Logo
Recenzje

Między spektaklem a wydarzeniem

16.07.2026, 16:15 Wersja do druku

„Sen nocy letniej” Williama Shakespeare'a w reż. Jakuba Krofty z Puk Sp. z o.o. na scenie plenerowej w Ogrodach Zamku Królewskiego w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski.

fot. mat. organizatora

Warszawska odsłona projektu „Szekspir Pod Gwiazdami” stawia przed recenzentem nie tyle pytanie o nową interpretację „Snu nocy letniej”, ile o samą funkcję tego przedstawienia. Czy należy je oceniać według kryteriów teatru repertuarowego, czy raczej jako element letniego przedsięwzięcia adresowanego do szerokiej publiczności? Po obejrzeniu spektaklu trudno oprzeć się wrażeniu, że Jakub Krofta świadomie wybiera tę drugą drogę.

To przedstawienie od początku projektowane jest jako plenerowe widowisko dla kilkuset widzów, grane niemal codziennie przez całe lato. W takich warunkach najważniejsze stają się komunikatywność, rytm i czytelność opowieści. Nie ma tu miejsca na interpretacyjne ryzyko ani na próbę polemiki z tradycją wystawiania Szekspira. Reżyser nie prowadzi dialogu z dramatem – raczej ufa jego sprawdzonej konstrukcji i pozwala jej wybrzmieć w możliwie przejrzystej formie.

Największym atutem spektaklu okazuje się warstwa plastyczna. Ascetyczna scenografia pozostawia pierwszeństwo przestrzeni ogrodów Zamku Królewskiego, a ciężar budowania baśniowego świata przejmują kostiumy Matyldy Kotlińskiej. Barwne, fantazyjne i doskonale współpracujące z wieczornym światłem tworzą najbardziej zapamiętywany element przedstawienia. W plenerze właśnie one stają się głównym nośnikiem teatralności.

Warto również docenić dramaturgię Marii Wojtyszko. Adaptacja zachowuje równowagę między szacunkiem dla oryginału a koniecznością podporządkowania tekstu rytmowi plenerowego widowiska. Dramaturżka nie próbuje dopisywać Szekspirowi współczesnych znaczeń ani budować efektownych konceptów interpretacyjnych. Uporządkowuje materiał tak, by historia pozostała czytelna dla publiczności, która niekoniecznie przychodzi na przedstawienie z zamiarem uczestniczenia w intelektualnym sporze z klasyką.

Jednocześnie właśnie ta decyzja wyznacza granice spektaklu. Kolejne sceny sprawnie opowiadają historię, ale rzadko otwierają przestrzeń dla nowych znaczeń. Relacje między bohaterami pozostają prowadzone zgodnie z dobrze znanym schematem, a napięcie między światem ludzi i elfów funkcjonuje przede wszystkim jako element fabuły, nie zaś punkt wyjścia do głębszej refleksji. Spektakl nie proponuje nowego spojrzenia na tekst – raczej ilustruje go z dużą starannością.

Podobnie jest z aktorstwem. Obecność znanych nazwisk stanowi niewątpliwy atut promocyjny przedsięwzięcia, ale nie przekłada się na równie wyraziste kreacje. Paradoksalnie najbardziej przekonująco wypadają Robert Czerwiński jako Demetriusz i Piotr Napierała jako Lizander. Obaj grają z naturalnością i bez aktorskiego efekciarstwa, dzięki czemu ich bohaterowie wydają się najbardziej wiarygodni spośród czwórki młodych kochanków.

Mniej przekonująco wypadają natomiast sceny rzemieślników. Ich teatralna nieporadność, zwykle należąca do najżywszych fragmentów „Snu nocy letniej”, pozostaje tu zaskakująco zachowawcza. Humor działa, ale rzadko zaskakuje, a komizm zatrzymuje się na poziomie przewidywalnych rozwiązań.

Pewien niedosyt pozostawia również początek spektaklu. Pierwsze sceny są statyczne, chwilami niemal rapsodyczne, przez co przedstawienie długo szuka właściwego rytmu. Dopiero z czasem akcja nabiera większej płynności, choć całość ani przez chwilę nie wychodzi poza bezpiecznie wyznaczone ramy.

Czy jednak należy uznać to za wadę? Być może właśnie tutaj kryje się najciekawsze pytanie, jakie stawia warszawski „Sen nocy letniej”. Nie jest to przedstawienie, które chce zmieniać sposób myślenia o Szekspirze ani prowadzić spór z tradycją jego wystawiania. Funkcjonuje raczej jako część większego przedsięwzięcia, w którym równie ważne jak sam spektakl są miejsce, atmosfera letniego wieczoru i doświadczenie wspólnego uczestnictwa w wydarzeniu pod gołym niebem.

Jeżeli mierzyć tę realizację kategoriami teatru repertuarowego, trudno nie odczuwać niedosytu. Brakuje interpretacyjnego ryzyka, odkrywania nowych sensów i aktorskich kreacji, które wykraczałyby poza poprawność. Jeżeli jednak potraktować ją jako element projektu popularyzującego Szekspira i przywracającego tradycję letnich spektakli plenerowych, ocena staje się bardziej złożona.

To przedstawienie konsekwentnie realizuje własne założenia. Pytanie pozostaje jednak otwarte: czy konsekwencja i dostępność wystarczą, by powstał teatr, który pozostaje z widzem dłużej niż sam letni wieczór?

Finał próbuje nadać całości bardziej refleksyjny ton, pozostaje jednak konsekwencją przyjętej formuły, a nie momentem, który zmieniałby sposób odbioru całego spektaklu.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także