„Paprykarz szczeciński” Michała Kmiecika w reż. Marcina Libera w Teatrze Współczesnym w Szczecinie. Pisze Jacek Sieradzki, członek Komisji Artystycznej 32. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
W Dropiach, spektaklu toruńskiego Teatru im. Horzycy według prozy Natalki Suszczyńskiej (Grand Prix w trzydziestym Konkursie przed dwoma laty) postacie zmieniały się w tytułowe ptaki wracające z mitycznej prehistorii, żeby zrobić porządek w popapranej współczesności. Co z miejsca nadawało widowisku surrealną lekkość. Bohaterami nowego widowiska duetu Marcin Liber (reżyseria) Michał Kmiecik (scenariusz) są zantropomorfizowane puszki arcydzieła gastronomicznego zwanego paprykarzem szczecińskim. I efekt jest równie pięknie odjechany. No bo co (kto) może być lepszym obiektem kpiąco-sentymentalnej wiwisekcji naszej egzystencji, zwykle w jej dość kulawych aspektach, niż to danie produkowane w Peerelu z resztek po produkcji przetworów rybnych, mieszanych z ryżem i paprykowym przecierem? Jadło się toto choćby podczas górskich włóczęg obok konserwy turystycznej i innych akurat dostępnych produktów, raczej bez wniebowzięć smakowych. Ale słyszę/czytam, że są kręgi, gdzie paprykarz szczeciński jest wspomnieniem kultowym, rozróżnia się oryginały i podróbki, wspomina dawne uczty. Mamy przeto pysznego bohatera do kabaretowego maglowania: z marnym rodowodem, z głębokimi kompleksami, ale i z aspiracjami do godnej pozycji. Tylko grać.
Mirek Kaczmarek wymyślił fenomenalne kostiumy. Aktorzy ubrani są w puszki paprykarza z otworami na głowę i ręce, wieczko jest ich okrągłym brzuchem. „Blacha” jest miękka, brzydka i marna jak oryginał. Nawet pokrywka po oderwaniu zwija się w charakterystyczny ząbkowany naleśniczek, ostry i niebezpieczny, potrafiący nieźle skaleczyć. Odsłaniająca się zawartość jest nader mało apetyczna. Kostiumy czynią z postaci scenicznych rodzaj pajacyków z karykaturalnym tułowiem, nie krępują jednak gry, pozwalają i na solowe standuperskie monologi, i na efektowne zbiorówki, rozśpiewane i roztańczone. Muzykę napisał Marcin Macuk, czy to debiut rockowca w teatrze? Robi klimat jak należy, a parę songów wykonanych jest tak świetnie, że dowcipkowanie w jednej ze scenek „co jest gorszego niż śpiewający aktorzy?” zdaje się niesprawiedliwym i niepotrzebnym samobiczowaniem. (Choć dowcipy te prowadzą do konkluzji, że „gorsi są jedynie rapujący aktorzy” i tu, chcąc nie chcąc, muszę przytaknąć, bo w rapie połowa tekstu naprawdę nie może się zamazywać w kiepskiej dykcji).
Treść? Michał Kmiecik zrobił się ostatnimi czasy świetnym adaptatorem, fachowo czującym i ducha autora, i scenę (Dropie, …Ale z naszymi umarłymi, Baśń o wężowym sercu) Tu sam jest autorem. Przyjął starą jak świat konwencję, powołując na scenie porte parole: paprykarz pisze sztukę o paprykarzach, zwierza się ze swoich mąk twórczych, a pozostali testują na sobie jego pomysły. Taka zasada daje ogromną swobodę dramatopisarzowi, aliści nieuchronnie wymusza konstrukcję scenkową, skeczową, kabaretową właśnie. Nie wszystkie paprykarskie epizody są równie udane, ale ich rozrzut jest imponujący. Od slapstickowej właściwie groteski: pewnego paprykarza żeńskiego porwali kosmici i coś genetycznie pomajdrowali, w związku z czym na ziemi rodzi się młody… pasztet podlaski. Po czysty sentyment: monolog paprykarza imieniem Sylwester, który ma tego dnia jednocześnie imieniny, urodziny i święto, ale co z tego, skoro i tak nikt nie przychodzi. Albo smutek starego paprykarza, który zgłasza w punkcie napraw, że coś z jego telefonem musi być nie w porządku. Synowie do niego nie dzwonią. Niektóre etiudki są właściwie nie do opisania: w uroczej scence, gdy paprykarz kierowca i paprykarz kierowczyni wychodzą po stłuczce z samochodów i zamiast awantury zaczynają się frenetycznie całować, w słowach nie ma nic, wszystko jest w temperaturze gry. Czy dobrze rozpoznałem pod paprykarską blachą Magdalenę Wrani-Stachowską i Konrada Pawickiego?
Aktorsko spektakl jest wyrównany i pięknie zbiorowy; wykonawcy doskonale się rozumieją i akompaniują sobie wzajemnie. Zapamiętałem Wojciecha Sandacha i Konrada Betę w rolach wiodących: porte parole autora oraz paprykarza, co dostał w łeb i może właśnie przez pryzmat jego głowy oglądamy całe to towarzystwo. Adama Kuzycz-Berezowskiego jako zrezygnowanego Sylwestra, fantastycznego jak zawsze ruchowo i pantomimicznie Arkadiusza Buszkę, energetyczną, także jak zawsze, Marię Dąbrowską. I Konrada Pawickiego, choć jego monolog Davida Paprykalyncha nuży po pewnym czasie nie z winy aktora, tylko za sprawą nieznośnego zapętlenia tekstu. Generalnie nawiązania do znanych postaci wybieranych przez Kmiecika na sparingpartnerów lub do żartów, osób takich jak Olga Paprykarczuk albo Albert PapryCamus, zdają się tu najmniej nośne. Podobnie jak dla mnie żarty wewnątrzteatralne, docinki na temat konkurencyjnego Teatru Polskiego czy żartobliwe(?!) napiętnowanie rejterady dyrektora Skrzywanka pod Wawel. Ale widownia uwielbia te szczypnięcia. Przychylnie też kupuje całość przedstawienia, ochoczo włączając się w żywiołowy finał.
Marcin Liber ma bogaty twórczo czas. Paprykarz urodził się w maju, tuż po reminiscencji filmowego Wodzireja w Teatrze im. Kochanowskiego w Opolu, potem we wrześniu w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie mieliśmy kabaretowy Polish Horror Story napisany przez Jarosława Murawskiego. Za chwilę będzie premiera we wrocławskiej Pantomimie; reżyser sam sobie zaadaptował wybrane baśnie braci Grimm. Mam wrażenie, goniąc artystę po teatralnych szlakach, że tu i ówdzie widzę pewien niepokojący pośpiech, czy to w uwieszeniu się na jednym pomyśle i pogodzeniu się z niespójnością reszty (Opole), czy w braku selekcji bardzo, mówiąc eufemistycznie, nierównych konceptów i żartów (Kraków). Paprykarza wszakże zarzuty te się nie imają, skeczowo-kabaretową konstrukcję skutecznie scala efektowny koncept tytułowy, wizualna wyrazistość, dynamika aktorstwa i ewidentnie świetne zrozumienie autora z reżyserem. Ciekawe, co równie nieoczekiwanego jak puszka rybnej brei znad morza wymyślą następnym razem.
Jacek Sieradzki
Michał Kmiecik PAPRYKARZ SZCZECIŃSKI. Reżyseria: Marcin Liber, scenografia, kostiumy i światło: Mirek Kaczmarek, choreografia: Hashimotowiksa, muzyka: Marcin Macuk. Prapremiera w Teatrze Współczesnym w Szczecinie 16 maja 2025.