
Krzysztof Zemło nie próbuje zatrzymać czasu, bo doskonale wie, że jest to niemożliwe. Interesuje go raczej to, co pozostaje w człowieku, gdy krajobrazy utrwalone na dawnych fotografiach istnieją już głównie w pamięci. Nie buduje łatwej nostalgii ani nie przekonuje, że dawniej świat był lepszy. Pokazuje raczej, że pamięć żyje tylko wtedy, gdy potrafimy ją nieustannie konfrontować z własnym doświadczeniem.
W przedstawieniu nie ma pośpiechu. Dziś, gdy teatr coraz częściej ulega rytmowi krótkiego komunikatu i szybkiego obrazu, taka konsekwencja wydaje się niemal gestem odwagi. Każda fotografia ma swój czas. Każda opowieść wybrzmiewa do końca. Każda pauza ma znaczenie. To właśnie podczas drugiego oglądania najmocniej odczułem, jak precyzyjnie skonstruowana jest dramaturgia tego pozornego bezruchu.
Inspiracją pozostaje niezwykły album Wiktora Wołkowa z tekstami Edwarda Redlińskiego i opracowaniem Andrzeja Strumiłły, jednak Zemło nie przenosi książki na scenę. Prowadzi z nią twórczy dialog. Sceniczne obrazy wyrastają z fotografii, lecz szybko zaczynają żyć własnym życiem. Projekcje rozszczepiają się na płótnach, przenikają przez materiały, znikają i powracają niczym wspomnienia. Szczególnie mocno działa świadomość, że wykorzystane urządzenia projekcyjne same należą już do historii. Nie są efektownym rekwizytem ani ukłonem w stronę estetyki retro. Odzyskują na scenie swoją sprawczość i stają się częścią opowieści o przemijaniu.
Jeszcze wyraźniej niż wcześniej dostrzegłem ogrom pracy zespołowej ukrytej za pozornie skromnym widowiskiem. Scenografia Ewy Zemło z niezwykłą precyzją organizuje przestrzeń dla światła i fotografii. Animacje Agnieszki Waszczeniuk subtelnie wprawiają nieruchome obrazy w delikatny ruch, nigdy nie próbując ich zdominować. Muzyka Ani Brody nie prowadzi emocji za rękę, lecz otwiera przestrzeń skupienia. Wszystkie te elementy współtworzą przedstawienie, którego siła rodzi się z harmonii, a nie z widowiskowości.
Sam Krzysztof Zemło pozostaje na scenie niezwykle oszczędny. Nie buduje bohatera w tradycyjnym znaczeniu. Bardziej przypomina przewodnika, który uruchamia kolejne obrazy i pozostawia widzowi miejsce na własne skojarzenia. Nie narzuca interpretacji, nie podpowiada wzruszeń. Dzięki temu każdy może odnaleźć w tej opowieści własne doświadczenie utraty, własne krajobrazy dzieciństwa i własne miejsca, których już nie ma.
Po większości spektakli brawa zamykają teatralny wieczór. W przypadku „Matecznika” bywają jedynie początkiem ciszy. Widzowie jeszcze przez chwilę pozostają na swoich miejscach, jakby nie chcieli zbyt gwałtownie opuścić świata, który zgasł wraz z ostatnim światłem projektora.
Dopiero drugie spotkanie uświadomiło mi, że „Matecznik” nie opowiada wyłącznie o Podlasiu. To oczywiście spektakl mocno zakorzeniony w konkretnym miejscu, ale jego prawdziwym tematem jest pamięć – ta osobista i ta wspólna. O rzeczach, które odchodzą niemal niezauważenie. O krajobrazach wypieranych przez nowe pejzaże. O ludziach, których głosy pozostają już tylko w cudzych wspomnieniach.
Są przedstawienia, które po obejrzeniu pamięta się dzięki pojedynczym scenom. Są też takie, z których pozostaje przede wszystkim atmosfera. „Matecznik” należy do tej drugiej grupy. Nie próbuje olśniewać ani przekonywać o własnej wyjątkowości. Działa cicho, cierpliwie i niemal niezauważalnie. A potem wraca po kilku dniach, tygodniach, a czasem nawet miesiącach.
Dlatego warto zobaczyć go więcej niż raz. Nie po to, by sprawdzić, czy wszystko wygląda tak samo. Przeciwnie – żeby przekonać się, jak bardzo zmieniliśmy się my sami między pierwszym a drugim spotkaniem.