Wieść o śmierci Magdy Umer dotarła do nas 12 grudnia 2025 roku — w dniu, który przypadkowo jest też 110. rocznicą urodzin Jeremiego Przybory, jednego z jej najważniejszych artystycznych towarzyszy w świecie poezji śpiewanej i dramaturgii piosenki. To zdarzenie — zderzenie dat — ma w sobie coś, co teatr nazwałby symbolem: jak gdyby scena, na której całe życie Umer się toczyło, chciała przypomnieć o splecionych korzeniach polskiej wrażliwości artystycznej.
Magda Umer była przede wszystkim głosem — i to dosłownie, jedną z tych postaci, które potrafiły przemówić ciszą tak samo wymownie, jak słowem i muzyką. Jej wkład w polską kulturę trwał ponad pół wieku — jako wokalistka poezji śpiewanej, interpretatorka Osieckiej i Przybory, twórczyni recitali, dziennikarka, scenarzystka i sceniczna reżyserka.
Dla mnie jednak Magda Umer jawiła się jako teatrolog — ktoś, kto teatr rozumiał szeroko, na pograniczu słowa, muzyki i stanu duszy. Jej reżyserski dotyk był inny niż w typowym teatrze dramatycznym: nie polegał na budowaniu wielkich efemerycznych wizji, ale na wydobywaniu prawdy zawartej w tekście i w relacji między wykonawcą a publicznością. To było coś bliskiego teatrowi obecności — miejscu, gdzie intymność spotyka się z uniwersalnością.
Pamiętam „Białą bluzkę Agnieszki Osieckiej” — spektakl, który Umer nie tylko reżyserowała, ale w którym współtworzyła scenariusz i koncepcję. To był spektakl, który mówił o rzeczach prostych, a zarazem fundamentalnych — o pamięci, codzienności, o relacji między tekstem a ciałem interpretującym go tak, jakby właśnie tam, w tekście Osieckiej, tkwiła esencja naszego wspólnego życia.
W „Zimy żal. Jeremi Przybora” — współtworzonym i reżyserowanym przez Umer — zobaczyłem, jak jej teatr potrafi odczytać intymność uczuć poprzez język sceniczny, który niczego nie udaje, a jednak wszystko mówi. To nie jest łatwe: w świecie teatru często widujemy spektakle bogate w teatralne środki, czasem przesycone efektem. U Umer ten efekt rodził się z ciszy, oddechu, z pauzy pomiędzy słowami — tam, gdzie aktor i widz zaczynają łączyć swoje doświadczenia.
Podobnie było w jej reżyserskim spojrzeniu na Wojciecha Młynarskiego w „Młynarski, czyli trzy elementy”. Nie tyle interpretacja, ile interpretacyjna empatia — tak daleka od narzucania sensów, a tak bliska oddawania głosu tekstowi i wykonawcy. Ten kunszt rozumienia tekstów w relacji z widzem jest tym, co czyniło ją teatrologiem w pełnym sensie: osobą, która wiedziała, że teatr to nie tylko spektakl, ale doświadczenie wspólne, zachodzące między sceną a publicznością.
Zawsze bardziej interesowało mnie jak niż ile: nie suma tytułów, nie statystyka premier, ale sposób myślenia o scenie. W pracy Magdy Umer uderzało mnie to, że teatr traktowała nie jako pole inscenizacyjnych popisów, lecz jako akt uważnego czytania – tekstu, aktora, widza. Jej reżyseria była formą interpretacji w sensie hermeneutycznym: odsłanianiem znaczeń, a nie ich narzucaniem. To rzadkie w teatrze, który często myli intensywność z głośnością.
Nie mogę też zapomnieć „Zapisków z wygnania” i jej adaptacyjnego czytania tekstu Sabiny Baral — to był przykład teatralnej wrażliwości, dla której dramaturgia tekstu była punktem wyjścia do budowania duchowej i emocjonalnej przestrzeni, a nie tylko narracyjnego porządku. A w „Kochany, najukochańszy…” Wiesława Myśliwskiego odnajdywałem to samo: umiejętność słuchania i przekazywania tego, co najbardziej osobiste, jakby teatr miał być mikrofonem dla najbardziej delikatnych odczuć.
Jej praca przy „Heloizie i Abelardzie” w Teatrze Telewizji pokazała coś jeszcze: że teatr nie kończy się na scenie widowni, że może żyć także w ekranie, który przecież dziś jest tak samo częścią naszego zbiorowego pola teatralnego doświadczenia.
A jednak w pamięci zostaje najbardziej jej głos — ten ludzki instrument, który potrafił przemówić tak, jak potrafi mówić tylko ten, kto naprawdę słuchał świata i innych ludzi. Niektórzy artyści nakładają na teatr ciężary koncepcji i formy; Umer przypominała, że teatr jest przede wszystkim spotkaniem, przestrzenią dialogu i rozumienia — czasem w milczeniu, czasem w jednym fragmencie pieśni.
To doświadczenie wraca do mnie dziś najmocniej, bo uświadamia, że Umer uczyła widza uważności. Nie tylko wobec tekstu, ale wobec samego siebie – swoich wspomnień, strat, czułości.
Kilka lat temu byłem również na jej recitalu w Teatrze Atelier w Sopocie — tam jej obecność mówiła więcej niż słowa, bo scena była wtedy miejscem, gdzie żywe doświadczenie publiczności stykało się z najprawdziwszym wyrazem artystycznej wrażliwości. Nie jest przesadą mówić, że w tamtej chwili teatralność i muzyka przenikały się w jedno.
Śmierć Magdy Umer jest stratą nie tylko dla polskiej kultury, ale także dla nas, którzy wierzymy w teatr jako przestrzeń wrażliwości, relacji i ciszy, która mówi więcej niż hałas. Jej życie — i jej twórczość — pozostanie przykładem na to, że teatr nie musi krzyczeć, żeby być słyszalny, i że najważniejsze pytania często rodzą się nie tam, gdzie spektakl jest największy, ale tam, gdzie jest najbardziej prawdziwy.
Nasze recenzje:
https://teatrdlawszystkich.pl/na-zawsze-twoja-maria/
https://teatrdlawszystkich.pl/niespelniona-milosc/
https://teatrdlawszystkich.pl/pieklo-marca68-ale-czy-tylko/
https://teatrdlawszystkich.pl/przegrani-czyli-zapiski-z-polski/