Aleksander Bardini pozostawił po sobie nie tylko role, spektakle i rzeszę wychowanków. W książce Grzegorza Kozaka przyglądam się człowiekowi stojącemu za legendą – wymagającemu pedagogowi, reżyserowi, aktorowi i mistrzowi rozmowy. To także opowieść o tym, co z jego lekcji zostało w kolejnych pokoleniach ludzi teatru. Pisze Wiesław Kowalski.
Grzegorz Kozak, pisząc o Aleksandrze Bardinim, nie ogranicza się do odtworzenia kolejnych etapów jego życia i kariery. „Bardini” staje się czymś więcej niż biografią wybitnego człowieka teatru – jest próbą przyjrzenia się światu wartości, zasad i sposobów myślenia, który wraz z pokoleniem Bardiniego powoli odchodzi w przeszłość.
Książka jest bardzo dobrze napisana i – co w przypadku tak obszernej dokumentacji nie jest wcale oczywiste – świetnie się ją czyta. Kozak wykonał ogromną pracę dokumentacyjną, korzystając z archiwów, wspomnień, rozmów z uczniami i współpracownikami oraz wcześniejszych opracowań. Dzięki temu otrzymujemy portret człowieka właściwie niemożliwego do zamknięcia w jednej definicji: aktora, reżysera, reżysera operowego, pedagoga, człowieka radia i telewizji, jurora, erudyty, a także kogoś, kto dla kilku pokoleń ludzi teatru stał się po prostu Profesorem. Materiał jest imponujący, a jego rozległość pozwala zobaczyć Bardiniego nie tylko na scenie, lecz również poza nią.
A jednak po lekturze miałem poczucie, że najciekawszy Bardini kryje się niekoniecznie w katalogu jego dokonań. Nie w liczbie wyreżyserowanych przedstawień, nagród, funkcji i tytułów. Nawet nie w legendzie człowieka-instytucji. Najbardziej interesujący jest dla mnie Bardini jako człowiek, który słuchał. To określenie może brzmieć skromnie przy kimś, kto przez dziesięciolecia był jednym z najważniejszych pedagogów polskiego teatru. A jednak właśnie słuchanie wydaje mi się jednym z kluczy do jego osobowości. Wśród przywoływanych w książce opinii powraca myśl, że aktor powinien nie tylko czuć, ale również myśleć. Emocja bez intelektu nie wystarcza. Głowa i serce muszą pracować razem.
Można tę zasadę odwrócić i zastosować do samego Bardiniego: on również nie był wyłącznie człowiekiem emocji ani wyłącznie człowiekiem rozumu. Jego pedagogika wyrastała z połączenia obu tych porządków. Był wymagający, czasem brutalnie bezpośredni, potrafił zranić słowem, zawstydzić, pogrozić palcem. Ale za tą surowością kryła się wiara, że człowieka sceny nie wolno traktować pobłażliwie. Jeżeli ma kiedyś wyjść przed publiczność, musi być do tego naprawdę przygotowany. I tu zaczyna się zasadnicza różnica między mistrzem a celebrytą.
Bardini miał przecież własną legendę medialną. Jego programy telewizyjne przyciągały miliony widzów. Dzisiaj pewnie nazwalibyśmy je „masterclassami”, a jego samego – telewizyjnym ekspertem czy celebrytą. Tyle że to słowo nie pasuje do niego. Celebryta potrzebuje publiczności. Bardini potrzebował partnera do rozmowy. Interesował go człowiek, który siedział naprzeciwko niego i próbował coś z siebie wydobyć. Być może dlatego tak wielu jego uczniów zapamiętało nie konkretne ćwiczenie, ale jego sposób patrzenia.
Lista jego uczniów jest imponująca, ale sama lista niewiele jeszcze mówi. Dopiero kiedy czytamy wspomnienia, zaczynamy rozumieć, dlaczego nazwisko Profesora tak mocno zapisało się w pamięci ludzi teatru. Był wymagający, czasem bezlitosny, ale jednocześnie dla wielu pozostawał kimś w rodzaju punktu odniesienia. Krystyna Janda wspominała nawet, że dopiero po jego śmierci dowiedziała się o jego depresjach, załamaniach i wątpliwościach – tak mocno za życia funkcjonował jako człowiek niemal niewzruszony. I tutaj książka Kozaka robi coś szczególnie cennego: odbrązawia Bardiniego, nie odbierając mu wielkości. To istotna różnica.
Łatwo napisać biografię człowieka pomnikowego. Wystarczy zebrać sukcesy, nazwiska, nagrody i świadectwa zachwytu. Trudniej pokazać, że człowiek stojący na piedestale miał również swoje pęknięcia. Że za legendarną pewnością siebie kryły się niepewność, zmęczenie, może samotność. Że człowiek, który dla innych był skałą, sam nie zawsze musiał czuć się równie silny. Właśnie dlatego tragiczna biografia Bardiniego nie jest w tej książce jedynie wojennym rozdziałem jego życia. Zagłada rodziny, pobyt we lwowskim getcie, ukrywanie się, emigracja po pogromie kieleckim, późniejsze powroty do Polski – wszystko to pozostaje w nim jak doświadczenie, którego nie można już wymazać. Być może także stąd bierze się jego szczególny stosunek do ludzi. Człowiek, który zobaczył historię w jej najbardziej bezwzględnej postaci, nie musiał już wierzyć w łatwe prawdy. Mógł natomiast wierzyć w rzemiosło. W pracę. W kulturę. W to, że człowieka można uczyć myślenia, słuchania, patrzenia.
Nieprzypadkowo Bardini tak wysoko cenił tekst i aktora. Jako reżyser pozostał zwolennikiem „reżyserii ukrytej”, podporządkowanej autorowi i wykonawcy. Nie chodziło mu o to, żeby reżyser był największą postacią przedstawienia. Przeciwnie: dobra reżyseria miała pozwolić innym zaistnieć. To zresztą ciekawy paradoks. Bardini był człowiekiem o niezwykle wyrazistej osobowości, a jednocześnie jako reżyser nie potrzebował nieustannie demonstrować własnej indywidualności. Może właśnie dlatego był tak dobrym pedagogiem.
W jego myśleniu teatr nie był konkursem na najgłośniejszy gest. Był sztuką uważności. Słowo trzeba usłyszeć. Muzykę trzeba usłyszeć. Partnera trzeba usłyszeć. A zanim człowiek wyjdzie na scenę, powinien nauczyć się słuchać świata.
Bardini mówił o operze, że artyście nie wystarczy wiedza dotycząca emisji – potrzebna jest również wiedza o świecie. Chciał, aby teatr muzyczny zawsze „szukał człowieka”. To zdanie można właściwie potraktować jako jego artystyczne credo.
Szukaj człowieka.
Nie efektu. Nie popisu. Nie pozy.
Człowieka.
I może dlatego jego późne role filmowe są tak charakterystyczne. Kiedy pojawiał się u Kieślowskiego czy Zanussiego, nie miał potrzeby „grać starca mędrca”. Wystarczała mu obecność. Twarz. Głos. Pauza. Spojrzenie. Doświadczenie, którego nie trzeba było dopowiadać.
Kieślowski zresztą rozpoznał w Bardinim coś niezwykle cennego: niektóre postacie wymyślał dlatego, że znał Bardiniego. Ordynator z „Dekalogu II” wyrastał z jego osoby i jego biografii. Wojenne doświadczenie Bardiniego przestało być wtedy wyłącznie prywatną historią. Stało się częścią artystycznej obecności człowieka, który przeżył. I być może właśnie tutaj biografia Kozaka nabiera szczególnej siły. Pokazuje, że życie i sztuka Bardiniego nie były od siebie oddzielone grubą kreską.
Muzyka, której nie mógł uprawiać jako skrzypek, wróciła do niego przez operę. Teatr, który stał się jego zawodem, wracał do niego w pedagogice. Telewizja, która przyniosła mu masową popularność, stała się narzędziem edukowania widowni. Film pozwolił innym reżyserom wykorzystać jego osobowość i doświadczenie. Nawet to, co w jego życiu wyglądało na stratę, z czasem stawało się tworzywem. I dlatego po lekturze „Bardiniego” nie mam ochoty powiedzieć jedynie, że był wielkim reżyserem, aktorem czy pedagogiem. To wszystko prawda, ale brzmi zbyt pomnikowo. Wolę powiedzieć: Bardini był człowiekiem, który miał niezwykły dar rozpoznawania ludzi. Rozpoznawania ich talentu, słabości, możliwości, śmieszności, ale także ich godności. Być może dlatego tak wyraźnie pamiętam własne spotkanie z Profesorem.
Jako słuchacz Studia Wokalno-Aktorskiego przy Teatrze Muzycznym w Gdyni miałem okazję zobaczyć go podczas wizyty na naszych zajęciach aktorskich. Było to spotkanie z człowiekiem, o którym wiedzieliśmy, że jest kimś z innego świata – z wielkiej tradycji teatru, szkoły Schillera i Zelwerowicza, z epoki, w której słowo „profesor” miało jeszcze szczególny ciężar. A jednak pamięć o Bardinim nie sprowadza mi się dzisiaj do dystansu, który powinien dzielić ucznia od wielkiego mistrza. Przeciwnie. Najbardziej zapamiętuje się przecież nie wielkość człowieka, o której mówią biografie. Zapamiętuje się jego obecność. Sposób, w jaki patrzył. Sposób, w jaki słuchał. To, czy człowiek po spotkaniu z nim czuł się mniejszy, czy przeciwnie – trochę większy, trochę odważniejszy, bardziej świadomy tego, że ma coś do powiedzenia. Z lektury książki Kozaka wynika, że właśnie takich spotkań Bardini odbył przez życie tysiące. I chyba na tym polega jego największe zwycięstwo. Nie na tym, że pozostawił po sobie przedstawienia, które można opisać w encyklopediach. Nie na tym, że wyreżyserował pierwsze powojenne „Dziady” w Warszawie, że stworzył znaczące inscenizacje operowe, że pracował w radiu i telewizji, że pojawiał się w filmach. Te fakty są ważne i książka bardzo starannie je dokumentuje. Najważniejsze jest jednak to, co zostało w ludziach. A tego nie da się wpisać do katalogu dzieł.
Można natomiast przeczytać wspomnienia jego uczniów i zrozumieć, że Bardini traktował pedagogikę nie jako poboczne zajęcie artysty, lecz jako rodzaj odpowiedzialności. Uczył nie tylko mówić, śpiewać i zachowywać się na scenie. Uczył myśleć. To dlatego określenie „Profesor” wydaje się w jego przypadku ważniejsze niż wszystkie inne tytuły.
A książka Grzegorza Kozaka ma jeszcze jedną, może niezamierzoną wartość. Przypomina nam, że pewien model kultury rzeczywiście odchodzi. Kultury, w której mistrz nie musi zabiegać o natychmiastową rozpoznawalność, a uczeń nie jest konsumentem usługi edukacyjnej. W której autorytet bierze się z wiedzy, doświadczenia i jakości pracy, a nie z liczby obserwujących.
Bardini nie był święty. Nie powinien nim zostać pośmiertnie. Był człowiekiem trudnym, wymagającym, czasem ostrym, zapewne nie zawsze sprawiedliwym. Ale właśnie dlatego jego wielkość wydaje mi się dzisiaj bardziej przekonująca. Nie potrzebuje pomnika bez rys. Potrzebuje pamięci.
„Bardini” jest więc nie tylko biografią człowieka teatru. Jest również książką o pewnym sposobie przekazywania wiedzy – z pokolenia na pokolenie, od mistrza do ucznia, od jednego spojrzenia do drugiego. Czytając ją, pomyślałem, że być może największym przedstawieniem Bardiniego nie był żaden z jego spektakli. Było nim jego życie zawodowe, rozumiane jako nieustanne przygotowywanie innych do wyjścia na scenę. On sam schodził wtedy trochę w cień. Tak jak dobry reżyser. Tak jak dobry nauczyciel. Tak jak człowiek, który wie, że jego rolą nie jest być zawsze w centrum, lecz sprawić, aby ktoś stojący obok niego mógł zostać usłyszany.
I może właśnie dlatego, po ponad trzydziestu latach od jego śmierci, Bardini nadal potrafi być obecny. Nie jako pomnik. Jako głos. Jako spojrzenie. Jako wymagające, ale życzliwe: „spróbuj jeszcze raz”.
„Bardini” Grzegorza Kozaka, Wydawnictwo Czytelnik.