„Przed wschodem/przed zachodem” w reż. Adama Sajnuka w Teatrze WARSawy. Pisze Marek Zajdler na stronie naszteatr.pl.
Był czas, że Teatr WARSawy nazywał się Teatrem Konsekwentnym. I nie dziwota, bowiem jego założyciel, Adam Sajnuk, od lat wykazuje się żelazną konsekwencją. W swoim najnowszym spektaklu „Przed wschodem/przed zachodem”, prezentowanym w Instytucie Teatralnym, proponuje niezmiennie teatr intymny i bliski widzowi. Oparty na sile słowa, aktorskiej naturalności i wymownej ciszy. Teatr gęsty od emocji, choć tym razem nie tych traumatycznie związanych z grzechami przeszłości, a bardziej z romantycznym zaciekawieniem drugim człowiekiem.
Scenariusz spektaklu powstał na kanwie dwóch filmów Richarda Linklatera
i Kim Krizan „Before Sunrise” i „Before Sunset”, w których pamiętne role
zagrali Julie Delpy i Ethan Hawke. Adam Sajnuk twórczo połączył wątki filmowe i
rozwinął o lokalne, polskie wątki. Akcję sztuki umieścił gdzieś w połowie lat
dwutysięcznych, czyniąc bohaterów niemal swoimi rówieśnikami. W pociągu do
Paryża spotyka się dwoje naszych rodaków przed trzydziestką – mieszkająca i
studiująca na co dzień we Francji Celina i podróżujący chwilowo bez celu po
Europie Filip. Przypadkowe zagajenie zaczytanej w lekturze dziewczyny przeradza
się w pełną wzajemnego zaciekawienia konwersację. Interesującą rozmowę przerywa
przyjazd do Wiednia, gdzie Filip musi wysiąść. Następnego ranka ma stąd samolot
do domu, a noc zamierzał spędzić na wędrówce po austriackiej stolicy. Aby nie
żałować przez resztę życia zaprzepaszczonej szansy, proponuje Celinie wspólne
spędzenie nocy… na rozmowie i szwendaniu się bez celu. Czy sprawia to jego
uśmiech, czy roziskrzone magią opowieści o prababci, czy oryginalne sposoby na
podryw – dość, że zaintrygowana chłopakiem Celina się zgadza i wysiada.
A potem… dyskutują o wszystkim i o niczym, czyli o życiu. Spektakl,
podobnie jak filmy, opiera się w głównej mierze na chodzeniu i gadaniu. Na
dialogu dwojga ludzi, którzy wiedząc, że mają przed sobą tylko jedną noc nie
kalkulują, nie udają, nie starają się zakładać masek, tylko cieszą się z
odkrywania drugiego człowieka. Bez chociażby grama pretensjonalności poruszają
tematy głębokie i poważne, zabawne i frywolne, często dochodząc do gorzkich
refleksji. Czy faktycznie z wiekiem bardziej doceniamy uroki życia i smakujemy
każdą chwilę? Czy da się zmienić świat codziennymi małymi kroczkami? A może
bylibyśmy szczęśliwsi pozbawieni pragnień? Czy mężczyźni wymyślili feminizm dla
większej swobody seksualnej? I czemu ludzie ciągle uciekają sami przed sobą?
Sajnuk kreśli obraz dwojga zbuntowanych wobec pokolenia zaprogramowanego na
ciągłe polepszanie swojej życiowej sytuacji, pogoń za pieniądzem i odrobiną,
choćby internetowego podziwu. Filip i Celina to niepokorne dusze odrzucające
religijne dogmaty, walczące z dezinformacją, populizmem, poprawnością
polityczną, przymusem tolerancji czy narzucającymi się zewsząd jedynymi
słusznymi normami postępowania. Zwłaszcza jeden fragment wybrzmiał mi
dziadersko znajomo – nostalgiczne wspomnienie PRL-owskich czasów, dwóch programów
w telewizji i pustek w sklepach, które paradoksalnie czyniły wolnymi od
konsumpcyjnej gorączki i współczesnego zniewolenia umysłu nadmiarem informacji.
Wraz z upływającym czasem rozmowy bohaterów stają się bardziej intymne,
dotykają spraw damsko-męskich, relacji miłosnych i związków. Marzeń i tego, czy
warto za nimi podążać. A my obserwujemy emocjonalne narodziny czegoś wyjątkowo
subtelnego i pięknego.
Monika Markowska od pierwszych chwil urzeka rozbrajającym uśmiechem i
dziewczęcą niewinnością. Jeden z powtarzających się muzycznych przerywników
Michała Lamży mimowolnie zestawiał w moich myślach Celinę z Amelią z głośnego
filmu Jeana-Pierre’a Jeuneta. Aktorka budzi podobną sympatię, emanując
naturalnym wdziękiem, czarem i bezpośredniością. Partnerujący jej Robert Mróz
wizualizuje równie ujmującego chłopaka, niekiedy uroczo nieporadnego, z
dziecięcą ciekawością przyglądającemu się wyjątkowości nowopoznanej dziewczyny.
Najistotniejsze, że między aktorską parą od samego początku czuć rodzącą się
chemię, niemal łapczywe zainteresowanie i pragnienie bliższego poznania. Są
przy tym tak autentyczni, że pomiędzy słowami, śmiechem a ciszą, w
przyciągających się spojrzeniach, przelotnym dotyku i zmysłowych pocałunkach
widać po prostu kiełkujące uczucie. Wspominając koncert Niny Simone i
wyśpiewując w sklepie z płytami „I Wish I Knew How It Would Feel To Be Free”
Markowska bezustannie przyciąga zafascynowany wzrok Mroza powabem i seksapilem.
Ona też nie spuszcza z niego roześmianych oczu, gdy chłopak wygina się tańcząc
w nocnym klubie – oboje uważni, skupieni na sobie, ale cały czas niezwykle
prawdziwi. Także w scenach, w których z dużą swobodą burzą czwartą ścianę –
sytuacje, które dość często wywołują w widzach pewien dyskomfort, tu wzbudzają
jedynie serdeczny uśmiech. Najbardziej rozczulił mnie moment wzajemnego
zapisywania na fotografiach pamięci o wspólnej nocy. Tam zadziała się magia.
Słowa uznania należą się również Katarzynie Adamczyk za stworzenie
niezwykle klimatycznej, a przy tym funkcjonalnej scenografii. Modułowe elementy
przestawiane w interludiach przez samych aktorów czytelnie przenoszą nas z
tramwaju na cmentarz, z wieży widokowej do kościoła, z nocnego klubu na
karuzelę, ze wzgórza na kocyk rozłożony gdzieś pod rozgwieżdżonym niebem.
Orientację w terenie wspomagają światła rozmieszczone w prześwitach wiedeńskiej
architektury z tektury lub migające gwiazdami na olbrzymiej obręczy oraz ekran,
na którym wyświetlane są wizualizacje dookreślające umowność dekoracji.
Wszystko to spójne i wspomagające romantyczną aurę spektaklu. Podobnie rzecz ma
się z muzyką Michała Lamży, która sięgając w części po francuskie motywy
stanowi pomost pomiędzy dwoma filmowymi scenariuszami, z których jeden
rozgrywał się w Wiedniu, a drugi w Paryżu.
„Przed wschodem/przed zachodem” w Teatrze WARSawy to celebrujące
chwilę łaknienie bliskości. Wnikliwe studium rodzącego się uczucia dwojga
zagubionych relacyjnie ludzi, którzy wciąż mają odwagę, by rzucić wszystko i
dać się ponieść nieznanemu. Intymny spektakl Adama Sajnuka stanowi absolutnie
piękny w swej prostocie i czułym aktorstwie słodko-gorzki wybuch romantycznego
dreszczu i odurzenia. A przy okazji malowniczą analizę ludzkiej natury. Mimo
zmieniającego się świata bolączki młodych dorosłych wcale tak bardzo się nie
różnią – w każdym pokoleniu mierzą się z tym samym lękiem przed jutrem i
wzięciem odpowiedzialności za własne życie, z nieustającą walką o marzenia i
ideały, z poszukiwaniem bratniej duszy, która uchroni przed samotnością. Celina
i Filip ulegają nieokreślonemu urokowi chwili, smakują słowa i swą obecność,
spacerując pod gwiazdami niewielkiej przestrzeni przeistaczającego się
scenicznie Wiednia. Zdecydowanie warto im w tym spacerze potowarzyszyć.
PS. Wiedeńską wersję menela można
faktycznie polubić.