Logo
Recenzje

#KurierTeatralny: Wszyscy jedziemy tym samym vanem

16.07.2026, 13:24 Wersja do druku

„Mała Miss" Williama Finna i Jamesa Lapine'a w reż. Agnieszki Płoszajskiej w Kujawsko-Pomorskim Teatrze Muzycznym w Toruniu. Pisze Piotr Sobierski.

fot. mat. teatru

Film „Mała Miss” z 2006 roku jest już dziś klasyką amerykańskiego kina. Paradoksalnie wywodzi się jednak z nurtu kina niezależnego. Popularność obrazu, liczne nagrody i uniwersalny przekaz, który broni się mimo upływu dwóch dekad, sprawiają, że śmiało można go wpisać w poczet największych dokonań amerykańskiej kinematografii.

Dzieło Jonathana Daytona i Valerie Faris na deski teatru przeniósł duet James Lapine (scenariusz) oraz William Finn (muzyka i słowa). Co ważne – zrobił to dość wiernie. Sukces kinowy nie przełożył się jednak na popularność wersji musicalowej, która spotkała się z umiarkowanie pozytywnym przyjęciem. Polska premiera musicalu w reżyserii Agnieszki Płoszajskiej, mimo ograniczonych możliwości Teatru Muzycznego w Toruniu, zdaje się idealnie skrojona do warunków tej kameralnej sceny.

„Mała Miss” to teatr drogi. Małżeństwo Hooverów, Sheryl i Richard, wyrusza w podróż do Kalifornii ze swoją córką Olive, która ma wziąć udział w konkursie młodocianych miss. W żółtym vanie, który na dwa dni staje się ich domem, jadą także zbuntowany syn Dwayne, wyzwolony dziadek oraz Frank – brat Sheryl, który dopiero co opuścił szpital po próbie samobójczej. W tej klaustrofobicznej przestrzeni rozgrywa się nie tylko podróż po amerykańskich bezdrożach, ale przede wszystkim rodzinny dramat, w którym wypływają na wierzch wszystkie tajemnice i nieprzepracowane konflikty. Momentami, głównie za sprawą dziadka, pojawiają się również pikantne i bardzo zabawne historie.

Reżyserka fantastycznie prowadzi swoich aktorów. Począwszy od doświadczonych Katarzyny Walczak i Macieja Podgórzaka, których sceniczna relacja dojrzewa i rozwija się wraz z przejechanymi kilometrami. Walczak kolejny raz, po znakomitej kreacji w musicalu „Next to normal”, tworzy postać kipiącą emocjami. Jej Sheryl jest pełną frustracji żoną, zabawną kobietą, ale przede wszystkim troskliwą matką, która do końca wierzy w każde ze swoich dzieci. To właśnie one stanowią największą ozdobę tej produkcji. Dojrzały, nastoletni już Dwayne w wykonaniu Jędrzeja Czerwonogrodzkiego ma wszystkie cechy zbuntowanego chłopaka, który nie jest jednak ślepo zapatrzony we własne przekonania. Jego czułość wobec siostry, a jednocześnie poczucie wspólnoty z wujkiem Frankiem, sprawiają, że jest postacią złożoną i barwną. Choć przez większą część spektaklu pozostaje niemy, gdy w końcu zabiera głos, jego emocjonalny wybuch wybrzmiewa ze zdwojoną siłą.

fot. mat. teatru

Pierwsze skrzypce w spektaklu Płoszajskiej należą jednak do dziadka w kreacji Marka Richtera. Wnosi on powiew świeżości do wnętrza vana, okazuje się młody duchem, a jednocześnie bardziej szalony od nastoletniego Dwayna. Obok niego najczęściej zasiada Olive – wnuczka, z którą przygotowuje układ taneczny do zbliżającego się konkursu piękności. Premierowa kreacja Zofii Zacharek może okazać się początkiem interesującej drogi artystycznej. Młoda aktorka, podobnie jak Abigail Breslin w filmowej wersji, ma w sobie pokłady ciepła i zaskakującą dojrzałość. Doskonale radzi sobie zarówno z zadaniami aktorskimi, jak i wokalnymi, a przy tym z dużą swobodą wykonuje choreografię Michała Cyrana. Ruch stanowi istotny element historii, bo determinuje charakter podróży vanem, uwypukla nastroje poszczególnych bohaterów, a jednocześnie staje się wyzwalający gdy dochodzi do konkursowego pokazu przyszłej miss.

Obok głównych postaci w spektaklu pojawia się kilka epizodów zbudowanych na kontrze wobec głównego wątku. Zarówno tych rozgrywających się w szpitalu, w którym rodzina z tragicznych powodów musi zatrzymać się na dłużej, jak i podczas kolejnych przystanków – w przydrożnych toaletach czy w konkursowym pałacu. Większość z nich szczerze bawi, poza jednym – dość istotnym spotkaniem Franka z dawnym partnerem. Scena, do której dochodzi w toalecie, zbudowana jest na skrajnym przerysowaniu, które ociera się o homofobiczny stereotyp – począwszy od charakteryzacji i kostiumów Joshuy (Wojciech Daniel) oraz Larrego (Michał Zacharek), aż po sposób prowadzenia aktorów. Sebastian Machalski, wcielający się w postać Franka, jest w tej sytuacji na straconej pozycji. Jego dramatyczne wyznania giną pod ciężarem farsowego tonu, który bierze górę nad emocjami. 

Na szczęście dla spektaklu rodzina Hooverów szybko rusza w dalszą drogę. Ta prowadzi przez pustynne krajobrazy znakomicie wydobyte dzięki wizualizacjom Mateusza Kokota. W połączeniu z umowną, ale pomysłową scenografią Wojciecha Stefaniaka oraz budującym atmosferę światłem Artura Wytrykusa tworzą one przekonującą iluzję podróży amerykańskimi bezdrożami. W toruńskim teatrze czuć duszność tej wyprawy, ale jednocześnie ogrom światła, które wypełnia Kalifornię i coraz mocniej wkrada się w relacje bohaterów. Od strony muzycznej „Mała Miss” nie oferuje zaskoczeń czy chwytliwych przebojów. Muzyka Williama Finna (kierownictwo muzyczne: Bartosz Staszkiewicz) pozostaje raczej dyskretnym towarzyszem historii niż jej głównym bohaterem. Sączy się niczym z samochodowego radia, stając się fundamentem dla znakomitych tekstów piosenek.

Najważniejsze dzieje się jednak we wnętrzu vana. Z każdym kolejnym kilometrem coraz łatwiej uwierzyć, że to samochód naszej własnej rodziny – tej, która już odbyła podobną podróż, albo tej, która dopiero ma ją przed sobą.

Tytuł oryginalny

#KurierTeatralny: Wszyscy jedziemy tym samym vanem

Źródło:

#KurierTeatralny
Link do źródła

Sprawdź także