„Państwo Snu” wg Alfreda Kubina w reż. Michała Kmiecika we Wrocławskim Teatrze Współczesnym im. Marii i Edmunda Wiercińskich. Pisze Jarosław Ciszek na stronie kulturalnykonferansjer.pl.
To kolejny spektakl, który mógłby być dobry, gdyby był krótszy – tak najkrócej mogę podsumować "Państwo Snu" w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu. Przedstawienie powstało na podstawie książki "Po tamtej stronie" napisanej przez malarza Alfreda Kubina. Autorem adaptacji i reżyserem jest Michał Kmiecik.
Dostajemy niby surrealistyczną i oniryczną niemal trzygodzinną historię ni to z Kafki, ni to z Schulza. Piszę "niby", bo tych momentów dziwności i ułomności nowego świata jest tu właściwie jak na lekarstwo. Główny bohater zostaje zaproszony do tytułowego państwa snu, którym włada jego niebotycznie bogaty, dawny kolega. I właśnie moment propozycji wyprawy oraz umowne potraktowanie podróży (ograniczające się właściwie do podniesienia kurtyny) to najmocniejszy moment. Niestety w samym państwie snu żyją ludzie raczej mało ciekawi i dzieją się raczej mało ciekawe rzeczy. Nie docierała do mnie za bardzo warstwa metaforyczna, na poziomie dosłowności kolejne spotkania po prostu się dłużyły. Wrzucono w spektakl kilka żartów (niektóre nawet dość grube, takie ze słowami na k... w ustach eleganckiej damy), które nieco przełamywały monotonię, ale generalnie początkowe zaciekawienie szybko się ze mnie ulatniało. Spektakl zdawał się stać w rozkroku między błahostką, a poważną diagnozą, do której niestety zabrakło konkretów. Być może znając dzieło Kubina można by zrozumieć dzieło lepiej i łatwiej poruszać się po tej dziwnej krainie. Ja niestety bez mapy zmuszony byłem, niczym główny bohater, błądzić po omacku, za każdym rogiem licząc, że wydarzy się coś przełomowego.
Szkoda wielka, bo aktorzy robili wiele, by wyratować co się dało. Przykry obraz pogłębiającej się rozpaczy i frustracji głównego bohatera udanie kreował Mariusz Bąkowski, acz jeszcze lepiej od niego wypadała w swojej niewzruszonej pewności Dominika Probachta grająca jego żonę. Znakomicie wypadał już od pierwszej sceny (a właściwie od wejścia widzów na widownię) Miłosz Pietruski jako agent Patery, konkurencyjny rysownik oraz.. goryl (czasem budzący się w nim także poza scenami w kostiumie). Każdą scenę, w której się pojawiał, kradł ubrany w widowiskowe futra Maciej Tomaszewski (lekarz i premier), grając z uroczą przesadą. Przejmująco jako Goldschlägerowa wypadła Jolanta Solarz-Szwed, a sporo humoru w swojej postaci przemyciła Magdalena Taranta. Pozostali aktorzy (wyjątkowo liczni - Tadeusz Ratuszniak, Tomasz Taranta, Przemysław Kozłowski, Zina Kerste, Adrian Wójcicki, Maciej Kowalczyk, Krzysztof Zych, Ewa Niemotko, Anna Kulińska-Kieca, Beata Rakowska i Krzysztof Ogłoza) wypadli w swoich rolach dobrze - mieli momenty znakomite, mieli przeciętne, w których nie pomagał ani tekst, ani statyczna w większości reżyseria.
Ciekawe wrażenie robiła scenografia z obrotowymi i niekompletnymi platformami symbolizującymi zmianę miejsca (dzieło Szymona Szewczyka) uzupełnionymi zjeżdżającymi z góry fragmentami obrazów (czy to był fragment "Krajobrazu z miłosiernym samarytaninem" Rembrandta?) oraz muzyka towarzysząca niemal cały czas spektaklowi, którą skomponował Wojciech Kucharczyk. Kostiumy, czasem może nieco zbyt operetkowe i oczywiste na tle nieoczywistej scenografii, to dzieło Natalii Burzyńskiej.
Niestety fabuła spektaklu pozostawiła mnie raczej obojętnym i mało wrażliwym. A szkoda, bo oniryczne i surrealistyczne sceny są tym, co uwielbiam. I niestety częściej doświadczam ich w filmie, niż w teatrze. Lub po prostu zamykając nocą oczy i przenosząc się do swojego "państwa snu" - nieco bezpieczniejszego oraz niestety nierzadko ciekawszego niż ten teatralny.
Ocena spektaklu: ⭐⭐⭐⭐⭐/10