„28 dni z życia dziewczyny” w reż. Ady Tabisz w gdańskim Teatrze Miniatura podczas festiwalu S·PLOT w Łodzi. Pisze Ala Sadowska.
Czy pamiętacie jak miesiąc przed pierwszym okresem przyszła do was wasza macica z instrukcją obsługi kobiecego ciała i paczką czipsów? Ja też nie, bo niestety nigdy mi się to nie przytrafiło. Bohaterka spektaklu „28 dni z życia dziewczyny” gdańskiego Teatru „Miniatura”, miała jednak więcej szczęścia niż ja.
Magdę poznajemy, kiedy niepokojący głos w słuchawce telefonu, zaczyna odliczać jej dni do pierwszej miesiączki. Jednak Magda nie ma czasu na zmartwienia, bo jej pierwszy cykl właśnie się zaczyna i chociaż zostało dokładnie 28 dni na ogarnięcie tematu, to nie jest z tym sama, jej macica jest zwarta i gotowa, a do tego całkiem wygadana. Kiedy oswoimy się już z wizją spersonifikowanej drag macicy w czerwonych koturnach i uwierzymy, że jesteśmy częścią tej szalonej rzeczywistości, zaczyna się podróż pełna wyzwań i wzruszeń. Kiedy usłyszałam okrzyk „endometrium bum!” i zobaczyłam obłok czerwonego brokatu, wiedziałam, że jestem w dobrym miejscu.
Trudno rozmawiać z nastolatkami o okresie tak, żeby wzięły cię na poważnie i „nie umarły z cringe’u”. Na szczęście, jest to możliwe, a S·PLOT Międzynarodowy Festiwal Sztuk Performatywnych dla Dzieci i Młodzieży organizowany przez Teatr Pinokio w Łodzi okazał się świetną przestrzenią do tej rozmowy. Jeżeli ktoś twierdzi, że kampowy i surrealistyczny klimat spektaklu nie pomoże, to nawet nie wie, jak bardzo się myli. Bo dla której dorastającej dziewczyny, myśl o comiesięcznym krwawieniu nie wydaje się surrealistyczna? Dzieciaki zasługują na to, żeby ktoś wytłumaczył im czemu i skąd ta krew płynie, ale może niekoniecznie w warunkach nudnej i trochę żenującej lekcji wychowania do życia w rodzinie, prowadzonej przez przerażoną panią od przyrody. Trzeba to zrobić na luzie – porozmawiać z nimi o ich ciałach w ich języku. To właśnie zaserwowało nam „28 dni z życia dziewczyny”. Atmosfera memów z tiktoka, instagramowe reelsy w tle, zaczepianie widowni tekstami, które znają z internetu, chociaż mogło być średnio zrozumiałe dla nauczycieli i rodziców, było strzałem w dziesiątkę, jeżeli chodzi o rzeczywiste adresatki i adresatów spektaklu. Kreacja bohaterów żyjących w tym samym świecie, w którym funkcjonuje nastoletnia publika, to dowód, że priorytetem twórców był dobry i zrozumiały dla najmłodszego pokolenia przekaz. Chociaż jestem trochę starsza niż modelowy odbiorca, śmiałam się najgłośniej na sali, kiedy z ust macicy padło kultowe już „Znacie angielski?” Edyty Górniak. Myślę, że kiedy starszy widz odstawi swoje ewentualne dziaderstwo i pokoleniowe poczucie wyższości, też będzie bawił się doskonale. Wtedy spektakl może być świetnym punktem wyjścia dla rodziców, którzy chcą porozmawiać ze swoimi dziećmi o dojrzewaniu, ale nie są tak pewni siebie jak drag queen macica.
Ja i moi rówieśnicy zostaliśmy wychowani w kulcie dyskrecji, w otoczeniu żałosnych reklam typu „Wszystko na tip top!” i w podpaskowym podziemiu. Żenada, którą czuję do dziś po tamtych doświadczeniach, daje mi prawo do śmiałego stwierdzenia, że ani niebieski płyn, ani podkradanie mamie środków higienicznych, nie jest dobrym rozwiązaniem. Trzeba mówić wprost, bez cukrowania i przekręcania faktów. Dlatego, kiedy na scenie padają medyczne terminy, fakty, prawda i tylko prawda, zaczynam wierzyć, że już nigdy żaden chłopak nie wystraszy się na śmierć, kiedy jego koleżance wypadnie z plecaka tampon. Jeżeli chodzi o ludzkie ciało, nie ma miejsca na eufemizmy i głaskanie po głowie, więc kiedy Magda i jej macica rozmawiają o PMS albo muszą kupić pierwszą paczkę tamponów, robi się poważnie (nawet jeśli tylko na chwilę). Przeżywamy razem z bohaterami wszystkie emocje, te pozytywne posypane brokatem, ale też negatywne „posypane” wstydem i obrzydzeniem. Jeżeli ktoś nadal z jakiegoś powodu nie czuje się przekonany (choć szczerze wątpię, że była na sali taka osoba), możemy przecież zburzyć czwartą ścianę i po prostu pogadać. Na sam koniec przedstawienia, aktorzy dzielą się swoimi prawdziwymi doświadczeniami i historią o tym, jak przygotowania do spektaklu wpłynęły na ich wiedzę o miesiączce. Chociaż nie spodziewałam się takiego zakończenia, katharsis w tak luźnej i nieinwazyjnej formie, zagrało doskonale i właśnie to przypomniało nam, że rozwiązaniem jest po prostu rozmowa.
Czas zadać sobie najważniejsze pytanie, czy tabu zostało przełamane? Myślę, że najlepszą odpowiedzią jest reakcja chłopców, którzy zaraz po zakończeniu, weszli na scenę, żeby przymierzyć czapkę macicy. Cieszę się, że żyję w czasach, w których dzieciaki mogą zobaczyć w teatrze spektakl o miesiączkowaniu, a jedyne czego żałuję, to że obejrzałam „28 dni z życia dziewczyny” tak późno, jako dorosła osoba, która musiała poradzić sobie z menstruacyjnym tabu bez pomocy Magdy i jej fantastycznej macicy.
Spektakl został zrecenzowany w ramach koła recenzenckiego wydarzenia S·PLOT Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Performatywnych dla Dzieci i Młodzieży, reprezentowanego przez Koło Naukowe Twórczego Pisania UŁ “Metafora”.