„Afterplay” Briana Friela w reż. Bogdana Michalika w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski.
Nie każde przedstawienie musi zabiegać o uwagę widza. „Afterplay” Briana Friela w warszawskim Teatrze Współczesnym wybiera drogę przeciwną: nie podkręca temperatury, nie demonstruje ambicji, nie zasypuje sceny pomysłami. Zamiast tego ufa tekstowi, aktorom i temu, co może wydarzyć się pomiędzy jednym zdaniem a drugim. To przedstawienie skromne, szlachetne i świadomie powściągliwe. A jego prawdziwym tematem okazuje się nie tyle Czechow, ile człowiek, który po przejściach próbuje jeszcze raz opowiedzieć sobie własne życie.
Friel, nazywany „irlandzkim Czechowem”, zna rosyjskiego
dramaturga nie tylko z lektury. W jego twórczości Czechow powraca wielokrotnie
– od „Trzech sióstr” i „Wujaszka Wani” po „Niedźwiedzia” i „Damę z pieskiem”.
„Afterplay” jest jednak czymś więcej niż kolejnym spotkaniem dwóch dramaturgów
poprzez teatr. Friel bierze z Czechowa dwoje bohaterów i pozwala im żyć dalej.
Sonia z „Wujaszka Wani” i Andriej z „Trzech sióstr” spotykają się dwadzieścia
lat później, w moskiewskiej kawiarni. To pomysł tyleż przewrotny, co ryzykowny.
Łatwo byłoby z niego zrobić literacki dowcip dla wtajemniczonych. Friel robi
coś znacznie ciekawszego: traktuje swoich bohaterów poważnie. I właśnie tutaj
zaczyna się siła warszawskiego przedstawienia.
Bogdan Michalik, który po „Afterplay” sięga już po raz
kolejny, nie próbuje sztuki poprawiać ani uwspółcześniać za wszelką cenę. Jego
inscenizacja ma w sobie coś, co dziś staje się niemal gestem odwagi: zgodę na
prostotę. Sam reżyser przed premierą mówił o „postczechowowskim teatrze”,
wymagającym prawdziwych kreacji aktorskich. I trudno o trafniejszą
charakterystykę tego przedstawienia.
Scenografia Julii Skuratovej nie konkuruje z aktorami. Jest
raczej ramą pamięci: wnętrze kawiarni, stół, krzesła, przedmioty codziennego
użytku, a w tle charakterystyczne miniatury. Ten świat jest jak makieta dawnego
życia – trochę prawdziwy, trochę umowny. I im dłużej się na niego patrzy, tym
bardziej można odnieść wrażenie, że bohaterowie sami stali się podobnymi
miniaturami własnych biografii. Są tymi, którymi byli, ale już nie całkiem. Ich
przeszłość została pomniejszona, przestawiona, miejscami wyretuszowana.
Bo „Afterplay” jest przecież także sztuką o kłamstwie. Nie o
kłamstwie cynicznym, mającym kogoś skrzywdzić, lecz o tym drobnym, codziennym
fałszu, którym człowiek czasem osłania siebie przed samym sobą. Andriej i Sonia
opowiadają sobie swoje życiorysy, ale robią to tak, jakby każde z nich chciało
najpierw przygotować własną wersję przeszłości – taką, z którą łatwiej jest żyć
i którą łatwiej przedstawić drugiemu człowiekowi. Zanim pojawi się szczerość,
pojawia się autokreacja. Wymyślają sobie wersje bardziej znośne, może nawet
bardziej eleganckie. Dopiero z czasem okazuje się, że pod tymi opowieściami
kryją się doświadczenia, których nie da się już tak łatwo wygładzić. Z tych
misternie budowanych wersji własnego życia zaczyna odpadać farba.
To jeden z powodów, dla których tak ważne stają się
zamieszczone w programie teksty o prawdzie, kłamstwie i pamięci. Cytat z
Kundery o życiu będącym szkicem, rozważania o kłamstwie, Barnesowskie „Poczucie
kresu”, a obok nich Brookowska refleksja o Czechowie i wiersz Julii Hartwig
„Prośba” nie tworzą oczywiście jednego komentarza interpretacyjnego. Raczej
otwierają kilka drzwi do tej samej przestrzeni. Najważniejsze z nich prowadzą
do pytania, ile z naszego życia jest faktem, a ile narracją, którą po latach sami
sobie dopowiadamy. I tu szczególnie mocno wybrzmiewa Monika Krzywkowska. Jej
Sonia nie jest figurą sentymentalnej, skrzywdzonej przez los kobiety. Aktorka
nie gra jej cierpienia na pokaz. Przeciwnie – pozwala mu pracować pod
powierzchnią. Krzywkowska ma niezwykłą umiejętność budowania postaci poprzez
słuchanie, pauzę, zmianę napięcia w twarzy, drobne przesunięcie ciała. Sonia
jest obecna, uważna, czasem ironiczna, czasem niemal dziewczęco ufna, ale cały
czas czuje się w niej doświadczenie człowieka, który już wie, że życie nie
spełnia obietnic składanych młodości.
Najciekawsze jest to, że Krzywkowska nie czyni z Soni
wyłącznie kobiety niespełnionej. W jej interpretacji jest w niej siła. Nie
efektowna, nie heroiczna – raczej cicha, wypracowana przez lata. Sonia przeżyła
swoje rozczarowania i dlatego nie potrzebuje ich demonstrować. Jej pozorna
prostota jest maską odporności. Dzięki temu jej spotkanie z Andriejem nie staje
się łatwym romansem dwojga samotnych ludzi. Jest raczej próbą rozpoznania: czy
po tylu latach można jeszcze komuś uwierzyć? A może ważniejsze od wiary jest
samo bycie wysłuchanym?
Mariusz Jakus rysuje Andrieja grubszą kreską. I bardzo
dobrze. W tej inscenizacji jego bohater potrzebuje wyraźniejszego konturu. Jest
w nim komizm, pewna nieporadność, nawet chwilami groteskowość, ale pod nią
stale pracuje rozpacz człowieka, który przegrał własne życie i nauczył się tę
przegraną przysłaniać kolejnymi opowieściami o sobie. Jakus nie wygładza
Andrieja. Nie próbuje robić z niego sympatycznego, melancholijnego everymana.
Pozwala mu być chwilami irytującym, małym, śmiesznym, próżnym. Właśnie dlatego,
kiedy spod tych kolejnych warstw wyłania się samotność, ma ona większą siłę.
Jego Andriej jest człowiekiem, który opowiada siebie, ponieważ nie potrafi
siebie przeżyć.
Ważna jest również fizyczność tej roli. Nerwowość, szeroki
gest, sposób siedzenia, obchodzenia się z przedmiotami, momenty nagłego
ożywienia – wszystko to sprawia, że jego opowieści nie są nigdy do końca
wiarygodne. Ciało zdradza to, czego nie chce zdradzić język. Ten konflikt
pomiędzy wypowiadanym życiorysem a prawdą ukrytą w zachowaniu jest jednym z
najcenniejszych elementów przedstawienia. I tutaj dochodzimy do rzeczy, którą
Michalik prowadzi wyjątkowo dobrze: dialogu.
„Afterplay” nie ma efektownej fabuły. Dwoje ludzi siedzi i
rozmawia. Mogłoby to być niczym. A jednak rozmowa ma rytm, oddech, zmienia
temperaturę. Najpierw jest niezręczna. Potem pojawia się zainteresowanie.
Następnie drobna poufałość. Wreszcie – niebezpieczeństwo. Bo prawdziwa rozmowa
zaczyna się dopiero wtedy, gdy jedno z bohaterów przypadkiem dotknie miejsca,
którego drugie pilnuje. To właśnie umiejętność prowadzenia dialogu sprawia, że
spektakl nie staje się ilustracją literackiego pomysłu. Zdanie po zdaniu
zmienia się relacja między bohaterami. To nie jest rozmowa, która służy
przekazywaniu informacji. To rozmowa, która produkuje bliskość, a chwilami ją
niszczy.
W tym sensie warszawskie „Afterplay” bardzo dobrze wpisuje
się w sposób, w jaki Friel myśli o teatrze. W jego dramaturgii język nigdy nie
jest przezroczystym narzędziem komunikacji. Bohaterowie mówią, żeby coś ukryć,
przypomnieć, odzyskać, przekonać drugiego – a czasem siebie. Historia, pamięć,
prawda i fikcja stale się w tych sztukach przenikają. W „Afterplay” zostaje to
sprowadzone do najbardziej kameralnej postaci: dwoje ludzi przy jednym stole.
Można oczywiście zapytać, czy Friel nie posunął się za
daleko w swojej zabawie z Czechowem. Czy nie jest to tylko elegancki literacki
żart? Zagraniczna recepcja spektaklu od lat pozostaje w tym punkcie podzielona.
Jedni widzą w „Afterplay” przede wszystkim intertekstualną grę, inni –
samodzielny dramat o samotności. Co znamienne, bardzo często o powodzeniu
przedstawienia przesądzały nie tyle spory o tekst, ile aktorzy i chemia między
nimi. Także w recenzjach zagranicznych powraca przekonanie, że siła sztuki nie
kończy się na jej związku z Czechowem, lecz wynika z tego, jak samodzielnie
działają Sonia i Andriej jako ludzie po przejściach.
Warszawska realizacja przekonuje mnie do tej drugiej
możliwości. Czechow jest tutaj punktem wyjścia, ale nie metą. Friel nie
konkuruje z Czechowem. Nie próbuje dopisać mu brakującego aktu ani „wyjaśnić”,
co naprawdę stało się z jego bohaterami. Raczej pyta, co pozostaje z człowieka,
kiedy dramat, który znamy, już się skończył. Co dzieje się z Sonią po ostatnim
zdaniu „Wujaszka Wani”? Co dzieje się z Andriejem po zakończeniu „Trzech
sióstr”? A przede wszystkim: czy człowiek może naprawdę zacząć od nowa, czy też
całe życie jest tylko kolejnym dopisywaniem komentarza do tego, co już się
wydarzyło?
W tym miejscu Friel okazuje się bardzo bliski Czechowowi,
ale także samemu sobie. Jego bohaterowie zawsze żyją pomiędzy tym, co było, a
tym, co mogłoby się wydarzyć. W „Tańcach w Ballybeg”, „Molly Sweeney” czy
„Uzdrowicielu” także powraca pytanie o pamięć, tożsamość, możliwość
porozumienia i cenę, jaką płacimy za własne wyobrażenia o życiu.
W „Uzdrowicielu” szczególnie wyraźne jest jeszcze coś
innego: nieufność wobec jednej, obowiązującej wersji prawdy. Każdy mówi własną
historię i każdy próbuje zapanować nad pamięcią. „Afterplay” jest jakby
bardziej kameralnym, lżejszym wariantem tego samego pytania. Tutaj także
człowiek jest narratorem własnego życia – i dlatego jest jego pierwszym
fałszerzem.
Nieprzypadkowo w programie pojawia się Kundera z obrazem
życia jako szkicu. Sonia i Andriej są właśnie takimi szkicami. Ich biografie
nie są zamkniętymi dziełami, ale poprawianymi bez końca wersjami samych siebie.
Problem w tym, że im więcej poprawek, tym trudniej rozpoznać oryginał.
A jednak przedstawienie nie jest ponure. To chyba jego
największa zaleta. Michalik nie pozwala, żeby melancholia zdominowała spektakl.
Jest tu humor – czasem bardzo delikatny, czasem wynikający z samej bezradności
bohaterów. Jest także czułość. I jest coś, co można nazwać szlachetnością
inscenizacji: przekonanie, że dwoje samotnych ludzi zasługuje na uwagę bez
względu na to, jak bardzo ich życie okazało się inne od planów.
Ta szlachetność jest dziś niemal anachroniczna. W epoce
teatralnego nadmiaru, nieustannego dopowiadania i potrzeby efektu „Afterplay”
wybiera ciszę, aktora i słowo. To teatr kameralny, który nie potrzebuje niczego
poza dwojgiem aktorów, a swoją siłę czerpie z prostoty, wyciszenia i czułości
wobec bohaterów. Właśnie dlatego nie przeszkadza mi jego statyczność.
„Afterplay” jest sztuką niewielką i jej konstrukcja pozostawia aktorom ogrom
odpowiedzialności.
W warszawskiej inscenizacji delikatność bohaterów staje się
zaletą. Bo czymże innym jest życie tych dwojga, jeśli nie czymś, co łatwo może
zostać nadwątlone przez czas, pamięć i własne złudzenia? Ich wielkie opowieści
rozpadają się na drobne szczegóły: gest, zawahanie, wspomnienie, niepotrzebne
kłamstwo. Zostaje człowiek. I może dlatego najważniejsze w tym przedstawieniu
nie jest wcale samo spotkanie Soni i Andrieja. Najważniejsze jest to, że po
latach mogą naprawdę się usłyszeć.
Po Czechowie zostaje cisza. Po wielkich marzeniach zostaje
pamięć. Po kłamstwach – potrzeba, żeby ktoś jednak usiadł obok i posłuchał.
W warszawskim „Afterplay” ten ktoś jest po drugiej stronie
stołu.
I to wystarcza.