Logo
Recenzje

Poszli umierać w szczęśliwym mieście

1.05.2026, 11:02 Wersja do druku

„Dżuma” Alberta Camusa w reż. Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Kameralnym im. Wandy Rucińskiej w Bydgoszczy. Pisze Agnieszka Serlikowska w Teatrze dla Wszystkich.

fot. Radek Drygas/mat. teatru

Ocena recenzenta/tki: (9/10) – rewelacyjny

Raz na jakiś czas, po obejrzeniu serii średnio udanych spektakli, wieszczę sobie koniec oglądania musicali. A potem… zmęczona, zmoknięta i zirytowana siadam na widowni Teatru Kameralnego w Bydgoszczy, myśląc, co ten Kościelniak może jeszcze wycisnąć z kolejnej szkolnej lektury… Bo przecież choć „Dżuma” Alberta Camusa jest powieścią wybitną, wpisanie jej do licealnego kanonu książek przeinterpretowanych przez egzaminacyjne klucze raczej jej zaszkodziło, niż pomogło. W pamięci został symboliczny Oran, archetypiczne postacie, paraboliczna zaraza. Punkty za świadome użycie kontekstów… I oto jestem. Dwie dekady później. I w pięć minut wsiąkam w świat tak spójny i fascynujący, że chciałabym do niego wracać wielokrotnie.

Bo musicalowa „Dżuma” to interpretacyjna matrioszka. Przepiękna z zewnątrz – muzycznie, scenograficznie, kostiumowo, choreograficznie, aktorsko – ale olśniewająca dopiero wtedy, gdy odkrywa się kolejne warstwy tekstu, symbole odnoszące się do świata na wskroś współczesnego, diagnozy boleśnie trafne i emocje wypierane nawet przed najbliższymi. Tego typu spektakl jest też przekleństwem recenzenta. Jestem przekonana, że nie starczyło mi inteligencji, by wyłapać wszystkie nitki interpretacyjne tego misternie utkanego przedstawienia.

Spróbujmy zatem zacząć od początku – „Dżumę” Teatru Kameralnego w Bydgoszczy czytam przez pryzmat świata tu i teraz, z perspektywy roli i funkcjonowania jednostki w skorumpowanej rzeczywistości. Zaraza trawiąca Oran odzwierciedla każdy rodzaj bezsensownej i nieuzasadnionej śmierci, na którą jako społeczeństwo pozwoliliśmy – myślą, mową, uczynkiem czy zaniedbaniem. Scenografia Mariusza Napierały, składająca się z serii schodów, przypomina strukturę arabskiego miasta, a jednocześnie odzwierciedla syzyfową wspinaczkę, która – obojętnie, jak bardzo byśmy się starali – kończy się nieuchronną śmiercią. Z drugiej jednak strony schody mogą oznaczać również fundamenty budowane dla następnych pokoleń. Im mocniejsze, tym większa szansa, że nasi następcy dokonają lepszych wyborów – tych, na które nam nigdy nie starcza czasu.

Bo jak śpiewają bohaterowie – byłoby dobrze, byle nie teraz – zacząć od nowa, zacząć od zera. A ten nowy punkt zero następuje dopiero w obliczu tragedii i trwa jedynie chwilę, zanim znów życie wpadnie w utarty rytm. W rytmie tym jednak jest nadzieja – obecna w postaciach, które zmieniają swoją drogę. Zatrzymują się, gdy jest jeszcze na to czas, i walczą wbrew własnym tragediom.

I tu na pierwszym planie, jak w pierwowzorze literackim, stoi doktor Rieux. Tyle że w spektaklu doktor Rieux jest kobietą (w tej roli Sara Lech, doskonale niuansująca emocjonalnie postać, którą łatwo byłoby przedramatyzować). Zmiana ta w żaden sposób nie odbija się na percepcji romantyczno-tragicznego związku Rieux z Nią (kolejna po Nemeczku z „Chłopców z Placu Broni” świetna rola Julii Witulskiej), która tuż przed epidemią wyjeżdża do sanatorium. Wpływa natomiast na optykę postrzegania protagonistki „Dżumy” – walczącej z systemem, zarazą i Kościołem w imię imperatywu, którego sama do końca nie potrafi uzasadnić. Kobieta słuchająca tych, których dotąd nie słuchano, mimo wygranej przeżywająca stratę najbliższej osoby i gotowa na kolejne bitwy – wbrew świadomości, jak pyrrusowe będą jej zwycięstwa – tworzy nowy, jakże współczesny archetyp: naukowczyni, liderki, bezdzietnej matki społeczeństwa rzucającego jej kłody pod nogi.

To nie jedyna zmiana płci w stosunku do postaci z literackiego pierwowzoru. W spektaklu Régine (zupełnie nowe i moje ulubione dotąd oblicze Katarzyny Kłaczek) Rambert to wciąż wzięta korespondentka znakomitych dzienników, ale też kobieta, która chce wrócić do nowo poznanego partnera, bo trzydziestolatek długo nie poczeka. Pomimo ewidentnych sukcesów, ogólnego spełnienia i wielu przygód wypowiada słowa współczesnych singielek, boleśnie rezonujące pod wyidealizowanymi profilami w mediach społecznościowych: „bo to czasem wstyd w oczach ludzi być szczęśliwym samemu”. Jeanne (znakomita Katarzyna Chmara) Tarrou wydaje się natomiast personifikacją sprawiedliwości w spektaklu. To postać, która w zuchwale wykonanej piosence uświadamia widzom, że współczesną dżumą są przywódcy pozbawieni człowieczeństwa, zorientowani na cel i karierę bez względu na liczbę głów, których będą musieli z tej okazji zażądać. Wojciech Kościelniak zmienia dla niej zakończenie – w przeciwieństwie do literackiego pierwowzoru Tarrou przeżywa atak choroby, co Rieux komentuje krótko: „święci muszą żyć”. To swoista rekompensata dla widzów, którzy w tym samym teatrze, w reżyserii Wojciecha Kościelniaka, oglądali „Chłopców z Placu Broni”. Zestawienie tamtej gorzkiej konstatacji – że jako społeczeństwo pozwalamy na głupią śmierć najlepszym z nas – z przesłaniem „Dżumy”, według którego święci muszą żyć, by przeciwstawiać się niesprawiedliwości, przywraca poczucie sprawczości i wiarę w dalszą walkę.

Sukcesem najnowszego spektaklu Teatru Kameralnego w Bydgoszczy jest niewątpliwie to, że właściwie każdej z szesnastu scenicznych postaci mogłabym poświęcić odrębny akapit i rozpisać się o każdym z aktorów odgrywających poszczególne role. Wojciech Kościelniak po raz kolejny udowodnił, że potrafi z zespołu wycisnąć wszystko, co najlepsze. Wyróżnić warto choćby Nikodema Bogdańskiego jako literackiego Syzyfa – Józefa Granda, z jednej strony przypominającego, że dążenie do perfekcji to najgorszy rodzaj twórczej blokady, z drugiej – że nic nie powinno zastępować miłości. Brawurową, balansującą na granicy komizmu kreację ojca Paneloux stworzył Leszek Andrzej Czerwiński, najbardziej zróżnicowaną emocjonalnie – Błażej Chorobiński jako sędzia Othon, a najbardziej widowiskową pod względem liczby postaci – Zofia Gołaj jako Infdok, czyli personifikacja zachowań tłumu w kształcie prezenterki wiadomości. W spektaklu nie mogło zabraknąć również bohatera mistycznego – uosobienia zarazy: Anioła dżumy, który dusi, przeraża i tłumi – ale wszystko za pomocą tańca (perfekcyjny Mateusz Pietrzak).

Są takie spektakle, które obezwładniają i wbijają w fotel. Urzekają muzycznie, aktorsko i tekstowo do tego stopnia, że desperacko próbuje się zapamiętać jak najwięcej albo jak najszybciej wrócić. „Dżuma” jest jednym z nich.

Tytuł oryginalny

Poszli umierać w szczęśliwym mieście

Źródło:

Teatr dla Wszystkich

Link do źródła

Autor:

Agnieszka Serlikowska

Data publikacji oryginału:

01.04.2026

Sprawdź także