Logo
Recenzje

Po Czechowie zostaje człowiek

10.09.2026, 12:16 Wersja do druku

„Afterplay” Briana Friela w reż. Bogdana Michalika w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski.

fot. Krzysztof Bieliński

Nie każde przedstawienie musi zabiegać o uwagę widza. „Afterplay” Briana Friela w warszawskim Teatrze Współczesnym wybiera drogę przeciwną: nie podkręca temperatury, nie demonstruje ambicji, nie zasypuje sceny pomysłami. Zamiast tego ufa tekstowi, aktorom i temu, co może wydarzyć się pomiędzy jednym zdaniem a drugim. To przedstawienie skromne, szlachetne i świadomie powściągliwe. A jego prawdziwym tematem okazuje się nie tyle Czechow, ile człowiek, który po przejściach próbuje jeszcze raz opowiedzieć sobie własne życie.

Friel, nazywany „irlandzkim Czechowem”, zna rosyjskiego dramaturga nie tylko z lektury. W jego twórczości Czechow powraca wielokrotnie – od „Trzech sióstr” i „Wujaszka Wani” po „Niedźwiedzia” i „Damę z pieskiem”. „Afterplay” jest jednak czymś więcej niż kolejnym spotkaniem dwóch dramaturgów poprzez teatr. Friel bierze z Czechowa dwoje bohaterów i pozwala im żyć dalej. Sonia z „Wujaszka Wani” i Andriej z „Trzech sióstr” spotykają się dwadzieścia lat później, w moskiewskiej kawiarni. To pomysł tyleż przewrotny, co ryzykowny. Łatwo byłoby z niego zrobić literacki dowcip dla wtajemniczonych. Friel robi coś znacznie ciekawszego: traktuje swoich bohaterów poważnie. I właśnie tutaj zaczyna się siła warszawskiego przedstawienia.

Bogdan Michalik, który po „Afterplay” sięga już po raz kolejny, nie próbuje sztuki poprawiać ani uwspółcześniać za wszelką cenę. Jego inscenizacja ma w sobie coś, co dziś staje się niemal gestem odwagi: zgodę na prostotę. Sam reżyser przed premierą mówił o „postczechowowskim teatrze”, wymagającym prawdziwych kreacji aktorskich. I trudno o trafniejszą charakterystykę tego przedstawienia.

Scenografia Julii Skuratovej nie konkuruje z aktorami. Jest raczej ramą pamięci: wnętrze kawiarni, stół, krzesła, przedmioty codziennego użytku, a w tle charakterystyczne miniatury. Ten świat jest jak makieta dawnego życia – trochę prawdziwy, trochę umowny. I im dłużej się na niego patrzy, tym bardziej można odnieść wrażenie, że bohaterowie sami stali się podobnymi miniaturami własnych biografii. Są tymi, którymi byli, ale już nie całkiem. Ich przeszłość została pomniejszona, przestawiona, miejscami wyretuszowana.

Bo „Afterplay” jest przecież także sztuką o kłamstwie. Nie o kłamstwie cynicznym, mającym kogoś skrzywdzić, lecz o tym drobnym, codziennym fałszu, którym człowiek czasem osłania siebie przed samym sobą. Andriej i Sonia opowiadają sobie swoje życiorysy, ale robią to tak, jakby każde z nich chciało najpierw przygotować własną wersję przeszłości – taką, z którą łatwiej jest żyć i którą łatwiej przedstawić drugiemu człowiekowi. Zanim pojawi się szczerość, pojawia się autokreacja. Wymyślają sobie wersje bardziej znośne, może nawet bardziej eleganckie. Dopiero z czasem okazuje się, że pod tymi opowieściami kryją się doświadczenia, których nie da się już tak łatwo wygładzić. Z tych misternie budowanych wersji własnego życia zaczyna odpadać farba.

To jeden z powodów, dla których tak ważne stają się zamieszczone w programie teksty o prawdzie, kłamstwie i pamięci. Cytat z Kundery o życiu będącym szkicem, rozważania o kłamstwie, Barnesowskie „Poczucie kresu”, a obok nich Brookowska refleksja o Czechowie i wiersz Julii Hartwig „Prośba” nie tworzą oczywiście jednego komentarza interpretacyjnego. Raczej otwierają kilka drzwi do tej samej przestrzeni. Najważniejsze z nich prowadzą do pytania, ile z naszego życia jest faktem, a ile narracją, którą po latach sami sobie dopowiadamy. I tu szczególnie mocno wybrzmiewa Monika Krzywkowska. Jej Sonia nie jest figurą sentymentalnej, skrzywdzonej przez los kobiety. Aktorka nie gra jej cierpienia na pokaz. Przeciwnie – pozwala mu pracować pod powierzchnią. Krzywkowska ma niezwykłą umiejętność budowania postaci poprzez słuchanie, pauzę, zmianę napięcia w twarzy, drobne przesunięcie ciała. Sonia jest obecna, uważna, czasem ironiczna, czasem niemal dziewczęco ufna, ale cały czas czuje się w niej doświadczenie człowieka, który już wie, że życie nie spełnia obietnic składanych młodości.

Najciekawsze jest to, że Krzywkowska nie czyni z Soni wyłącznie kobiety niespełnionej. W jej interpretacji jest w niej siła. Nie efektowna, nie heroiczna – raczej cicha, wypracowana przez lata. Sonia przeżyła swoje rozczarowania i dlatego nie potrzebuje ich demonstrować. Jej pozorna prostota jest maską odporności. Dzięki temu jej spotkanie z Andriejem nie staje się łatwym romansem dwojga samotnych ludzi. Jest raczej próbą rozpoznania: czy po tylu latach można jeszcze komuś uwierzyć? A może ważniejsze od wiary jest samo bycie wysłuchanym?

Mariusz Jakus rysuje Andrieja grubszą kreską. I bardzo dobrze. W tej inscenizacji jego bohater potrzebuje wyraźniejszego konturu. Jest w nim komizm, pewna nieporadność, nawet chwilami groteskowość, ale pod nią stale pracuje rozpacz człowieka, który przegrał własne życie i nauczył się tę przegraną przysłaniać kolejnymi opowieściami o sobie. Jakus nie wygładza Andrieja. Nie próbuje robić z niego sympatycznego, melancholijnego everymana. Pozwala mu być chwilami irytującym, małym, śmiesznym, próżnym. Właśnie dlatego, kiedy spod tych kolejnych warstw wyłania się samotność, ma ona większą siłę. Jego Andriej jest człowiekiem, który opowiada siebie, ponieważ nie potrafi siebie przeżyć.

Ważna jest również fizyczność tej roli. Nerwowość, szeroki gest, sposób siedzenia, obchodzenia się z przedmiotami, momenty nagłego ożywienia – wszystko to sprawia, że jego opowieści nie są nigdy do końca wiarygodne. Ciało zdradza to, czego nie chce zdradzić język. Ten konflikt pomiędzy wypowiadanym życiorysem a prawdą ukrytą w zachowaniu jest jednym z najcenniejszych elementów przedstawienia. I tutaj dochodzimy do rzeczy, którą Michalik prowadzi wyjątkowo dobrze: dialogu.

„Afterplay” nie ma efektownej fabuły. Dwoje ludzi siedzi i rozmawia. Mogłoby to być niczym. A jednak rozmowa ma rytm, oddech, zmienia temperaturę. Najpierw jest niezręczna. Potem pojawia się zainteresowanie. Następnie drobna poufałość. Wreszcie – niebezpieczeństwo. Bo prawdziwa rozmowa zaczyna się dopiero wtedy, gdy jedno z bohaterów przypadkiem dotknie miejsca, którego drugie pilnuje. To właśnie umiejętność prowadzenia dialogu sprawia, że spektakl nie staje się ilustracją literackiego pomysłu. Zdanie po zdaniu zmienia się relacja między bohaterami. To nie jest rozmowa, która służy przekazywaniu informacji. To rozmowa, która produkuje bliskość, a chwilami ją niszczy.

W tym sensie warszawskie „Afterplay” bardzo dobrze wpisuje się w sposób, w jaki Friel myśli o teatrze. W jego dramaturgii język nigdy nie jest przezroczystym narzędziem komunikacji. Bohaterowie mówią, żeby coś ukryć, przypomnieć, odzyskać, przekonać drugiego – a czasem siebie. Historia, pamięć, prawda i fikcja stale się w tych sztukach przenikają. W „Afterplay” zostaje to sprowadzone do najbardziej kameralnej postaci: dwoje ludzi przy jednym stole.

Można oczywiście zapytać, czy Friel nie posunął się za daleko w swojej zabawie z Czechowem. Czy nie jest to tylko elegancki literacki żart? Zagraniczna recepcja spektaklu od lat pozostaje w tym punkcie podzielona. Jedni widzą w „Afterplay” przede wszystkim intertekstualną grę, inni – samodzielny dramat o samotności. Co znamienne, bardzo często o powodzeniu przedstawienia przesądzały nie tyle spory o tekst, ile aktorzy i chemia między nimi. Także w recenzjach zagranicznych powraca przekonanie, że siła sztuki nie kończy się na jej związku z Czechowem, lecz wynika z tego, jak samodzielnie działają Sonia i Andriej jako ludzie po przejściach.

Warszawska realizacja przekonuje mnie do tej drugiej możliwości. Czechow jest tutaj punktem wyjścia, ale nie metą. Friel nie konkuruje z Czechowem. Nie próbuje dopisać mu brakującego aktu ani „wyjaśnić”, co naprawdę stało się z jego bohaterami. Raczej pyta, co pozostaje z człowieka, kiedy dramat, który znamy, już się skończył. Co dzieje się z Sonią po ostatnim zdaniu „Wujaszka Wani”? Co dzieje się z Andriejem po zakończeniu „Trzech sióstr”? A przede wszystkim: czy człowiek może naprawdę zacząć od nowa, czy też całe życie jest tylko kolejnym dopisywaniem komentarza do tego, co już się wydarzyło?

W tym miejscu Friel okazuje się bardzo bliski Czechowowi, ale także samemu sobie. Jego bohaterowie zawsze żyją pomiędzy tym, co było, a tym, co mogłoby się wydarzyć. W „Tańcach w Ballybeg”, „Molly Sweeney” czy „Uzdrowicielu” także powraca pytanie o pamięć, tożsamość, możliwość porozumienia i cenę, jaką płacimy za własne wyobrażenia o życiu.

W „Uzdrowicielu” szczególnie wyraźne jest jeszcze coś innego: nieufność wobec jednej, obowiązującej wersji prawdy. Każdy mówi własną historię i każdy próbuje zapanować nad pamięcią. „Afterplay” jest jakby bardziej kameralnym, lżejszym wariantem tego samego pytania. Tutaj także człowiek jest narratorem własnego życia – i dlatego jest jego pierwszym fałszerzem.

Nieprzypadkowo w programie pojawia się Kundera z obrazem życia jako szkicu. Sonia i Andriej są właśnie takimi szkicami. Ich biografie nie są zamkniętymi dziełami, ale poprawianymi bez końca wersjami samych siebie. Problem w tym, że im więcej poprawek, tym trudniej rozpoznać oryginał.

A jednak przedstawienie nie jest ponure. To chyba jego największa zaleta. Michalik nie pozwala, żeby melancholia zdominowała spektakl. Jest tu humor – czasem bardzo delikatny, czasem wynikający z samej bezradności bohaterów. Jest także czułość. I jest coś, co można nazwać szlachetnością inscenizacji: przekonanie, że dwoje samotnych ludzi zasługuje na uwagę bez względu na to, jak bardzo ich życie okazało się inne od planów.

Ta szlachetność jest dziś niemal anachroniczna. W epoce teatralnego nadmiaru, nieustannego dopowiadania i potrzeby efektu „Afterplay” wybiera ciszę, aktora i słowo. To teatr kameralny, który nie potrzebuje niczego poza dwojgiem aktorów, a swoją siłę czerpie z prostoty, wyciszenia i czułości wobec bohaterów. Właśnie dlatego nie przeszkadza mi jego statyczność. „Afterplay” jest sztuką niewielką i jej konstrukcja pozostawia aktorom ogrom odpowiedzialności.

W warszawskiej inscenizacji delikatność bohaterów staje się zaletą. Bo czymże innym jest życie tych dwojga, jeśli nie czymś, co łatwo może zostać nadwątlone przez czas, pamięć i własne złudzenia? Ich wielkie opowieści rozpadają się na drobne szczegóły: gest, zawahanie, wspomnienie, niepotrzebne kłamstwo. Zostaje człowiek. I może dlatego najważniejsze w tym przedstawieniu nie jest wcale samo spotkanie Soni i Andrieja. Najważniejsze jest to, że po latach mogą naprawdę się usłyszeć.

Po Czechowie zostaje cisza. Po wielkich marzeniach zostaje pamięć. Po kłamstwach – potrzeba, żeby ktoś jednak usiadł obok i posłuchał.

W warszawskim „Afterplay” ten ktoś jest po drugiej stronie stołu.

I to wystarcza.

 

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także