„Ich czworo” Gabrieli Zapolskiej w reż. Marka Kality w Teatrze Komedia w Warszawie. Pisze Krzysztof Stopczyk.
Po raz kolejny Teatr Komedia sięgnął po klasykę literatury polskiej. Po Fredrze przyjść kolej na Gabrielę Zapolską. Nie, nie, nie! Proszę bez obaw! Nie po żadne ramoty. Przecież „Zemsta” jest ponadczasowa, szczególnie ta z kwietnia 2024 r., w inscenizacji Michała Zadary. A teraz Marek Kalita jako reżyser wziął na warsztat „Ich czworo. Tragedię ludzi głupich”, czyli sztukę Zapolskiej napisaną w roku 1907 i od razu, w tym samym roku wystawioną po raz pierwszy we Lwowie. Co prawda nie jest ona tak znana i popularna jak wcześniejsza o rok „Moralność pani Dulskiej”, ale i tak jej treść i fabuła nie stanowią tajemnicy. A więc nie muszę jej szczegółowo przypominać, chociaż warto podkreślić, że wraz z upływem lat coraz bardziej staje się widoczny geniusz Zapolskiej. Przecież ona pisała swoje teksty 120 lat temu! Przez ten czas zmieniło się wszystko! No! Prawie wszystko, bo wychodzi na to, że ludzka mentalność i zachowania już nie w takim tempie jak cała reszta. Jeżeli w ogóle!
Współczesne rodziny zmagają się z takimi samymi problemami, jeżeli chodzi o relacje międzyludzkie, jak ich babcie, dziadkowie i jeszcze wcześniejsze pokolenia.
Inscenizacja „Ich czworo” w Teatrze Komedia urzeka swoją stroną wizualną i spełnia oczekiwania widzów, którzy przyszli zobaczyć bardzo dobre aktorstwo. I tak właśnie określiłbym ten spektakl: wizualno–aktorski. To są jego bardzo mocne strony.
Trójka twórców zafundowała widzom wspaniałe, wręcz baśniowe efekty wizualne:
Zuzanna Markiewicz – zaprojektowała scenografię i kostiumy, które są ucztą dla oczu. Niby trzymają się kanonów obowiązujących w tamtej epoce; dekoracje surowe z elementami w stylu epoki i nieodwzorowujące ówczesnych salonów jeden do jednego. Stroje kobiece (żona, Krawcowa, Wdowa, Dziecko) i Mąż są jak wyjęte z żurnali z epoki, ale już ubiory Kochanka i Mandragory mają w sobie nutę szaleństwa, co sprawia, że są idealnie dopasowane do postaci. A kostiumy i scenografia to dopiero połowa uczty dla oczu, bo są rewelacyjnie zgrane z dwoma jeszcze elementami: bajecznym oświetleniem (Marek Klepczarek) i cudownymi projekcjami multimedialnymi (Małgorzata Kot).
Mój tekst zacząłem tym razem nie od zespołu aktorskiego, tylko od efektów pracy pozostałych artystów tworzących przedstawienie, a to dlatego, że dawno nie byłem tak urzeczony stroną wizualną spektaklu. Chwilami przeżywałem powrót do czasów dziecięcych, gdy z zapartym tchem chłonęło się w zachwycie magię teatru. Bo w inscenizacji „Ich czworo” w Teatrze Komedia jest magia! Mandragora wykonuje sztuczki prestidigitatorskie z maestrią najwytrawniejszego iluzjonisty. Z taką precyzją i elegancją, w tym kostiumie i w takim oświetleniu, to jest czysta bajka!
Ten entourage sprawia, że zespół aktorski czuje się na scenie bardzo dobrze (ja w każdym razie odniosłem takie wrażenie) i gra wspaniale. A oglądamy na niej siedem osób. Sześć to zawodowi aktorzy i aktorki. Jedna być może dopiero marzy o profesjonalnej karierze.
Jak wiadomo, główną postacią sztuki jest żona. Wciela się w nią Aleksandra Popławska. Bardzo lubię i cenię tę artystkę, więc z wielkim zadowoleniem oglądałem kolejną jej bardzo dobrą rolę. Tego oczywiście nie wiem, ale przypuszczam, że taką żonę chciałaby widzieć na scenie Zapolska. Popławska prezentuje pełną gamę kobiecych zachowań, od „kocio, kocio” i „taka mała”, poprzez strofowanie najbliższych formalnie osób (mąż, dziecko), aż po całkiem efektowne „strzelanie fochów” i awantury. Popławska w jednej chwili przechodzi z jednego stanu w drugi i swoją precyzyjną i dynamiczną grą cały czas przykuwa uwagę widzów. Dla mnie to jedna z dwóch najlepszych ról w tym spektaklu.
A tą drugą, która zrobiła na mnie największe wrażenie (drugą, ale ex aequo z żoną Aleksandry Popławskiej), jest – uwaga, uwaga! – debiutujący na profesjonalnej scenie jej student Maksymilian Termin, wcielający się w kilka postaci (znakomicie w służącego i stangreta), a jako Mandragora jest fenomenalny! Zgoda! Bardzo pomagają mu w tym opisane wcześniej kostium, oświetlenie i projekcje animacji, ale podstawą są fantastycznie zbudowane role! Aktorstwo wysokiej próby, a jego zdolności iluzjonistyczne są naprawdę imponujące. Debiut marzenie!
Z równą przyjemnością śledzi się grę pozostałych osób, które oglądamy na scenie.
Joanna Balasz jako Krawcowa znakomicie wciela się w skrzywdzoną wiele lat temu dziewczynę, która teraz walczy o swój byt. I w sytuacji, gdy według niej nadarza się okazja, staje się drapiężną, bezwzględną kobietą nieprzebierającą w środkach, aby osiągnąć swój cel. Balasz robi to bardzo dobrze, pomimo iż jej postać raczej nie wzbudza pozytywnych emocji u widza. I o to przecież chodzi w tej sztuce!
Renata Dancewicz jako Wdowa jest jedyną w miarę sympatyčną postacią z tych rzeczywistych (nie liczę Mandragory), która jednak wywołuje uczucie politowania czy wręcz zażenowania. To jest bardzo trudne do zagrania i Dancewicz robi to perfekcyjnie.
Najbardziej dynamiczna jest rola Kochanka i Kamil Szeptycki, efektownie przyodziany przez Zuzannę Markiewicz (kostiumy), szaleje na scenie jako ówczesny mięśniak i gminny goguś. W głowie pusto, w kieszeni też, prymitywny bajer w miarę opanowany i można „polować” na białogłowy. U Zapolskiej jego ofiarami są przecież wszystkie kobiety, które występują w sztuce. Szeptycki jest bardzo przekonujący w tej roli i najwyraźniej bawi się postacią, a granie jej sprawia mu dużą radość.
Dla odmiany Mariuszowi Zaniewskiemu przypadła do zagrania postać Męża, czyli totalne przeciwieństwo Fedyckiego, czyli Kochanka. Dostrzegam w nim podobieństwo do Felicjana z „Moralności Pani Dulskiej”. Na pewno dużo można powiedzieć o tej postaci, ale nie to, że jest człowiekiem tryskającym humorem i wulkanem energii. Zaniewski wspaniale pokazuje jego wycofanie i wygaśnięcie istniejącego podobno kiedyś uczucia do żony. A gdy zostaje przekroczona „cienka, czerwona linia”, okazuje się, że potrafi zdobyć się na stanowczość i wtedy oglądamy zupełnie innego Zaniewskiego. Równie dobrego w tym nowym wcieleniu co w poprzednim.
Wspomniałem już, że na scenie oglądamy nie tylko aktorów zawodowych. Postać Dziecka grają na zmianę dwie dziesięcioletnie dziewczynki. Na spektaklu premierowym wystąpiła Zosia Orłowska, która – co oczywiste – nie ma jeszcze obycia scenicznego i doświadczenia aktorskiego, ale tę bardzo trudną rolę zagrała nadspodziewanie dobrze! Tak naprawdę to właśnie Dziecko jest powodem, dla którego Zapolska napisała tę sztukę. To ono jest najbardziej poszkodowaną osobą w całej tej (jak to nazywamy obecnie) patologicznej rodzinie. Zosia Orłowska znakomicie pokazuje zagubienie dziecka i błąkanie się między wręcz nienawidzącymi się rodzicami. Oglądając „Ich czworo”, konstatuje się z przerażeniem, że od chwili gdy na początku ubiegłego wieku powstawał ten tekst, Homo sapiens nie zmądrzał ani o jotę. I cały czas dzieci muszą wymylać sobie niewidzialnych przyjaciół (w tym przypadku Mandragorę) i marzyć o chwili dobroci i miłości, której nie zaznają w życiu realnym. Zosi Orłowskiej należą się słowa uznania za to, jak zagrała Dziecko. Ta postać grana jest na zmianę z Niną Różewską.
Bardzo ważnym elementem tego przedstawienia są: muzyka (Maciej Bieniawski) i ustawione pod nią układy choreograficzne (Ewelina Adamska-Porczyk), które są tak dobre, że biorąc pod uwagę zbieżność czasową, przychodziły mi na myśl finały zakończonej właśnie kolejnej edycji „Tąńca z gwiazdami”.
A na samo zakończenie wspomnę jeszcze jedną osobę, która wniosła ogromny wkład w efekt końcowy oglądany na scenie. To konsultant iluzjonistyczny – Wojciech Rotowski. Ma powody do zadowolenia, że znalazł tak zdolnego ucznia w osobie Maksymiliana Termina.
To wszystko, o czym napisałem powyżej, możecie Państwo zobaczyć w bardzo ciekawej inscenizacji „Ich czworo” w reżyserii Marka Kality, której premiera odbyła się w Teatrze Komedia. Gorąco polecam ją Państwu. To spektakl do oglądania i przemyślenia.