„Pływalnia” Magdaleny Drab w reż. Rafała Sabary w Teatrze im. Jaracza w Łodzi. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Jakoś tak się złożyło, że spektakl „Pływalnia” nie był o metodach chlorowania basenów – szkoda, bo akurat na takie treści się nastawiałem. Jednak na spokojnie, trzeba nadmuchać rękawki, koło ratunkowe i upewnić się, że chodzi o basen pływacki, a nie basen szpitalny, bo też można się szalenie zaskoczyć przy moczeniu stópek.
„Pływalnia” w Teatrze im. Jaracza w Łodzi napisana bardzo zgrabnie przez Magdalenę Drab, a wyreżyserowana przez Rafała Sabarę, zdaje się na samym starcie być lekką komedią rozpisaną na kilka głosów - czworo starszych ludzi spotyka się przed zajęciami z pływania i umilają sobie czas oczekiwania na start ćwiczeń i pojawienia się ich kolegów Eli i Janka, którzy są dla nich wzorem wzajemnego oddania i udanego życia na emeryturze. W tej właśnie przestrzeni zaczynają wychodzić ich przeróżne relacje, ale też osobliwe niepewności w odniesieniu do siebie samych.
Mamy do czynienia z dwoma siostrami: Marią i Krystyną (ta ostatnia grana przez superową Edytę Jungowską z tak potężnym zacietrzewieniem i zaciekłością, że aż się bałem, co będzie z nią dalej). Krystyna chce pomóc swojej siostrze otworzyć się na nowo na życie, żeby zaczęła znowu wychodzić do ludzi i nie siedziała sama w domu (jak później się dowiadujemy: po tragicznej śmierci syna wpadła w głęboki dołek). Krystyna w swoim zachowaniu jest typową, nieokrzesaną panią ze wsi, która ostatni raz dała sobie odpocząć w 1965 roku, kiedy się urodziła; jest szorstka i każde jej staranie o siostrę wychodzi od niej niemalże jak od matki strofującej swoje dziecko. Jednocześnie żyje w jakimś hipnotycznym zakorzenieniu w przeszłości, kiedy wszystko było „inne” i „lepsze” – jest to w jej wykonaniu swoisty mechanizm obronny przed analizowaniem swojego aktualnego życia: trzymanie się panicznie tego, co było i dbanie o swoją siostrę czasem nawet wbrew jej woli. Jednocześnie wynika to także z faktu, że nie potrafi inaczej - zawsze pracowała, zajmowała się dziećmi, coś robiła i nie została nauczona dawania sobie oddechu; sama wpędza się z kieratu w kierat jedynie po to, by zająć czymś myśli.
Jest też koleżanka Janina, która jest samotna od lat i przychodzi na pływalnię tylko po to, żeby ktoś na nią patrzył lub w czasie jakichś zabiegów jej dotknął; jest spragniona uwagi i dotyku, którego nie dostaje od dawna, i za fasadą makijażu i zalotnej pewności siebie stara się ukryć jak bardzo jest samotna i niepewna swojego ciała. Wokoło pań orbituje cały czas jedyny mężczyzna na basenie - Andrzej. Jest on skrępowany i przede wszystkim zmęczony.
Czwórka emerytów czeka niemalże w godotowskim stylu na Elę i jej męża, którzy – jak to powtarzają bez przerwy – nauczą ich pływać i czuć się dobrze w tym basenie, a dzięki temu może nawet wspólnie pojadą nad morze. Finałowe pojawienie się Eli przechyla jednak skalę ciężaru tej historii.
Ta opowieść, która na starcie może wydawać się błahą i lekką z powodu rozegrania wielu scen bardzo komediowo, okazuje się być realnie przytłaczającą opowieścią o akceptacji swojego starzejącego się ciała i coraz mocniej pojawiającej się niedołężności. Jednocześnie, dzięki relacji dwóch sióstr, poruszany zostaje wątek rozczarowania własnym życiem i pewne rozliczenie - stanięcie w obliczu realnej końcówki swojego życia i spojrzenie na nie z dystansu: czy naprawdę warte było przeżycia czy potencjalnie je zmarnowaliśmy nie dając sobie samemu głosu. Jest w tym też ogromny pokład złości i niechęci, który rodzi pytanie: czy troska może być szkodliwa i czy może pogrzebać relację? Finalnie twórcy poruszają także kwestię godzenia się z odchodzeniem i tego, jak poradzić sobie w momencie, w którym osoba najbliższa umiera i pozostawia nas zupełnie samych. Spektakl nie jest jednak ciągnącym się tunelem rozpaczy dzięki sprytnemu rozłożeniu komediowych akcentów, które rozbijają grobowy nastrój, ale jednocześnie usypiają naszą czujność przed kolejnym ciosem.
Rozpaczliwie mnie ugryzł moment, w którym Maria mówi, że mąż ją zostawił z powodu jej ciągłego smutku. Realnie jest to jeden z moich największych lęków, biorąc pod uwagę jak rozstrojonym depresyjnie jestem człowiekiem i jak czasem potrafię godzinami siedzieć i płakać bez powodu. Może kiedyś i mnie to czeka, bo nie każdy chce marnować życie w czarnej chmurze rozpaczy, nieważne jak bardzo kogoś kocha. Tekst Drab wielokrotnie nieprzyjemnie mnie docisnął w czasie przebiegu „Pływalni” pozostawiając na brzegu tego baseniku z poczuciem rosnącej bezsilności przed czymś, przed czym nie da się uciec, bo nie odwleczemy starości, szwankowania ciała i tego strasznego momentu w życiu, w którym trzeba będzie pogodzić się ze śmiercią ukochanej osoby.
Dopełnieniem tej słodko-gorzkiej opowieści była scenografia Beaty Nyczaj: płytki brodzik z lustrzanym dnem w którym moczyli stópki seniorzy, proste ławeczki i kotara z plastikowych żaluzji. Bardzo dobrze oddawała przestrzeń basenową, ale też dawała możliwości ogrania w kontekście dramatów personalnych - sekwencja z wanną pełną wody i balonami pozostawiła mnie zupełnie speachless. Lubię jak scenografia gra razem z aktorami, a nie zawadza im.
Ostatecznie w Teatrze im. Jaracza w Łodzi powstał spektakl o rozczarowaniu życiem i swoimi własnymi decyzjami oraz o niepogodzeniu się z upływem czasu i tym, że umrzemy sami, nawet jeśli żyliśmy z kimś. W sumie jest to też trochę opowieść o odchodzeniu na swoich warunkach i na pozwalaniu sobie na próbę zmiany życia nawet w tym końcowym etapie – bo przecież nie ma daty przydatności szczęścia. Sabara poprowadził ten spektakl z dużą klasą i efekt końcowy jest naprawdę satysfakcjonujący, choć był jeden moment, kiedy napięcia siadło tak, że poczułem zwątpienie w to, że czas jeszcze w ogóle płynie. Niemniej jednak, super było także zobaczyć w końcu na scenie Edytę Jungowską, bo ostatni raz, kiedy mogłem ją oglądać był wtedy, gdy miałem kilka lat i w telewizji leciał „Ala i As”. Jest to też mocno ironiczne w kontekście tego spektaklu, bo cholernie się postarzałem i incydent Jungowski mi to właśnie uświadomił. Nieprzyjemnie.